Chopin i Moniuszko w gościnie u Mickiewicza

Takich tłumów podwórko przy wileńskim Muzeum Mickiewicza już dawno nie widziało. Odbywający się 4 sierpnia koncert sopranistki Gabrieli Vasiliauskaitė i pianisty Andriusa Vasiliauskasa udał się wyśmienicie.

Tej artystki wileńskiej publiczności przedstawiać nie trzeba. Młodziutka wilnianka od kilku lat występuje w kraju i za granicą, często z wybitnymi litewskimi dyrygentami. Wygrywa konkursy i festiwale, uświetnia swym śpiewem imprezy polonijne, jej noworoczny koncert przed dwu laty transmitowała nawet na żywo telewizja Polonia. Nic więc dziwnego, że na kolejnym jej koncercie pojawiły się tłumy. Dziedziniec Muzeum Mickiewicza przy ul. Bernardyńskiej 11 pękał w szwach, na galerii głowa przy głowie, goście tłoczyli się nawet w bramie. Zmęczenie gości, dla których zabrakło miejsc siedzących, ustąpiło jednak natychmiast, gdy tylko artyści wyszli na podwórkową scenę.

Girl in a jacket

Ubrana w przepiękną, czerwoną suknię z epoki Gabriela Vasiliauskaitė śpiewała piosenki do muzyki Chopina i Moniuszki. — Z wileńskim akcentem Mickiewicz brzmi zupełnie inaczej — rzucił z podziwem ktoś z obecnych na koncercie turystów. Faktycznie, „Moja pieszczotka” do słów wieszcza i muzyki Chopina zebrała huraganowe wprost brawa. Nie inaczej było z innymi piosenkami, które w drugiej połowie XIX wieku uważane były za repertuar lekki, choć dziś kojarzą się z muzyką poważną.

Niesłusznie, bo cóż jest poważnego w figlarnych wierszach o miłości, szczęściu czy nadejściu wiosny („Poseł” do słów Stefana Witwickiego). Nie zabrakło jednak i smutniejszych piosenek o rozłące kochanków („Dwojaki koniec” do słów Bohdana Zaleskiego) czy wreszcie dramatycznego „Precz z mej pamięci”, prawdopodobnie najstarszej z pieśni napisanych przez Adama Mickiewicza — o odtrąconej miłości.

Nie mniejsze brawa zebrał Andrius Vasiliauskas (zbieżność nazwisk przypadkowa, artyści nie są spokrewnieni), który poza akompaniamentem wykonał też kilka utworów solowych, między innymi Preludium As-dur i Fantazję Op. 66 Chopina oraz kilka utworów romantycznych Čiurlionisa. Publiczność była tak zasłuchana, że nawet półtoraroczny maluch siedzący na kolanach mamy tuż koło sceny patrzył na występ jak urzeczony, w ciszy. Gdy wreszcie koncert się skończył, oboje artyści jeszcze przez niemal godzinę rozchwytywani byli przez gości chcących pogratulować występu. By porozmawiać z prasą, pani Gabriela musiała… zabarykadować drzwi do sali Filomatów.


Jak śpiewa się tak klasyczny repertuar na koncercie letnim, przed niewyrobioną publicznością, raczej nieznającą Chopina czy Moniuszki?

Wcale nie uważam, by tutejsza publiczność była niewyrobiona muzycznie. Część z obecnych to moi przyjaciele, którzy chadzają na koncerty, obracają się w tym świecie. Ale po koncercie zwracało się też do mnie wielu turystów po polsku, litewsku czy nawet francusku, a przecież Chopin to nazwisko znane w świecie. Widziałam też mnóstwo osób, które znam już z widzenia. To całe środowisko ludzi, którzy regularnie przychodzą na te czwartkowe koncerty. Jest więc to bardzo wyrobiona publiczność, choć koncerty nie odbywają się w sali operowej. Myślę, że na dzisiejszym koncercie osób, które trafiły tu z przypadku, była ledwie garstka.

Czy inaczej śpiewa się w podwórzu muzeum niż w wielkiej sali koncertowej?

Oczywiście. Wiadomo, że przestrzeni jest mniej, wokalista stoi zaledwie kilka kroków od publiczności. Występ trzeba więc dostosować do warunków, można sobie pozwolić na więcej familiarnego podejścia, luźniejszego zachowania, a to tworzy bardziej kameralną atmosferę i silniejszą więź z publicznością.

A że podwórko? Tutaj głos brzmi doskonale, akustyka tego podwórza jest bardzo dobra. Oczywiście koncert byłby jeszcze lepszy, gdyby udało się tu wstawić prawdziwy fortepian, a nie elektroniczny. Ale ten prawdziwy pewnie nie zmieściłby się w bramie (śmiech).