Więcej

    Ukraiński żołnierz dla „Kuriera”: „Przyszli mordować nasze dzieci, kobiety i starców. Nie żałuję ich, jestem żołnierzem”

    W walce ginęli moi koledzy… Pamiętam, jak padali trafieni przez nasze kule Rosjanie, wśród nich na pewno byli i „moi”. Nie żałuję ich, jestem żołnierzem, a oni przyszli tu do nas mordować nasze dzieci, kobiety, starców – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” w specjalnym wywiadzie Anton Gorłat, żołnierz wojsk rozpoznawczych ukraińskiej armii.

    Czytaj również...

    Anton ma 28 lat, urodził się w Mukaczewie, w obwodzie zakarpackim na Ukrainie. Brał udział w wydarzeniach na Majdanie. Po tym, gdy w 2014 r. wspierani przez Rosję separatyści opanowali część miast w obwodach donieckim i ługańskim, zgłosił się na ochotnika do ukraińskiej armii, wziął udział w operacji antyterrorystycznej wymierzonej przeciwko separatystom i wspierającym ich Rosjanom.

    Trzy lata walczył przeciwko prorosyjskim separatystom w szeregach sił zbrojnych Ukrainy, kilkanaście tygodni przed odejściem do cywila Anton znalazł się o włos od śmierci. Został ciężko ranny. Gdy w końcu lutego Federacja Rosyjska rozpoczęła inwazję na Ukrainę, Anton ponownie wrócił do wojska, zaciągnął się do komandosów. Oto historia Antona.

    Witold Janczys: Wielu mieszkańców Litwy wciąż nie daje wiary w to, że Rosja może uderzyć w nasz kraj. Wydaje się to fantastyką.

    Anton Gorłat: To dokładnie tak, jak było u nas na Ukrainie. Potem był 2014 r., aneksja Krymu, separatyści, Ukraina straciła całe regiony. Teraz mamy nową rosyjską inwazję, ukraińskie miasta są równane z ziemią, obywatele Ukrainy są przymusowo deportowani w głąb Rosji. Nie wierzyliśmy w to, co może się wydarzyć. Gdy uwierzyliśmy, było już za późno.

    Jak Pan został żołnierzem?

    Przypadkowo. W 2014 r. kończyłem szkołę zawodową, miałem być specjalistą w dziedzinie radiotechniki, marzyłem o tym, że dostanę się na uniwersytet. Inwazja Rosjan i wspieranych przez nich separatystów wywróciła moje życie do góry nogami, trzeba było bronić Ojczyzny, Ukrainy. Poszedłem więc na ochotnika na wojnę. 

    Tak spokojnie mówi Pan o tym…

    Życie pod jarzmem, jakie narzuca Kreml, niczym się nie różni od śmierci. Człowiek traci godność, własną wolę, staje się nikczemny, podły, czerpie radość i zadowolenie z tego, że inni ludzie cierpią. Ludzie na Ukrainie lubią wolność, nie zgadzamy się z tym, żeby stać się niewolnikami Moskali, wyprzeć się tego, że jesteśmy Ukraińcami. W polskiej piosence wojskowej, z czasów II wojny światowej, są słowa „bo wolność krzyżami się mierzy”. My, ukraińscy żołnierze, rzuciliśmy nasze życie na stos, żeby nasza Ojczyzna była wolna.

    Jak się Pan zmienił po trzech latach na froncie, kiedy dookoła ginęli koledzy, towarzysze broni?

    [Długa pauza]. Stałem się bardziej krytyczny, mniej pobłażliwy w stosunku do innych ludzi. Widziałem na własne oczy, jak bardzo na wojnie człowiek może się upodlić, widziałem też, jak do bardzo szlachetnych i bohaterskich czynów są zdolni ludzie. Wojna zrywa maski, eksponuje człowieka takim, jakim jest naprawdę.

    Pamięta Pan pierwszego wroga, którego pan zabił?

    [Długie milczenie, Anton wydaje się nieobecny]. Widziałem zbyt wiele śmierci. Pamiętam, jak w walce ginęli moi koledzy, pamiętam, jak padali trafieni przez nasze kule Rosjanie, wśród nich na pewno byli i „moi”. Nie żałuję ich, jestem żołnierzem, a oni przyszli tu do nas mordować nasze dzieci, kobiety, starców.

    Obrońcy zakładu Azowstal w Mariupolu, kim oni są?

    Bohaterami. Mam wśród nich wielu kolegów, niektórzy, niestety, zginęli podczas walk w Mariupolu i na terenie zakładu Azowstal.

    Wiem, że był Pan ciężko ranny.

    Życie na wojnie może się urwać w każdej chwili. Obok lotniska w Doniecku jest taka wieś Piaski. My, Ukraińcy, staraliśmy się obronić i lotnisko, i wieś, a separatyści ciągle prowadzili natarcie [separatystom udało się zająć lotnisko, wieś Piaski wówczas pozostała jednak pod kontrolą Ukraińców – przyp. red.]. Przez cały okres rozejmu w pobliżu tego, co pozostało z lotniska i Piasków, ciągle dochodziło do zbrojnych potyczek.

    Czasami górą byliśmy my, czasami oni… Podczas jednej z takich akcji, gdy walczyliśmy na bardzo bliskiej odległości, ktoś z tamtej strony dość celnie rzucił granatem. Trafił. Miałem zginąć na miejscu, jednak… nie zginąłem. Na szczęście, na wojnie też się zdarzają cuda. Ciężko ranny, prawie sparaliżowany, zostałem przetransportowany do szpitala, jednego, drugiego. Łącznie w szpitalach spędziłem dwa lata. Potrzeba było jedenastu operacji chirurgicznych, abym mógł mniej lub bardziej wrócić do zdrowia. Na rehabilitacji byłem na Litwie, w Druskiennikach. Dzięki pobytowi w Druskiennikach znowu stałem się sobą i psychicznie, i fizycznie.

    Został Pan ranny przed odejściem do cywila?

    Tak. Miałem wiele pomysłów, co będę robił, gdy zostanę cywilem. Marzyłem o tym, że dostanę się na wyższe wojskowe studia na uczelni w Kijowie, że będę studiował stosunki międzynarodowe. Rosyjski granat zmienił wszystko. Wojna po raz drugi zmieniła wszystko w moim życiu. W 2020 r. po rehabilitacji postanowiłem, że zatrzymam się na Litwie na dłużej, dostałem się na kurs języka litewskiego, organizowanego dla obcokrajowców przez Uniwersytet Wileński. Miałem plan, że będę studiować stosunki międzynarodowe czy coś, co jest związane z biznesem na którymś z litewskich uniwersytetów.

    Ale…

    Znowu wojna. Znowu Rosja.

    Co Pan zrobił, gdy się dowiedział, że rosyjskie bomby znowu spadają na Ukrainę, a rosyjscy spadochroniarze atakują ukraińskie lotniska?

    A jak pan myśli? Oczywiście, że znowu zaciągnąłem się na ochotnika, mimo że po tych dwóch latach spędzonych na leczeniu w szpitalu nigdy tak naprawdę nie udało mi się powrócić do tego, jakim byłem zanim miałem szczęście przeżyć wybuch granatu. Nadal mam doświadczenie, staram się je przekazać nowym żołnierzom. Staram się, żeby chłopacy mogli lepiej walczyć z Rosjanami i mieli większe szanse na przeżycie.

    W jakiej Pan jednostce walczy?

    Batalion dalekiego rozpoznania, kryptonim „Słoneczko”.

    To znaczy?

    Prowadzimy rozpoznanie na tyłach wroga, działamy za linią frontu. Zbieramy informacje, gdzie są stanowiska dowodzenia wroga, gdzie są składy z amunicją, gdzie stacjonują wrogie jednostki. Działania dywersyjne, sabotaż czy eliminacja jakiejś ważnej osoby, wrogiego dowódcy czy kolaborantów, którzy przeszli na stronę wroga – to nasza praca.

    Zniszczone w zasadzkach czołgi, maszyny piechoty to robota żołnierzy z podobnych do pańskiej jednostek?

    Tak. Wyrzutnie przeciwpancerne NLAW i javeliny okazały się piekielnie skuteczne w zwalczaniu rosyjskiej techniki. Osobiście… użyłem je w walce. Wynik był zaskakująco dobry.

    Rosjanie chwalą się swoim specnazem i elitarnymi formacjami bojowymi, które składają się z Czeczeńców posłusznych rozkazom Ramzana Kadyrowa, którzy walczą po stronie rosyjskiej. Naprawdę są na tyle niebezpieczni, na ile o tym opowiada rosyjska propaganda i sam Ramzan Kadyrow?  

    Mieliśmy z nimi „spotkanie”. Nie było łatwo, bo rzeczywiście są dobrze przygotowani i zmotywowani, ale wybiliśmy ich do nogi. Szczegóły? Na przykład, pamiętam, że kolega wystrzelał taśmę nabojów z ciężkiego karabinu maszynowego, ledwie załadowaliśmy nową, z krzaków wypadł na nas Moskal, z gotowym do strzału granatnikiem. Kolega natychmiast zaczął do niego strzelać, jedna z kul trafiła w pocisk granatnika… Z Ruska zostały strzępy, pewnie natychmiast trafił do piekła.

    Specnaz, liniowe jednostki frontowe, formacje wojskowe separatystów z Doniecka i Ługańska, są równie cięte jak Czeczeni Kadyrowa?

    Poborowi są zwykłym mięsem armatnim, zawodowi żołnierze nie są o wiele lepsi od poborowych. Rosyjskie wojska powietrznodesantowe mają opinię elitarnych jednostek, ale rosyjskie dowództwo również traktuje żołnierzy z tych formacji jako mięso armatnie, elitą są żołnierze Ramzana Kadyrowa. Generalnie jednak powiem, że rosyjscy generałowie mają w głębokiej pogardzie życie swoich żołnierzy, a żołnierze gardzą swoimi dowódcami.

    | Fot. archiwum osobiste Antona Gorłata

    Po co, Pana zdaniem, Rosjanie lubują się w ostrzale celów cywilnych? Po co mordują ludność cywilną?

    Bo mogą, bo nikt im tego nie może zakazać. Robili tak samo w Afganistanie, podczas pierwszej i drugiej wojny w Czeczenii. Proszę sobie przypomnieć, jak po rosyjskim oblężeniu wyglądała stolica Iczkerii, Grozne. Miasto obrócono w perzynę, zrujnowano. Rosjanie lubują się w poniżaniu i terroryzowaniu ludności podbitych krajów.

    Czyli, nawet jeżeli jest się cywilem, który nigdy nie miał nic wspólnego z wojskiem czy rządową administracją, na terenie okupowanym przez Rosjan nie można się czuć bezpiecznie?

    [Smutno się uśmiecha]. Oczywiście, że nie, chyba że woli pan zaryzykować własne życie, życie bliskich. Kradną, gwałcą, mordują. Rabują zakłady, wywożą sprzęt na teren Rosji. Proszę spojrzeć na to, co się działo w okupowanej przez Rosjan Buczy. Doszło tam do rzezi ludności cywilnej. Byłem jednym z tych ukraińskich żołnierzy, którzy wkroczyli do tego miasta jako pierwsi. Dobrze pamiętam te widoki z piekła rodem. Nie mogliśmy uwierzyć, że ludzie są zdolni do takiego bestialstwa i okrucieństwa, a jednak są…

    Zrobili to Rosjanie. Rosjanie, którzy ciągle gadają o słowiańskim braterstwie, o tym, że z sąsiadami trzeba żyć w zgodzie. Wyrżnęli setki Bogu winnych cywili. Po co to zrobili? Bóg jeden wie, pewnie dlatego, że czuli się bezkarni i mogli pofolgować swoim zwierzęcym instynktom. Osobiście znam przypadki, gdy Rosjanie mordowali cywilów, którzy odmówili przyjęcia pomocy humanitarnej z rąk rosyjskich żołnierzy. „Nie chcesz brać chleba z rąk Rosjanina, to masz kulę w łeb”. Tak na okupowanych przez Rosjan terenach wygląda życie i śmierć.

    Wierzy Pan w to, że naród rosyjski zrozumie, że Putin wtrącił ich kraj w wojnę, i że w Rosji dojdzie do zmiany władzy?

    Nie wierzę. Naród rosyjski, niestety, został przez swoich władców kompletnie wyjałowiony, zastraszany przez wieki przez carów, następnie był terror bolszewików i Stalina. Ginęli przede wszystkim ci, którzy stawiali opór, po tych wszystkich stuleciach terroru i ucisku większość mieszkańców Rosji ma mentalność niewolnika.

    Co by Pan powiedział tym mieszkańcom Litwy, którzy wierzą w to, że z Rosjanami trzeba się dogadać, bo to przecież sąsiedzi, a z sąsiadami kłócić się nie można.

    Można się dogadać, jeżeli sąsiad jest dobry, a jak się pokojowo dogadać z sąsiadem, który dybie na twoje życie, dom, majątek? Chyba nie da się, co? Z takim sąsiadem trzeba ciągle się mieć na baczności. Tak samo jest z Rosją. Tyle chciałbym powiedzieć tym ludziom na Litwie, którzy jeszcze wierzą w rosyjskie opowieści o przyjaźni i pokoju.

    Jakie Pan ma plany na przyszłość?

    Po tych wszystkich doświadczeniach z przeszłości wolę nie robić jakichkolwiek planów. Staram się czerpać z życia tu i teraz i wierzę w zwycięstwo Ukrainy.


    Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” Nr 29 (85) 23-29/07/2022

    Więcej od autora

    Jesteśmy źli na to piekło, które Rosja urządziła na Ukrainie

    „Kurier Wileński” rozmawia z Andriusem Tapinasem, litewskim dziennikarzem i działaczem społecznym, który ostatnio uruchomił społeczną zbiórkę na zakup dla walczącej z rosyjską napaścią Ukrainy nowoczesnego drona Bayraktar TB2. Skąd się u Pana pojawił pomysł zorganizowania społecznej zbiórki na dużego drona...

    Sławomir Olenkowicz: „Bez wiedzy zdobytej w szkole dobrej pracy nie da się znaleźć nawet na budowie”

    Nauczyciel jest zobowiązany wykonać swoją pracę jak najlepiej, ponieważ najczęściej to właśnie od pedagoga zależy, jaki start w życiu będą mieli jego uczniowie – przekonuje nas Sławomir Olenkowicz, nauczyciel fizyki ze Szkoły Podstawowej im. Czesława Miłosza w rejonie wileńskim...

    Marek Pszczołowski: „Szkoła musi łączyć konserwatyzm i innowacje”

    Zdaniem dyrektora i nauczyciela historii i wychowania fizycznego Gimnazjum w Zujunach Marka Pszczołowskiego współczesna szkoła jako miejsce, gdzie młodzi ludzie uczą się tego, jak poradzić sobie w dużym świecie, musiałaby zachować równowagę pomiędzy konserwatyzmem a zmianami, jakie zachodzą w...

    Bożena Czenko: Szkoła nie może wszystkiego, trzeba współpracy rodziców

    Rodzice często uważają, że lepiej się znają na nauczaniu niż nauczyciele i próbują narzucić szkole czy pedagogom swoją narrację, swoją wizję tego, jak musi być uczone ich dziecko. Tymczasem szkoła wychowuje i uczy, ale nie może zrobić wszystkiego. Potrzeba również współpracy i pomocy rodziców.