Refleksje nad „Moskwą”

Krążownik rakietowy „Moskwa”, zatopiony przez wojska ukraińskie (chociaż rosyjska propaganda tego nie przyznaje; tłumaczy, że doszło do samoistnego wybuchu amunicji i zatonięcia okrętu podczas sztormu, a nawet że okręt utonął na skutek tego, że dotknięci chorobą morską marynarze wymiotowali do wiader…), ma bardzo ciekawą historię, ale jeszcze ciekawiej jest się pochylić nad nim z innego powodu. Powiedzieć wręcz należy – „Moskwa” a sprawa polska (i litewska). 

„Moskwa” została wybudowana w stoczni w Mikołajowie na Ukrainie i w 1982 r. weszła do służby w Marynarce Wojennej Związku Sowieckiego. Chociaż okręt planowany był jako „zabójca lotniskowców”, to nigdy nie brał udziału w walkach z tego rodzaju jednostkami, swoje 16 wyrzutni ciężkich pocisków rakietowych wykorzystując zaś do bombardowania celów naziemnych – w Gruzji w 2008 r., Syrii w 2015 r. i w obecnej eskalacji rosyjskiej napaści na Ukrainę. Był siedzibą delegacji sowieckiej podczas spotkania Michaiła Gorbaczowa z George’em Bushem na Malcie w 1989 r. W historii najnowszej zaistniał jako ten okręt, któremu ukraińscy strażnicy graniczni z Wyspy Wężowej udzielili wskazówki co do kierunku podróży, co zostało uwiecznione także na znaczku pocztowym. Takich krążowników jak „Moskwa” wybudowano trzy. Wszystkie zostały po rozpadzie Związku Sowieckiego przejęte przez marynarkę rosyjską. I tu właśnie się pojawia zagwozdka. Bo na istnienie sowieckiej federacji „zrzucały się” wszystkie kraje okupowane. Zasadniczo nawet, z racji bycia koloniami, proporcjonalnie dokładały się więcej. W Polsce, kolonii wówczas niewłączonej bezpośrednio do imperium, krążyło powiedzonko: „Damy ruskim węgiel, a w zamian wezmą nasze pociągi”. Litewska SRS do skarbca ZSRS oddawała średnio około jednej trzeciej swojego corocznego budżetu i była płatnikiem netto – co oznacza, że więcej płaciła, niż otrzymywała. Mieszkańcy Litewskiej SRS odbywali przymusową służbę w siłach zbrojnych ZSRS. Stąd zasadne jest pytanie: czemu te wszystkie wielkie okręty, wahadłowce, rakiety były budowane za nasze pieniądze, a „odziedziczyło” je po rozpadzie ZSRS państwo rosyjskie? I jak to jest, że odkąd inne państwa przestały się dorzucać, państwo rosyjskie nie wybudowało ani jednego okrętu podobnego do „Moskwy”, ani jednego wahadłowca, żadnego wielkiego i udanego projektu? Warto o tym pomyśleć, zwłaszcza jak ktoś znów zacznie gadać, że to oni nam fabryki i mieszkania budowali…


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 16(47) 23-29/04/2022