Więcej

    Krótka wizyta

    Wpadłem na chwilę do Wilna. Dokładnie na 28 godzin. Jak człowiek bywa tu raz do roku, to widzi trochę inaczej niż ci, którzy bywają stale. Pierwsze wrażenie, pusto. Fakt, dwa lata temu, po wybuchu pandemii, w czerwcu, ludzi było jeszcze mniej.

    Ale przed rokiem już znacznie więcej. Widok zamkniętych na cztery spusty lokali, nawet tych w okolicach Ratusza, cokolwiek zatrważający. Ale odpowiedź na pytanie: „O co chodzi?”, przychodzi niemal natychmiast. No tak, wojna, Przesmyk Suwalski, nic więcej nie potrzeba, by zachodni turysta był przekonany, że na wileńskich ulicach ludzie do siebie strzelają. Sam miałem przyjemność poznać kiedyś Francuza, który póki nie spotkał swojej polskiej żony, był przekonany, że za Niemcami jest Rosja. Możemy się oburzać, może nam się nie podobać, ale tak jest. Jeśli już widać jakichś zagraniczniaków, to jedynie tych z Polski. Aut z zachodnimi numerami brak. Dla całego sektora turystycznego musi to być kolejny cios. Pusto także przed Ostrą Bramą. Cudownego obrazu z ulicy nie widać, bo przesłonięty foliami i rusztowaniami. Remont akurat cieszy, bo za chwilę powinno być pięknie. Tak jak pięknie robi się w kościele franciszkańskim. Mnóstwo tam jeszcze do zrobienia, ale od ubiegłego roku postęp prac zauważalny.
    Za to w Teatrze na Pohulance na odwrót. Zauważyć można jedynie kolejne połacie tynku odpadającego ze ścian. Nie widać też żadnych nowości w sklepach z pamiątkami i suwenirami. Mam wrażenie, że od kilku lat ten sam, tylko coraz bardziej przebrany asortyment. Trudno się jednak dziwić, jeśli nie ma kto kupować. Miłe zaskoczenie w księgarniach. Pięknie wydany trzytomowy album ze zdjęciami Jana Bułhaka robi wrażenie. Podobnie jak i jego cena, 38 euro za każdy tom. Taniej w sklepiku muzeum w Arsenalu. Po 25, ale to i tak niemało w coraz trudniejszych czasach. Pomarzyć można za to o najnowszych monetach okolicznościowych Banku Litwy.
    Co gorsza, nawet zapytać o nie nie można w siedzibie przy Tatarskiej. Aż prosiłoby się, by je tam nabywać na pamiątkę jak dawniej, gdy wychodzi się z bardzo udanego Muzeum Pieniądza. Tymczasem sprzedaż jest tylko na odległych Żyrmunach, na które ani łatwo się dostać, ani zaparkować. Najważniejsze w tym wszystkim jednak, że litewski chłodnik, cepeliny, serki w czekoladzie i czarny chleb z twarożkiem smakują wciąż tak samo jak zawsze. Czyli najlepiej na świecie. Dla tego smaku człowiek gotów gonić setki kilometrów, by choć raz w roku zakosztować, co i miejscowym polecam pod rozwagę.

    Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” Nr 31 (91) 06-12/08/2022