Nicolás Maduro za kratami to jednak dopiero pierwszy krok. Celem prezydenta USA Donalda Trumpa jest wszak faktyczne przejęcie kontroli nad Wenezuelą, gdzie chaviści nadal rządzą.
Maduro był ostrzegany
Operacja pod kryptonimem „Absolutna Determinacja” przebiegła tak sprawnie, że wielu komentatorów uważa, iż jej sukces był wynikiem zdrady w kierownictwie reżimu i/lub dowództwie armii wenezuelskiej. Nawet jeśli Amerykanie mieli swoich ludzi po tamtej stronie, i tak, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, odnieśli imponujący sukces.
Wenezuelski reżim od dawna mógł się przygotowywać do uderzenia wroga. Kiedy pod koniec października ub.r. Stany Zjednoczone wysłały do wybrzeży Wenezueli lotniskowiec USS „Gerald Ford”, amerykańskie siły powietrzne były już tam rozmieszczone – 10 myśliwców F-35 stacjonowało w sąsiednim Puerto Rico, a nad brzegiem morza latały bombowce.
Władze Wenezueli musiały się domyślać, że może to się zakończyć co najmniej operacją powietrzną. Logiczne było więc przygotowanie do niej sił lotniczych i obrony przeciwlotniczej. Wenezuelska armia dysponuje przeszło 40 myśliwcami, 12 wyrzutniami mobilnych systemów przeciwlotniczych S-300, kilkudziesięcioma innych systemami przeciwlotniczymi (w tym mobilnymi Buk), wreszcie setkami ręcznych wyrzutni rakietowych śmiertelnie groźnych dla lecących na niskim pułapie helikopterów.
Wystarczyło rozmieścić wokół kryjówki Maduro żołnierzy z granatnikami i przenośnymi przeciwlotniczymi zestawami rakietowymi, ciężkimi karabinami maszynowymi i działkami przeciwlotniczymi. Tymczasem specjalsi Delta Force przyszli po dyktatora jak po swoje. Żadnych strat, jedynie jeden uszkodzony helikopter.
Podręcznikowa operacja Amerykanów
Operacja miała przebiegać przy minimalnej liczbie ofiar wśród ludności cywilnej. Przed wkroczeniem grupy helikopterów z siłami specjalnymi do przestrzeni powietrznej Wenezueli lotnictwo przeprowadziło naloty na różne bazy wojskowe, w tym pozycje obrony przeciwlotniczej i lotniska. Wśród nich znalazła się główna baza lotnicza w La Carlota i obiekt komunikacyjny w Cerro El Volcan. Atakowi uległa również główna baza wojskowa Fuerte Tiuna w Caracas, w której stacjonowali Kubańczycy, gwardia pretoriańska Maduro.
Podczas operacji w mieście zabrakło prądu. Prawdopodobnie zakłócono łączność. Oprócz zniszczenia środków obrony przeciwlotniczej i miejsc rozmieszczenia sił lądowych i lotniczych, które mogłyby przeszkodzić w schwytaniu prezydenta Wenezueli, celem tych ataków było zakłócenie koordynacji działań sztabów i centrów dowodzenia.
Plan był utrzymywany w ścisłej tajemnicy. Amerykański Kongres nie został poinformowany, prawdopodobnie aby uniknąć wycieku informacji. Gdy wszystko było gotowe, do akcji wkroczyła grupa helikopterów, w tym bojowe AH-64E Apache, transportowe UH-60M Black Hawk i CH-47 Chinook, lecące do celu na niskiej wysokości.
Wysadzeni specjalsi Delta Force zlikwidowali ochronę Maduro, wciągnęli go z małżonką na pokład śmigłowca i odlecieli. Cała operacja trwała dwie godziny i 20 minut, ale przygotowania trwały miesiące.
Nie wiadomo, jak głęboko amerykański wywiad przeniknął do struktur kierowniczych kraju. CIA śledziła każdy krok Maduro od kilku miesięcy. Niewielka grupa, w której skład wchodził informator z wenezuelskiego rządu, obserwowała, gdzie śpi, co je i w co się ubiera. Wykorzystano wszystkie możliwe środki wywiadu elektronicznego, w tym satelity i samoloty szpiegowskie.
Z pewnością szeroko wykorzystano możliwości cybernetyczne. Od kilku tygodni trwały ćwiczenia sił specjalnych w replice rezydencji Maduro, zbudowanej w Stanach Zjednoczonych.
Geopolityczne skutki upadku Maduro
Dekapitacja reżimu nie oznacza jednak jego końca. Współpracownicy Nicolása Maduro wciąż kontrolują Wenezuelę. Amerykanie podjęli decyzję, że transformację państwa przeprowadzą w kontakcie z wiceprezydent Delcy Rodríguez Gómez, która przejęła obowiązki po Maduro. Uważa się ją za liderkę umiarkowanego skrzydła chavistów, z którą można rozmawiać i zmusić ją do przyjęcia warunków USA. Zwłaszcza że Amerykanie zacieśnili sankcje i wciąż grożą ewentualnymi kolejnymi akcjami zbrojnymi.
Czy to wystarczy? Należy pamiętać, że armię i aparat bezpieczeństwa kontrolują twardogłowi, z szefem ministerstwa spraw wewnętrznych Diosdadem Cabello i ministrem obrony Vladimirem Padrino na czele. Ulice Caracas kontrolują bojówki, tzw. collectivos. Do tego w kraju wciąż przebywają tysiące kubańskich wojskowych i agentów, tudzież „doradcy” z Chin i Rosji.
Wydaje się jednak, że przejęcie faktycznej kontroli nad Wenezuelą przez Stany Zjednoczone to już kwestia czasu. Trump się nie cofnie, a Rosja, Chiny, Iran i Kuba stracą ważnego sojusznika.
Dla Pekinu to utrata wenezuelskiej ropy (aż 90 proc. wydobycia szło do Państwa Środka) – Amerykanie już zapowiedzieli, że ten surowiec będą sprzedawać na rynku (czytaj: znaczna część ciężkiej ropy pójdzie do rafinerii w Teksasie) i strata politycznych wpływów.
Dla Moskwy to strata przyczółku w Ameryce Łacińskiej, kluczowego w podtrzymywaniu innych sojuszników w regionie, głównie Kuby, ale też Nikaragui. Do tego uwolnienie naftowego potencjału Wenezueli, która posiada największe rezerwy ropy na świecie (aż 20 proc. globalnych zasobów!), jeszcze bardziej obniży ceny czarnego złota. Co oznacza mniej wpływów do budżetu prowadzącej wyczerpująca wojnę i nękanej zachodnimi sankcji Rosji.
To również cios dla Iranu, osłabionego konfrontacją z Izraelem, porażkami osi oporu, pogrążonego w kryzysie gospodarczym, ogarniętego masowymi protestami. Wenezuela była ważnym sojusznikiem pomagającym obchodzić sankcje.
Jest wreszcie wspomniana Kuba, która bez taniej wenezuelskiej ropy zawali się gospodarczo.
Akcja w Wenezueli była pokazem siły Stanów Zjednoczonych. Donald Trump dowiódł, że nie rzuca słów na wiatr i zamierza wyeliminować z półkuli zachodniej wrogów Ameryki. Nie oznacza to jednak wcale, że USA porzucą swoje interesy w reszcie świata. Odebranie Chinom wenezuelskiej ropy i zajęcie dwóch związanych z Rosją statków kilka dni po akcji w Caracas pokazują, że dla prezydenta USA przejęcie Wenezueli nie jest przedmiotem negocjacji z innymi mocarstwami.
W zachodniej hemisferze obowiązuje „doktryna Donroe” (jak określa się trumpowską wersję słynnej XIX-wiecznej doktryny Jamesa Monroe), a negocjować to Amerykanie mogą w innych częściach świata. I sądząc po ostatnich wypowiedziach Donalda Trumpa oraz sekretarza stanu Marco Rubio na temat Rosji i Putina, dla Kremla i Pekinu będą to teraz jeszcze trudniejsze negocjacje.
Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 01 (03) 10-16/01/2026

