Druga wojna polska (3)

149
Po chwili siedzimy na „francuskoj ziemle” obok pomnika i grobu żołnierza armii Napoleona… Fot. autor

Berezyna, szeroko rozlana, zaśnieżone brzegi, kra i dwa drewniane mosty przerzucone nad nią.  Mosty są zatłoczone do granic możliwości, sunie przez nią zbity tłum żołnierzy i maruderów, których wszelakie ubrania z trudem przypominają mundury wojskowe, a przygnębienie bądź panika na twarzach nie może przypomnieć zwycięską Wielką Armię Napoleona…

Taką widział bitwę i taką nam ją przekazuje anonimowy francuski rysownik, z pewnością uczestnik dramatycznych dni końca listopada 1812 r. Swą akwarelą stworzył znakomity reportaż z miejsca przeprawy ginącej Wielkiej Armii.

Przed mostami na szerokości kilkuset metrów kłębi się bezładna masa żołnierzy, maruderów, cywilów. Porzucone i chyba już zrabowane wozy, karety. Nikt nie pilnuje porządku, nie widać żadnego zwartego oddziału, który zachowałby szyk marszowy. Przez tłum próbują się przedarć wozy taborowe, zapewne wypełnione rannymi lub bagażami. Przepychanie się, niektórzy spadają do lodowatej wody, a część, nie mogąc doczekać się kolejki, podejmuje próbę przedostania się na drugi brzeg: na koniach lub wpław szamoczą się wśród kry w lodowatej wodzie, co niechybnie spowoduje zapalenia płuc i w skutku śmierć.

Autor ukazał najbardziej dramatyczne chwile. Pewnie nie widział i nie ujął w obrazie tych, którzy jeszcze walczyli i powstrzymali napierające wojska rosyjskie, dając dla wielu szansę wydobycia się z matni.
Cierpienie i męstwo, ból i tchórzostwo tamtych listopadowych dni oraz historie o bajecznych skarbach Francuzów dzisiaj. Niejednemu płonęły oczy na myśl o odnalezieniu złotej karety Napoleona i po mapie sunęły drżące z podniecenia palce poszukujące nazw: Berezyna, Borysów, Studzianka.
— Bitwa nad Berezyną? — z uśmiechem spojrzał na nas Wołodia, poznany w Borysowie drobny przedsiębiorca. — No to jedziemy na Brilowskije Pola.

Dostaliśmy się w okolicę wsi Bryli, gdzie jeszcze za czasów carskiej Rosji, w rocznicę bitwy w 1912 r. ustawiono pomnik zwieńczony carskim dwugłowym orłem. Znienawidzony przez bolszewików symbol „starego reżymu” stał się powodem do zniszczenia pomnika już w 1920 r. Miejsce jednak znane było z podręczników, więc w czasach breżniewowskich postanowiono uhonorować nowym monumentem, którego masywna metalowa bryła zachowała się, pomimo że wokół rozrosły się krzaki. Nieukończony pomnik nawiązuje do ideologii z okresu swego wykonania – płask orzeźba przedstawia pogromców „napoleońskich zachwatczikow”: pięciu żołnierzy-wiarusów w kaszkietach i pod sumiastym wąsem, kozaka w papasze, parę brodatych nachmurzonych chłopów z siekierą i widłami oraz babę w chuście o spojrzeniu przypominającym rewolucjonistkę z 1917 roku. Taki pomnik miał podkreślać „rolę zwykłego ludu w wojnie ojczyźnianej”. Czas złagodził antagonizmy i obecnie są dwa – odbudowany w 1992 r. z orłem o dwu głowach oraz kryjący się za zielenią „z woli ludu pracy”.  Dzień powszedni, żadnej rocznicy czy uroczystości, lecz co jakiś czas dojeżdżało jakieś auto, zawsze kręciła się grupka zwiedzających. Miejsce jest znane i uczęszczane.

— To nieprawda. Tutaj bitwy nie było — rzekł w naszą stronę mijający „sowiecką bryłę” bodajże pięćdziesięcioletni mężczyzna, zapewne miejscowy pasjonat historii i batalistyki. – Na Brilowskich Polach był nieduży oddział rosyjski, który francuska kawaleria zmiotła gwałtownym atakiem – kontynuował, widząc nasze zainteresowanie.
—  Najważniejsza akcja odbywała się tam, niżej – i wskazał za rzekę Berezynę, na widniejące w oddali drewniane zabudowania. Kolejny pomnik jest niedaleko, na „francuskoj ziemle” – dorzucił jeszcze przed odejściem, doganiając swego towarzysza.  Po chwili siedzimy na „francuskoj ziemle” obok pomnika i grobu żołnierza armii Napoleona. Romek nuci „Marsyliankę”, przed sobą mamy dolinę Berezyny, a za nią Studziankę, skąd pontonierzy Napoleona przerzucili dwa mosty, na których właśnie miały miejsce dantejskie sceny… Francuska ziemia, ponieważ rząd francuski te kilka setek gruntu wydzierżawił na 99 lat, ustawiając pomnik ukazujący chorągiew z orłem napoleońskim i napisem poświęconym zbawiennej przeprawie dla części armii. Dzierżawę tego skrawka ziemi należy uznać za doskonałą decyzję. Zawsze to większa pewność na zachowanie pamięci, zważając na nieobliczalną władzę na Białorusi.

Atmosfera dawnej bitwy nie byłaby jednak pełną bez dostania się na drugi brzeg, do Studzianki. Tak się jednak złożyło, że mosty w tym miejscu budowali tylko „okupanci” — w 1812 r. Francuzi i bodajże w 1942 r. Niemcy. Natomiast „swoi” podczas działań zbrojnych dążyli do ich zniszczenia. Dostać się więc do Studzianki, mogliśmy jedynie, robiąc pętlę ok. 15 km w stronę najbliższego mostu. Mapa wskazywała jeszcze szereg miejsc zabytkowych. Okazało się, że niemal każda wieś posiada pomnik, ale były to rzeźby na cmentarzach „bojcow” Armii Czerwonej z ostatniej wojny.

Pomnik wykonany za koszt Konfederacji Szwajcarskiej, gdzie udział brali żołnierze tego kraju Fot. autor

Nareszcie dobrnęliśmy. Po prawej od szosy, w dolinie leniwie płynącej Berezyny, ukazały się zabudowania Studzianki. Wieś jak na dłoni… Doskonałe miejsce do ostrzału. Właśnie z dominującego nad Studzianką terenu, artyleria rosyjskiego gen. Wittgensteina, 28 listopada podjęła próbę zniszczenia zbudowanych przed dwoma dniami francuskich mostów, aby zatrzasnąć pułapkę i ostatecznie rozbić Napoleona.
Mijamy przy szosie rosyjski pomnik — murowaną bryłę z tablicą „…tutaj rosyjska armia rozgromiła podczas przeprawy przez Berezynę cofające się wojska francuskiego cesarza Napoleona…” i zbliżając się do wsi, stajemy przed następnym, wykonanym przez autorów białoruskich na zlecenie i za koszt Konfederacji Szwajcarskiej. Berezyna była ostatnią w historii bitwą, gdzie udział brali żołnierze tego kraju, dlatego miejsce to wspaniałym pomnikiem uhonorowali również Szwajcarzy.
Białoruscy rzeźbiarze doskonale potrafili wyczuć i ukazać beznadziejną sytuację i cierpienie żołnierza niegdyś niezwyciężonej Armii. Ginący i z trudem opierający się na ręce żołnierz, obdarty z munduru, o zamkniętych oczach podnosi jeszcze rękę do ciosu, a nad nim orzeł unosi do góry na strzaskanym drzewcu sztandar, podkreślając w ten sposób podjętą walkę oraz uratowanie honoru i części jeszcze zdolnych do walki oddziałów napoleońskich.
Tam właśnie, we wsi i na jej obrzeżach, stłoczyły się pojazdy, konie, kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy, markietanek, maruderów i cywilów.

Grzali się przy ogniskach, drzemali, posilali się resztkami zapasów. Nikt jeszcze nie spieszył na drugi brzeg, po mostach przesuwały się zdolne do walki lepsze oddziały, a pozostali czekali na swą kolej. Gwizd kul armatnich oraz wybuchy wszystkich naraz wyrwały z uśpienia i olbrzymi tłum rzucił się na oślep do mostów, gdzie nad sytuacją próbowała zapanować żandarmeria polowa. Rosyjskie pociski spadały, szerząc w tłumie straszliwe spustoszenie. Tę dramatyczną chwilę najczęściej ukazują obrazy, niezależnie rosyjskich bądź francuskich autorów. Znalazła się ona również w wielu pamiętnikach.

„Ziemia była usłana żywymi i martwymi ludźmi i końmi (…). Przez cały czas czułem, że stąpam po zwłokach; to prawda, że nie upadłem, ale tylko, dlatego że nie mogłem, gdyż byłem ze wszystkich stron podtrzymywany przez ściskający mnie tłum. Nigdy nie przeżyłem czegoś równie przerażającego, jak uczucie, którego doznawałem, depcząc po ciałach żywych jeszcze ludzi; chwytali mnie za nogi i paraliżowali moje ruchy, usiłując się podnieść. Jeszcze dziś pamiętam, co czułem tego dnia, stawiając stopę na kobiecie, która jeszcze żyła. Czułem ruchy jej ciała i słyszałem jej krzyk: »Och, zlitujcie się nade mną!«. Trzymała mnie za nogi, ale ja zostałem nagle silnie popchnięty z tyłu, uniesiony w powietrze i wyrwany z jej objęć” — napisał o bitwie porucznik wojsk Wirtembergii Carl von Suckow.

Masakra trwała, zanim marszałek Victor nie przypuścił ataku na rosyjskie baterie i nie zmusił ich do cofnięcia się, a następnie napierające oddziały rosyjskie powstrzymał desperackim kontratakami swego francusko-niemiecko-polskiego korpusu. „Atak śmierci” kosztował kilku tysiącom życie, ale odepchnął Rosjan na wzgórza. Dzięki temu korpus osłonowy Victora w najlepszym porządku wieczorem i w nocy wycofał się na drugi brzeg, natomiast większość zmęczonych maruderów i cywilów zbagatelizowało sytuację, pozostając przy ogniskach. Dopiero nad ranem, kiedy tylne straże Victora weszły na mosty, wybuchła panika – tłum rzucił się ku przeprawie, blokując ją. Jedni przepychali się, tratowali, spadali z mostów i topili, inni rozpoczęli rabować karety i wozy, nie zdając sprawy, że nigdzie nie potrafią już unieść łupu.

„…tu chciwość najwięcej dokazywała: dotknięty jej bodźcem jedni biegali ponad wodą, wrzeszcząc i zachęcając swoje ekwipaże, by się przeprawiały, jak gdyby głos ich mógł być słyszanym. Drudzy zbierając się w kupy przebojem, nie uważając na warty, na niebezpieczeństwo widoczne, ciskali się w tę otchłań, strącając z mostu, co było na zawadzie” — relacjonuje tę chwilę gen. Eustachy Sanguszko.

Po kilku godzinach mosty zostały podpalone przez saperów, a do porzuconego i oszalałego tłumu zbliżyli się kozacy, zgarniając tysiące do niewoli, a przede wszystkim rzucając się na masę wypełnionych dobytkiem pojazdów. Świadek tamtych dni – Studzianka – dzisiaj jak większość niedużych białoruskich wsi: kilka ulic, wzdłuż których szczytem poustawiane drewniane domki, za nimi ogrody. Popołudniowa cisza, czasem jakiś przechodzeń, czasem ktoś krząta się na podwórku. Nad rzeką znów pomnik! Tradycyjnie podkreślający klęskę Napoleona, a zwycięstwo Kutuzowa, chociaż na tę bitwę rosyjski feldmarszałek po prostu nie zdążył, jak i większość jego armii. Samo koryto Berezyny, głębokiej w tym miejscu na niecałe 2 metry, nie przekracza 30 metrów szerokości, ale niskie i grząskie brzegi są poprzecinane płytkimi odnogami głównego nurtu rzeki. W 1812 r. najgorszym okazała się niespodziewana, choć krótkotrwała odwilż. Rzeka się rozlała na gdzieś 100 metrów, więc mosty należało z obu stron znacznie wydłużyć. Tutaj przeprawił się cesarz.

Fot. autor
Cdn.
Pocz. w nr. 130