Krótka pamięć Wileńszczyzny

Wiara w możliwość panslawistycznego sojuszu z Rosją czy w to, że Kreml jest jakimś obrońcą tradycyjnych wartości, jest zabobonem. Oznacza to, że nie ma żadnej racjonalnej podstawy. Tak samo jak wiara w magiczną moc czerwonych sznurków na ręce, znaki zodiaku czy szczególne moce kołtuna (a już z wszami to w ogóle!).

O ile jednak unikanie czarnych kotów czy drabin to jedynie dziwactwo, o tyle zabobon rusofilstwa jest niebezpiecznym zaprzaństwem narodowym. Zwłaszcza dla Polaka. Zwłaszcza z Wileńszczyzny. W 1508 r. nie istniały Stany Zjednoczone Ameryki (moskiewska propaganda bardzo lubi podkreślać, że „to nie prawdziwy naród”; to samo zresztą mówi gdzie indziej o Ukraińcach, Litwinach czy – tak! – również Polakach), gdyż od przybycia Krzysztofa Kolumba do Nowego Świata minęło zaledwie 16 lat. Nie istniała również wówczas Rosja, tylko Księstwo Moskiewskie, zaś jego władyka Wasyl III już wtedy proponował Zachodowi podział Europy na strefy wpływów. Wtedy się nie udało, ale gdyby plan doszedł do skutku, spotkałby nas los Nowogrodu Wielkiego, którego mieszkańców oprycznicy Iwana IV torturowali do śmierci i topili w rzece przez sześć tygodni, zaś miasto rozgrabili.

W 1655 r. nie istniały USA ani NATO, zaś moskalstwo, już jako Rosja, najechało Wilno, które znalazło się pod rosyjską okupacją na sześć lat. Z miasta zostały zgliszcza, a przeżyła jedna piąta mieszkańców. Podkreślam nieistnienie wówczas USA i NATO, żeby Czytelnik miał świadomość, że nie mogły one dopuścić się takiej prowokacji, a popalone wileńskie kościoły nie były grane przez statystów – tylko to się rzeczywiście działo. Skutek był taki, że szlachta Wielkiego Księstwa Litewskiego odeszła od języka urzędowego ruskiego na rzecz polskiego, żeby nawet nie mieć skojarzeń z barbarią dążącą do „połączenia wszystkich ziem ruskich”. Rzezie Polaków w 1920 r., Wielki Głód, operacja polska z rozkazu nr 00485 NKWD, Katyń, jezioro Narocz, Koniuchy, obława augustowska – to pasmo rosyjskich ludobójstw na Polakach w samym tylko XX w. Jednakowych pod względem metod i celów, systematycznie niszczących żywioł polski coraz dalej na zachód. Ludobójstwo jest standardową rosyjską metodą wojny, a upadlanie innych narodów – sposobem na czas pokoju. Dlatego nikogo nie powinna dziwić ani Bucza, ani to, że Ukraińcy nie chcą „russkiego mira” u siebie. Nikt normalny nie chce.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 14(42) 09-15/04/2022