Rząd federalny Etiopii rozpoczął przygotowania do długiej i dużej wojny na północy kraju. Etiopskie Siły Obrony Narodowej (ENDF) przenoszą liczne oddziały z regionów Amhara i Oromia w kierunku Tigraju.
Eksplodować wtedy może cały Róg Afryki, wszak w brutalną rywalizację nad Morzem Czerwonym angażuje się kilka poważnych mocarstw Bliskiego Wschodu.
Zmiana stron
Addis Abeba reaguje na wydarzenia z końca stycznia br., gdy oddziały separatystycznego Frontu Wyzwolenia Ludu Tigraju (TPLF) przeprowadziły ofensywę przeciwko siłom rządowym i sprzymierzonym z nimi milicjom Amhara na spornych terenach. Były to pierwsze działania zbrojne od wojny w latach 2020–2022, która pochłonęła nawet 600 tys. ofiar.
Wsparcia TPLF udziela sąsiednia Erytrea. Jeśli wybuchnie wojna w Tigraju, wewnętrzny konflikt etiopski zmieni się w wojnę między państwami.
Na początku lutego Etiopia oskarżyła Erytreę o agresję militarną i wspieranie ugrupowań zbrojnych na swoim terytorium. Jeszcze kilka lat temu Erytrea we wspomnianej wojnie w Tigraju stała po stronie Addis Abeby. Dlaczego władze w Asmarze zmieniły strony?
Stało się tak, gdyż porozumienie z Pretorii, kończące poprzedni konflikt rządu Etiopii z Tigrajczykami, zawarto bez udziału Erytrei, a potem etiopski premier Abiy Ahmed kilkakrotnie wspominał o konieczności uzyskania przez jego kraj dostępu do Morza Czerwonego, co Erytrea uważa za groźbę aneksji jej portu Asab.
Tymczasem walczące z rządem federalnym etnonacjonalistyczne milicje Fano wykorzystały wymarsz wojsk rządowych na północ i rozpoczęły ofensywę w środkowej i zachodniej części regionu Amhara, zajmując kilka miast położonych przy kluczowych drogach. Co najmniej część milicji Fano współpracuje z Erytreą i TPLF, jest szkolona i wspierana bronią przez Erytrejczyków.
Wróg mojego wroga…
Konflikt zbrojny w północnej Etiopii może się stać kolejnym – po wojnie domowej w Sudanie – teatrem regionalnej wojny zastępczej nad Morzem Czerwonym. Rywalizujące ze sobą Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie realizują konkurencyjne wizje regionalne i wspierają różne grupy.
Etiopia utrzymuje strategiczne partnerstwo z ZEA, które inwestują w tym kraju miliardy dolarów i dostarczają nowoczesną broń. Z drugiej strony mamy Egipt, który postrzega Etiopię jako zagrożenie dla swoich wpływów w dorzeczu Nilu i nad Morzem Czerwonym. Spór dotyczący Wielkiej Etiopskiej Tamy Odrodzenia (GERD) dodatkowo pogłębia napięcia, bo Egipt uważa, że ogromna tama wodna na Nilu Błękitnym zagraża jego i Sudanu udziałom w wodach Nilu.
Po tej samej stronie barykady jest też Arabia Saudyjska. Rijad zacieśnia relacje z Erytreą. To zbliża do Saudów Egipt – tak samo jak kwestia Somalilandu. Samozwańcze państewko w północnej części Somalii zyskało oficjalne uznanie Izraela, sojusznika ZEA. Trudno więc się dziwić koalicji Egiptu, Arabii Saudyjskiej i Somalii. Z Somalią bliski sojusz ma też Turcja, wroga Izraelowi.
Ta rywalizacja przekłada się też na wspomniany Sudan, od blisko trzech lat pogrążony w niesłychanie okrutnej wojnie domowej. Zjednoczone Emiraty Arabskie i Etiopia wspierają paramilitarne Siły Szybkiego Reagowania (RSF), a Egipt, Erytrea i Arabia Saudyjska wspierają rządową armię (SAF) i uznawanego międzynarodowo lidera junty gen. Abd al-Fattah Abd ar-Rahmana al-Burhana.
Niedawno wyszło na jaw, że w tajnym obozie w Menge, tuż przy granicy Etiopii z Sudanem i Sudanem Południowym, szkolą się tysiące bojowników, którzy zasilają szeregi RSF. Emiraty sfinansowały budowę obozu oraz zapewniły instruktorów wojskowych i wsparcie logistyczne. Stosunki Etiopii z Sudanem pogorszyły się jeszcze bardziej, gdy gen. Burhan zbliżył się do Erytrei i tigrajskich separatystów.
Abiy Ahmed, laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2019 r., obawia się, że TPLF zamierza siłą odzyskać zachodnią część Tigraju, co dałoby mu połączenie lądowe z sojusznikiem sudańskim. Wszelkie działania SAF mogą zaszkodzić Etiopii, bo konflikt wzdłuż zachodniej granicy nadwyrężyłby jej siły, które już teraz działają pod presją.
Obecny kryzys to jedno z najtrudniejszych dotychczas wyzwań stojących przez premierem Abiyem Ahmedem. W 2020 r. mógł skoncentrować siły, zebrać sojuszników i narzucić rozwiązanie militarne. Wtedy doprowadził do zbliżenia z Erytreą, Dżibuti i Somalią, a stosunki z Sudanem były wprawdzie chłodne, ale stabilne. Teraz ryzyko jest większe, bo w dużej mierze pod wpływem Egiptu i Arabii Saudyjskiej, Erytrea i sudańska armia są wrogie, a Somalia i Dżibuti zachowują neutralność.
Marzenia o Afryce Rosyjskiej
W warunkach zaostrzającej się rywalizacji wspomnianych koalicji próbuje coś zyskać również Rosja. W kwestii zaangażowania w Rogu Afryki wykorzystuje, podobnie jak w innych częściach kontynentu, dawne związki i sentymenty z czasów zimnej wojny.
Pamiętać należy choćby o sojuszu Sowietów z komunistycznym reżimem etiopskim. Nie dziwi więc kontrakt zbrojeniowy Addis Abeby z Moskwą (tutaj istotne jest również zbliżenie Rosji i ZEA, wspierających Etiopię). Dostawy rosyjskich lekkich samolotów szturmowych Jak-130 i dronów Orion do Etiopii zapewniają Addis Abebie dodatkowe możliwości uderzeniowe i rozpoznawcze bez warunków politycznych, które zazwyczaj towarzyszą zachodniej pomocy wojskowej. Moskwa zyskuje dodatkową przewagę w negocjacjach regionalnych, wykorzystując współpracę wojskową jako narzędzie negocjacyjne.
Teraz Kreml próbuje grać w tej części Afryki na kilku fortepianach, by osiągnąć cel numer jeden w regionie: stałą bazę wojskową nad Morzem Czerwonym. W Sudanie zawarł już kilka lat temu umowę z dyktatorem Umarem al-Baszirem o budowie takiej morskiej bazy w Port Sudan.
Jednak wojna domowa skomplikowała te plany. Toteż Rosjanie zaczęli zacieśniać współpracę z Erytreą, a jednocześnie z Etiopią. Choć ta ostatnia nie ma dostępu do morza, podpisano umowę o wsparciu rosyjskim dla budowy… floty wojennej Etiopii (z nadzieją na port Asab w przyszłości?).
Ambicją Putina jest dołączenie do listy państw z różnych części świata posiadających instalacje wojskowe w pobliżu strategicznej cieśniny Bab al-Mandab. Wszak Związek Sowiecki w czasach zimnej wojny posiadał tu takie bazy.
Ba! Pod koniec XIX w. mało brakowało, a powstałaby tu kolonia rosyjska. Założona w 1889 r. przez grupę awanturników i Kozaków na wybrzeżu współczesnego Dżibuti osada Nowa Moskwa przetrwała zaledwie kilka tygodni.
Marzenia o Afryce Rosyjskiej prysły wraz z pojawieniem się na horyzoncie kilku wojennych okrętów prawdziwej kolonialnej potęgi – Francji.



