Minister spraw wewnętrznych Władysław Kondratowicz, w miniony czwartek (29 stycznia), poinformował, że rosyjski opozycjonista Leonid Wołkow, który nazwał ukraińskich żołnierzy i urzędników nazistami, może pozostać na Litwie.
Decyzja Departamentu
Taką ocenę przedstawił Departament Bezpieczeństwa Państwa (VSD). Departament nie wykrył okoliczności wskazujących, że rosyjski opozycjonista wspiera reżim Putina. „W trakcie oceny nie stwierdzono okoliczności wskazujących, że Leonid Wołkow lub wsparcie udzielane przez Wołkowa byłoby kierowane na rzecz reżimu rosyjskiego i jego agresji przeciwko Ukrainie. W związku z tym przedstawiciel rosyjskiej opozycji posiada ważne czasowe zezwolenie na pobyt i może nadal mieszkać na Litwie” — oświadczył na konferencji prasowej minister Kondratowicz.
Szef resortu spraw wewnętrznych zaznaczył, że cofnąć prawo do tymczasowego pobytu można tylko w konkretnych przypadkach. „Zgodnie z ustawami Republiki Litewskiej Departament Migracji może cofnąć zezwolenie na pobyt, jeżeli obecność cudzoziemca na terytorium Republiki Litewskiej stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa lub porządku publicznego” — wytłumaczył Kondratowicz.
Z oklei dyrektor Departamentu Migracji Indrė Gasperė powiedziała dziennikarzom, że podejmując decyzję kierowała się tylko obowiązującym prawem. „Ufamy kompetencjom VSD i po otrzymaniu informacji, że obywatel Federacji Rosyjskiej L. Wołkow nie stanowi zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa, nie zmieniliśmy jego statusu prawnego — ani nie zmieniliśmy, ani nie cofnęliśmy zezwolenia na pobyt na Litwie. Jego sytuacja prawna w Republice Litewskiej pozostaje obecnie taka sama” — oświadczyła urzędniczka.
Opozycja zagrożeniem?
Sprawa Wołkowa przyczynia się natomiast do postawienia pytania, na ile Litwa powinna angażować się w działalność rosyjskiej opozycji.
— Sądzę, że wszystko zależy od tego, co to jest za opozycjonista. Opozycja rosyjska nie jest jednolita. Są osoby o różnych poglądach. Leonid Wołkow myśli tak, inni inaczej. Każdy przypadek musimy oceniać oddzielnie i bardzo skrupulatnie. Generalnie nie jestem zwolennikiem przyjmowania na Litwę dużej liczby rosyjskich opozycjonistów, czy w ogóle obywateli Rosji. Duża ich liczba może spowodować pewne zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju — mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Kęstutis Girnius, komentator polityczny i wykładowca Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Nauk Politycznych Uniwersytetu Wileńskiego.
Jak twierdzi rozmówca, w podobnej sytuacji znajdują się opozycjoniści białoruscy.
— Moim zdaniem z Białorusią jest tak samo, jak z Rosją. W moim przekonaniu zbyt dużo wpuszczamy białoruskich dysydentów. Warto zauważyć, że ci Białorusini bardzo często podróżują do Mińska i z powrotem. Więc co to są za dysydenci, jeśli odwiedzają miejsce, gdzie na nich rzekomo czeka niebezpieczeństwo? Moim zdaniem Alaksandar Łukaszenka wysyła sporo osób, które mogą być szpiegami albo mogą być zwerbowane, kiedy odwiedzają Białoruś. Dlatego jestem dosyć sceptyczny względem przyjeżdżających z Białorusi. Osobiście sądzę, że na Litwie jest zbyt dużo rosyjskojęzycznych. Moim zdaniem, raczej musimy stawiać na migrantów z Filipin lub Tajlandii, niż z Kazachstanu lub Białorusi — oświadcza Girnius.
Szok, rozczarowanie, hańba
Decyzję ws. Wołkowa skrytykował przewodniczący konserwatystów Laurynas Kasčiūnas. „Opinia VSD, zgodnie z którą obywatel Rosji Leonid Wołkow, który poniżał ukraińską walkę o wolność, nie stanowi zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego Litwy, oraz oparta na tej opinii decyzja Departamentu Migracji przy MSW, pozwalająca tej postaci o kontrowersyjnej reputacji pozostać i nadal mieszkać na Litwie, szokuje, rozczarowuje i rodzi poważne pytania. Ta decyzja jest po prostu haniebna” — oświadczył polityk.
Poinformował ponadto, że będzie inicjował posiedzenie sejmowego Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony, na który zostaną zaproszeni szefowie MSW, VSD oraz Departamentu Migracji.
Lider Związku Demokratów „W imię Litwy” Saulius Skvernelis tymczasem oświadczył, że instytucje państwowe musiały kierować się prawem, a nie nastrojami społecznymi. „Mamy tu do czynienia z kilkoma aspektami: moralnym, politycznym i prawnym. Jeśli chodzi o aspekt polityczny, najwyraźniej tak — politycy wyrazili swoje opinie, różne siły polityczne myślą różnie: jedni tak, inni inaczej, ale instytucje, które oceniają ten proces, nie mogą kierować się motywami politycznymi. Muszą kierować się prawem” — podkreślił poseł.

Szanse opozycji
Kęstutis Girnius sądzi, że wsparcie opozycji w Rosji lub Białorusi to bardzie kwestia etyczna, niż real politic.
— Jestem przekonany, że rosyjska opozycja nie ma żadnych szans na przejęcie władzy w Rosji. W przypadku, kiedy Władimir Putin zostanie usunięty lub sam odejdzie, to na jego miejsce przyjdą podobne osoby. Rosyjscy dysydenci nie mają żadnego wpływu na sytuację w kraju i sądzę, że nie będą jej mieli w przeszłości. Pamiętajmy, że przyjmując i wspierając rosyjskich dysydentów nieobowiązkowo przybliżamy jakieś zmiany w Rosji. Tym niemniej nasze wsparcie powinno zależeć od tego, jaka jest ta opozycja. Wołkow dotychczas niby był tym „dobrym” dysydentem i wszyscy byli z niego zadowoleni. Teraz po jego wypowiedzi pogląd się zmienił. Niestety, gdy udzielamy azylu każdemu dysydentowi, to przeważnie nie wiemy do końca, jakie są jego poglądy. Zawsze powinniśmy zadać kilka pytań. Dlaczego wybrał Litwę? I czy naprawdę jest naszym przyjacielem? Bo nawet, jeśli krytykuje Putina, to nie we wszystkich przypadkach jest to dla nas korzystne — oświadcza komentator polityczny.
Skandaliczna wypowiedź
Leonid Wołkow przebywa na Litwie od 2019 r. Pod koniec ubiegłego roku została upubliczniona jego wypowiedź, która wywołała społeczne oburzenie na Litwie. „Po raz pierwszy rzeczywiście miała miejsce denazyfikacja. Zginął nazista, którego samo istnienie było darem dla kremlowskiej propagandy. On i jego »korpus klaunów« realizowali podejrzane plany nikczemnego wiejskiego stratega politycznego Budanowa” — napisał w prywatnej korespondencji Wołkow.
Wypowiedź dotyczyła rzekomej śmierci dowódcy Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego Dienisa Kapustina, która okazała się inscenizacją ukraińskich służb specjalnych. Słowa Wołkowa upubliczniła Anna Tiron, która wcześniej współpracowała z Fundacją Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego — do którego notabene należy też Wołkow — a teraz pracuje dla Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego.

