Sakartwelo — ziemia dana przez Boga. Ze szlaku Włóczęgów Wileńskich w Gruzji (1)

283
Sobór katedralny św. Trójcy. Najwyższa świątynia prawosławna nie tylko w Gruzji Fot. Waldemar Szełkowski
Sobór katedralny św. Trójcy. Najwyższa świątynia prawosławna nie tylko w Gruzji Fot. Waldemar Szełkowski

W czasach niezwykle odległych Pan Bóg tworzył świat oraz rozdzielał ziemie między narodami. Wszystkie narody świata kłóciły się, walczyły o lepsze miejsce pod słońcem, a Gruzini w tym czasie, znużeni czekaniem, rozłożyli kobierce i rozpoczęli biesiadę. Nie zauważyli nawet, jak zapadł zmrok. W tym czasie ujrzał rozśpiewanych Gruzinów strudzony pracą Bóg i przemówił do nich: „Kiedy inni kłócili się i walczyli ze sobą o ziemię, wyście bawili się i pili wino. Podzieliłem już cały świat. Został mi tylko mały, ale najpiękniejszy zakątek. Chciałem go zostawić dla siebie, ale spodobaliście się mi i wam go oddaję” — z dumą opowiadają Gruzini legendę o powstaniu swego państwa. Jak się przekonaliśmy podczas podróży — dumny to i gościnny naród, przekonany o swej wyjątkowości, ale też potrafiący docenić innych.

O Kaukazie, my — Włóczędzy Wileńscy — dawno marzyliśmy. Niestety, waśnie narodów kaukaskich po rozpadzie ZSRR, konflikty często podsycane przez Rosję wytworzyły na Kaukazie sytuację niedogodną do zwiedzania. Niejednokrotnie słyszałem o grupach turystycznych obrabowywanych na szlakach górskich lub niepuszczanych do regionów, gdzie przed chwilą wybuchł nowy konflikt.

Jednak marzyło się. Przed paru laty snując nowe plany jeden z moich przyjaciół rzekł:

— W następnym roku idziemy na Elbrus, a później odpoczniemy nad morzem w Abchazji …

— …na cmentarzu prawosławnym — dodałem wówczas z sarkazmem.

Wojna rosyjsko-gruzińska sprzed roku zdawało się przekreśliła plany na długo. Jednakże jednocześnie nagłośniła dążenia Gruzji do zbliżenia się z Europą, a poparcie Litwy i Polski w tym konflikcie uczyniło nas sojusznikami mile widzianymi w Sakartwelo. Ponadto świeże informacje przywiezione już po wojnie przechyliły szalę — decyzja zapadła.

Georgiac — a więc św. Jerzy, patron Gruzji Fot. Waldemar Szełkowski
Georgiac — a więc św. Jerzy, patron Gruzji Fot. Waldemar Szełkowski

„Dokąd? Do Gruzji? Wariaci!” — najczęściej słyszane wypowiedzi o przyszłej wyprawie. „Otważnyje liudi” — pisali Gruzini, z którymi miałem kontakt mailowy. Poznana podczas Światowego Zjazdu Wilniuków prawnuczka Stanisława Moniuszki ze zdziwieniem w oczach i z powątpiewaniem pokiwała głową: „Moi studenci we Francji w tym roku nie pojechali na wakacje do domu, do Gruzji” — rzekła.

Najtrudniej jednak było przekonać rodziny o sensie i bezpieczeństwie tej podróży. Zwłaszcza, że wielu politologów przewidywało „dogrywkę” w konflikcie z Rosją w sierpniu lub wrześniu bieżącego roku. Żona (jak się okazało nie tylko moja) zaczęła poważnie ciekawić się polityką, każdego dnia oglądała wiadomości, zwłaszcza każdą wzmiankę o Gruzji, mówiąc: „No, nie wiem, nie wiem…”.

Jechaliśmy tam poznać nowy kraj, jego tradycje, kulturę, zabytki, mieszkańców. Szukałem prawdy o wojnie z ust Gruzinów. Tych, którzy odczuli ją na sobie. Chciałem też sprawdzić, jak dużo przesadzają media o sytuacji powojennej oraz zagrożeniu nowego konfliktu — okazało się, że naprawdę sporo.

Daleką Gruzja jest również z braku dogodnego połączenia. Autokarami przez Turcję jest niemiłosiernie długo i uciążliwie. Przez Ukrainę i Rosję obecnie nie ma szans, a bezpośredni lot z Wilna anulowano. Najbliżej z Rygi, dokąd udaliśmy się samochodami.

Passat po utracie koła jak ranne zwierzę padł na pobocze szosy Fot. Waldemar Szełkowski
Passat po utracie koła jak ranne zwierzę padł na pobocze szosy Fot. Waldemar Szełkowski

W drodze mieliśmy wypadek. U jednego z samochodów puściły przy kole śruby i w czasie jazdy przednie koło porzuciło auto jak dumna kochanka swego starego adoratora. Passat po utracie koła jak ranne zwierzę padł na pobocze szosy. Szczęście, że z powodu prac budowlanych kierowca zmniejszył szybkość i obyło się bez poważniejszego wypadku. Ale  jak dalej? Czy to miał być zły znak? — niejednemu przemknęła złowieszcza myśl.

W końcu Ryga. Lotnisko. Bagaże oddane, chwila przed rejestracją. Niespodziewanie rozlega się po angielsku oraz rosyjsku z właściwym Łotyszom akcentem: „Gospodin Budrewicz, prosim projti k informacji…”. Podeszliśmy i okazało się, że również „gospodin” Radczenko i „gospodin” Szełkowski mają z plecaków wybrać butle z gazem — „niedozwolony sprzęt turystyczny na pokładzie samolotu”. Z bólem w sercach oddawaliśmy butle, żartobliwie usprawiedliwiając się: „W Gruzji teraz z gazem ciężko, chcieliśmy im pomóc”. Biadoliłem jeszcze — jak my teraz w górach Kaukazu i bez gazu?

— Jakoś. Tym bardziej, że na początek macie… — odrzekł spostrzegawczy celnik, bowiem domyślił się po naszym zachowaniu się, że jedną butlę nie zauważyli. Ale awantury wszczynać już nie chcieli. „Na początek” mieliśmy dokładniej nie jedną, a cztery niezauważone butle, których wystarczyło nam na całą wyprawę.

Poznawanie stolicy rozpoczęliśmy od litewskiej wysepki — wizyty w ambasadzie Fot. Waldemar Szełkowski
Poznawanie stolicy rozpoczęliśmy od litewskiej wysepki — wizyty w ambasadzie Fot. Waldemar Szełkowski

Tbilisi. W XIX w. nazwane przez Rosjan Tyflisem. Poznawanie stolicy rozpoczęliśmy od litewskiej wysepki — wizyty w ambasadzie. Chodziło nam o ewentualną opiekę oraz informację o bezpieczeństwie. Bodajże pierwsze pytanie było — czy bezpiecznie jest w okolicach miasta Kazbegi u podnóża Kaukazu nad granicą z Rosją?

— Kazbegi? Nie tylko Kazbegi, możecie też wspiąć się na szczyt Kazbek, w sumie jeden z łatwiejszych pięciotysięczników — rzekł Danas Vaitkevičius, ambasador naszego kraju w Gruzji (po kilku tygodniach zakończył swoją kadencję w tym kraju — dop. aut.).  Usłyszeliśmy również, że poruszać się Gruzińską Wojenną Drogą jest bezpiecznie. Radził jednak nie zbliżać się do granicy z Osetią i Rosją. Udzielił również innych rad — nie spać w namiotach nieopodal wsi i miast, gdyż niedawno kilku turystów obrabowano, a zdarzyło się, że w łapy zbirów trafiło innych dwoje podróżujących autostopem.

Wiadomości te uspokoiły, bo opierając się na doniesieniach z prasy i TV oczekiwaliśmy sytuacji o wiele gorszej. Okazało, że nic nowego, podobnie jak to nieraz bywało podczas poprzednich wypraw. Wniosek nasunął się jasny — jest bezpiecznie, jeżeli nie pchać się do miejsc konfliktu i mieć się na baczności.

Podbudowani na duchu ruszyliśmy na miasto. Pierwszym obiektem był nowo wybudowany sobór katedralny św. Trójcy. Duma miasta, najwyższa świątynia prawosławna nie tylko w Gruzji. Należy ponoć do piątki największych na świecie, a jest w niezmiennym od stuleci w Gruzji stylu, u nas nazywanym po prostu — gruzińskim. Przykładem tego stylu w Wilnie jest przebudowana w XIX w. cerkiew Przeczystej Bogurodzicy nieopodal Zarzecza, której zwieńczenie kształtem bardziej przypomina wieżę obronną, niż kopułę cerkiewną.

Fundatorem soboru jest miejscowy biznesmen o nazwisku Iwaniszwili, o którym wielu słyszało, ale mało kto go widział. O tajemniczym przedsiębiorcy mówią  z szacunkiem, choć niewiele wiedzą o źródłach jego dochodów, a może nie chcą po prostu o tym mówić. Przewodnik zapytany o to — w jaki sposób ów Iwaniszwili zbił taki kapitał — skwitował żartem: „Gdybym wiedział, również bym był bogaty!”.

Nieco wysiłku pochłonęło wejście na Mtacmindę — Świętą Górę, doskonale widoczną ze wszystkich części miasta. Na jej szczycie znajduje się park wypoczynkowy z wieżą telewizyjną, a na zboczu jest usytuowana cerkiew Mama Dawiti, co z gruzińskiego oznacza Ojciec Dawid. Komiczny paradoks polega właśnie na tym, że mama po gruzińsku oznacza ojciec, natomiast do mamy się zwracają prawie jak u nas do dziadka — deda.

Gruzja to kraj, gdzie o zabytkach z XVI w. mówi się: „Taki nowy?” Fot. Waldemar Szełkowski
Gruzja to kraj, gdzie o zabytkach z XVI w. mówi się: „Taki nowy?” Fot. Waldemar Szełkowski

Zgodnie z legendą św. Dawid wybudował na tej górze w VI w. celę i miejsce do modlitw, zniszczone w XVI w., a odbudowane w postaci cerkwi w XIX stuleciu. Bijące w pobliżu źródełko podobno posiada moce uzdrawiające, a jeżeli kobieta, pragnąca spełnienia najskrytszego marzenia, zanurzy w tej wodzie mały kamyk oraz przyłoży ten kamyk do ściany — marzenie się spełni. O ile kamyk pozostanie tkwić w tym samym miejscu. Bo tylko wtedy oznaczać będzie, że Bóg prośbę wysłuchał.

Słynie Mtacminda również z panteonu gruzińskich ludzi pióra i sztuki oraz po prostu znanych osób. Wśród nich również grób Grybojedowa zamordowanego w Persji przez tłum fanatycznych muzułmanów, a opłakiwanego przez młodziutką szesnastoletnią żonę, córkę gruzińskiego poety Aleksandra Czawczawadze. Jej ból ukazuje rzeźba bolejącej kobiety z rękoma założonymi wokół krzyża oraz inskrypcja: „Pamięć o Tobie i Twoich czynach na zawsze pozostanie w pamięci ludu rosyjskiego, dlaczego jednak stać się miało, że moja miłość do Ciebie trwa dłużej niż życie Twoje?…”. Po latach spoczęła obok.

Skromny grób matki Stalina — Jekatieriny Dżugaszwili Fot. Waldemar Szełkowski
Skromny grób matki Stalina — Jekatieriny Dżugaszwili Fot. Waldemar Szełkowski

Inny akcent powiązany jest z Rosją i nazwiskiem znanym w całym świecie. Znalazł się tam, przeniesiony w trzydziestych latach, grób matki Stalina Jekatieriny Dżugaszwili.

Natomiast polski akcent posiada cmentarz Kukijski, gdzie spoczywa kilku polskich inżynierów oraz muza Młodej Polski Dagny Juel Przybyszewska. Pianistka i pisarka, po rozstaniu się z mężem zginęła w tyfliskim Grand Hotelu od kuli zazdrosnego wielbiciela i kochanka Władysława Emeryka, który chwilę później przyłożył pistolet do własnej skroni.

Cdn.


.
.

.

Wyprawę wspierał Samorząd m. Wilna