13
Świadkowie historii 13 stycznia: Noc, w której Litwa obroniła wolność

W nocy z 12 na 13 stycznia 1991 r. sowieccy komandosi dokonali szturmu na wieżę telewizyjną, próbując zagrozić dopiero co wyswobodzonemu państwu litewskiemu.

W Lidze Wolności powtarzaliśmy, że jeśli tysiące, setki tysięcy ludzi wyjdą na ulicę, żądając niepodległości, to Litwa będzie wolna. I rzeczywiście tak się stało – mówi Leonardas Vilkas. Fot. zbiory Piotra Hlebowicza

W Lidze Wolności powtarzaliśmy, że jeśli tysiące, setki tysięcy ludzi wyjdą na ulicę, żądając niepodległości, to Litwa będzie wolna. I rzeczywiście tak się stało – mówi Leonardas Vilkas.
Fot. zbiory Piotra Hlebowicza

O wyniku tego starcia zdecydowały zdeterminowane tłumy, które gromadziły się we wszystkich strategicznych miejscach stolicy i w większych miastach, by walczyć o wolność. Jednym z najważniejszych punktów był niewątpliwie parlament. W „Kurierze Wileńskim Magazynie” o tragicznej styczniowej nocy opowiadają świadkowie wydarzeń, które rozegrały się 28 lat temu w budynku Rady Najwyższej.

Piotr Hlebowicz
dziennikarz, działacz Autonomicznego Wydziału Wschodniego Solidarności Walczącej

Autonomiczny Wydział Wschodni SW - grupowe zdjęcie uczestników 25 rocznicy powstania SW, Wrocław 2007, fot. archiwum Piotra Hlebowicza

Autonomiczny Wydział Wschodni SW – grupowe zdjęcie uczestników 25 rocznicy powstania SW, Wrocław 2007, fot. archiwum Piotra Hlebowicza

W styczniowe wydarzenia wpadłem jakby z biegu. W tym okresie bywałem na Litwie bardzo często. Sylwestra 1990 r. spędziłem w Wilnie, a potem poleciałem na Syberię, do Tomska, w sprawach polskiego stowarzyszenia. Na Litwę wróciłem chyba 8 stycznia. W Wilnie zastałem bardzo napiętą atmosferę. Dostałem przepustkę do parlamentu, miałem też wstęp do arsenału. Na ulicach widać było coraz więcej wojska i funkcjonariuszy OMON, kontrolowano drogi wjazdowe do miasta, rozrzucano z helikopterów prosowieckie ulotki. Sowieci zaczęli też zajmować obiekty strategiczne. Te działania wywołały żywiołową reakcję mieszkańców. Wszędzie można było zaobserwować rezultaty spontanicznej twórczości ulicznej: karykatury, rysunki, hasła, powieszone na słupach książeczki wojskowe, legitymacje partyjne czy książki o tematyce komunistycznej.

Sytuacja stawała się coraz bardziej gorąca. Wyczuwało się napięcie, jakby miało lada chwila stać się coś strasznego, ale odczuwało się też determinację ludzi – że są gotowi na wszystko. Po prostu panowało jakieś powszechne przekonanie, że trzeba walczyć do końca, cokolwiek by się stało. Ważne było również to, że Litwini nie zostali osamotnieni w tej sytuacji – wielu ludzi przyjechało z innych republik, by podtrzymać ich w walce o niepodległość. Spotykałem Ukraińców, Tatarów krymskich, Gruzinów, Czeczenów, Ormian, Azerów, Estończyków, Łotyszy, a także Polaków z Polski.

Nocą 13 stycznia 1991 r. przebywałem w parlamencie. Wiedzieliśmy na bieżąco, co się dzieje przy wieży telewizyjnej. Istniało bardzo realne zagrożenie, że następnym celem sowieckiego specnazu będzie Sejm, dlatego nie opuszczaliśmy budynku. Wiele nocy przespałem na sali posiedzeń. Ludzie z okolicznych kamienic przynosili jedzenie, koce i gorącą herbatę dla obrońców parlamentu czuwających na zewnątrz. Pomimo chłodu zjechały do stolicy dziesiątki tysięcy obywateli z całej Litwy. Czuć było ogromną więź i obywatelską solidarność.

Atak wydawał się bardzo realny, dlatego na dachu zamontowano na sztorc druty, które miały utrudnić desant żołnierzy sowieckich. Wydano całą broń, która była na stanie. Wielu obrońców przyniosło pistolety, strzelby myśliwskie, często sięgające pamięcią jeszcze czasów wojny. Niektóre karabiny nadawałyby się jako eksponaty na wystawę historyczną, widziałem nawet krócice ładowane od przodu, strzelby skałkowe. Pamiętam też mszę świętą odprawianą na górnym piętrze parlamentu, podczas której ksiądz udzielił wszystkim absolucji. Wtedy ci ludzie naprawdę byli zdecydowani na śmierć… To takie chwile w życiu, które pozostają w człowieku do końca.

Spotykałem wówczas też Polaków. Przed parlamentem widziałem Czesława Malewskiego, późniejszego redaktora „Kuriera Wileńskiego”, spotykałem się z redaktor Nijolę Masłowską. Zauważyłem też polskie flagi przepasane kirem przy budynku Radiokomitetu przy ul. Konarskiego, widać było, że Polacy są tu obecni.

Anton von Gravrock
w styczniu 1991 r. starszy specjalista Oddziału Ochrony Rady Najwyższej, osobisty ochroniarz Vytautasa Landsbergisa, przewodniczącego RN

Anton von Gravrock, fot. archiwum Antona von Gravrock

Anton von Gravrock, fot. archiwum Antona von Gravrock

Dzień 12 stycznia 1991 r. rozpoczął się zwyczajnie, ale towarzyszył mi wyraźnie wyczuwalny niepokój. Na ewentualny atak na Radę Najwyższą czekaliśmy już od Wigilii, byliśmy już więc trochę otępiali. W końcu jak długo człowiek może zachować czujność?

Mieliśmy dwa automaty AK-47. Dwa kolejne AK-47 miała grupa kontrataku naszego oddziału. Wszyscy inni byli uzbrojeni w kilka pistoletów TT i Makarowa. Pozostałą broń stanowiły albo strzelby myśliwskie, albo „egzotyki” z czasów II wojny światowej. Oprócz tego mieliśmy jeszcze trochę broni mniejszego kalibru i trochę granatów. W budynku było również przygotowanych dużo koktajli Mołotowa. Pamiętam, jak kilku członków RN zaatakowało z tego powodu kapitana Andriusa Eivę z amerykańskich zielonych beretów, który pomagał organizować obronę. Jeden z polityków bardzo się złościł i wprost zapytał Eivę, dlaczego każe przygotowywać butelki zapalające młodemu chłopakowi. Eiva odpowiedział: „Bo ten chłopak broni swojej ojczyzny”.

Opisanym powyżej uzbrojeniem dysponował jedynie pion bezpieczeństwa, ale na tym nie kończył się arsenał obrońców. Sporo było bowiem wszelkiego rodzaju broni białej, takiej jak np. połamane metalowe balustrady. Wielu sportowców, pracowników pionu bezpieczeństwa, stawiało także na swoje umiejętności walki wręcz. Można nawet powiedzieć, że to ludzie sportu najskuteczniej bronili parlamentu. A może miało to dla nas raczej znaczenie psychologiczne? Trudno dziś rozstrzygnąć. Jak już wspomniałem, broni mieliśmy mało… A kamizelek kuloodpornych tylko cztery. W jedną z nich ubraliśmy przewodniczącego Rady Najwyższej.

Około godz. 22 zawiadomiono nas, że agresywny tłum próbował się wedrzeć na posiedzenie Rady Ministrów. Obawialiśmy się, że coś podobnego może się zdarzyć także w parlamencie. Przy głównym wejściu znajdowało się wysokie na metr segmentowe ogrodzenie, za którym kłębiły się tłumy ludzi. Baliśmy się, że wśród nich mogą się ukryć poprzebierani sowieccy desantowcy. Pewnie dlatego Audrius Butkevičius, minister obrony, wyszedł do ludzi i nawoływał, by się rozeszli. Do dziś nie rozumiem, dlaczego tak zrobił. Może chciał uniknąć ofiar, a może prowokacji. W tym czasie ja, Jonas Paulikas i kilku innych mężczyzn mieliśmy go chronić. Jonas był uzbrojony w mój pistolet z czasów II wojny światowej – parabellum. Zdarzały się nam też sytuacje komicznie. W jednej z nich Butkevičius, człowiek niewielkiego wzrostu, zwrócił się do mierzącego ze dwa metry Paulikasa, by „zszedł z ogrodzenia”, myśląc, że ów wystaje tak bardzo właśnie z tego powodu. Bywało więc czasem zabawnie, ale nawet w takich sytuacjach nie opuszczała nas świadomość, że możemy się spodziewać strzału czy prowokacji.

Około godz. 22.30 Stasys Sabalius, dowódca jednostki ochrony osobistej, powiedział: „Antanai, cicho, spokojnie wsiadamy do prywatnego samochodu i wiedziemy przewodniczącego RN na Zwierzyniec”. Zabraliśmy więc oba nasze kałasze i wsiedliśmy do beżowego żiguli. Zawieźliśmy Landsbergisa do domu i z powrotem, widocznie musiał tylko wziąć prysznic, bo wracał do parlamentu z mokrą głową. Prawie nikt tego nie zauważył. Dopiero dużo później zacząłem się zastanawiać, co mogło się stać, gdyby wtedy wpadł w sowieckie ręce lub przypadkiem został rozpoznany. Jak potoczyłyby się wydarzenia z 13 stycznia, gdyby utknął wtedy w swoim mieszkaniu na Zwierzyńcu?

Kiedy wróciliśmy, krwawe wydarzenia nocy z 12 na 13 stycznia już się rozpoczęły. Byłem całą noc z Landsbergisem. Pamiętam telefony do sekretariatu z raportem o ofiarach. Pamiętam, że Landsbergis dzwonił za granicę do wszystkich możliwych litewskich przyjaciół. Pamiętam też, jak telefonował do zastępcy Michaiła Gorbaczowa, próbując skontaktować się z samym Gorbaczowem. Zastępca poinformował jednak, że nie znalazł szefa, na co Landsbergis powiedział, że gdy go w końcu odszuka, niech mu przekaże, że jest mordercą.

Swój duchowy stan tej nocy przypominam sobie jedynie fragmentarycznie. Przewijają mi się takie obrazy – zawiadomienia o czołgach, o ofiarach, o zajęciu wieży telewizyjnej, chodzenie, wręcz bieganie za Lansbergisem po korytarzach parlamentu. Pamiętam, że Landsbergis przed samą tragedią przy wieży zdążył się jeszcze zwrócić za pomocą telewizji do mieszkańców Litwy. Był spięty, ale spokojny i zdecydowany. Już wcześniej mówił, że z parlamentu się nie wycofa, chociaż mieliśmy przygotowane dla niego samochody z nowymi numerami rejestracyjnymi.

Po kilku latach Butkevičius powiedział mi, że patrzył, jak w sali posiedzeń, słuchając mów parlamentarzystów, przeładowuję karabin. To go uspokoiło, bo poczuł pewność, że będę stawiał opór. A ja wtedy właśnie czekałem na atak i myślałem, że nie wyjdę z niego żywy. Gdy znalazłem chwilę, około 2.30 w nocy, zadzwoniłem do ojca, do Kowna, by się pożegnać. On dodał mi odwagi, powiedział, że miewał w życiu trudniejsze chwile niż ja, a wszystko kończyło się dobrze. Mój ojciec walczył w czasie wojny przeciwko Sowietom, potem był więźniem łagrów w okolicach Inty. Wiedziałem o tym, a rozmowa z takim weteranem mnie pokrzepiła. Przedtem ks. Robertas Grigas powiesił w sali, w której czekaliśmy, krzyż św. Franciszka, taki sam miałem na szyi, zawieszony razem z identyfikatorem. Mam go zresztą do dzisiaj. To również dodało sił. Pamiętam też przysięgę w głównym holu sali, którą przyjmował Butkevičius. My, kilku członków ATAS, złożyliśmy ją na schodach. Rozmyślałem: ile przysięg dałem już Litwie? Kiedy była pierwsza?

13 stycznia był bardzo nerwowy. Wieczorem czekaliśmy na powtórkę wydarzeń z poprzedniej nocy. Ludzie zaczęli znosić armaturę z pobliskiego placu budowy i umacniać okna parlamentu. Wewnątrz były worki z piaskiem, pudła z maskami gazowymi w każdym rogu. Byłem kiedyś marynarzem, więc zasugerowałem, aby czuwać na zmiany (wachty), jak na pokładzie. Osiem godzin pracy, osiem odpoczynku. Wybraliśmy wariant sześciogodzinny. Tak to trwało przez kilka dni. Jedliśmy to, co się udało dostać, chociaż trzeba przyznać, że ludzie przynosili naprawdę smaczne rzeczy. A spaliśmy gdzie popadło. Ja w biurze sekretarza RN Liudvikasa Sabuitisa. Do domu trafiłem dopiero po miesiącu, na zaledwie jeden dzień.

Leonardas Vilkas
działacz opozycyjny, członek Ligi Wolności, tłumacz

Leonardas Vilkas, fot. archiwum Piotra Hlebowicza

Leonardas Vilkas, fot. archiwum Piotra Hlebowicza

Teraz wydaje mi się, że bardzo późno zdałem sobie sprawę z tego, jak poważna jest sytuacja. Byłem przekonany, że to tylko demonstrowanie mocy i nie dojdzie do ataku na ludzi. Jeszcze w nocy z 12 stycznia, kiedy zobaczyłem przejeżdżające obok parlamentu czołgi, pomyślałem: „Dziś się pokazały, jutro wrócą”. Za godzinę czy dwie zobaczyłem je znowu, wtedy zaczęło się naprawdę. Ktoś zresztą to powiedział, że się zaczyna. Po jakichś 15 minutach usłyszeliśmy strzały. Myśleliśmy, że to ślepe naboje, że nadal chodzi o to, by nas nastraszyć. Wkrótce jednak dowiedzieliśmy się, że to prawdziwa amunicja. Wola obrony w ludziach była ogromna, choć nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Wiedzieliśmy tylko, że się nie poddamy.

Nie dostałem do ręki broni, lecz telefon. Moim zadaniem było przekazywanie do Polski informacji o tym, co się u nas dzieje. Siedziałem z Piotrem Hlebowiczem przy telefonie nieustannie, a po drugiej stronie, w Warszawie, w pałacyku Sobańskich w Al. Ujazdowskich ktoś z Solidarności Walczącej odbierał od nas cały czas wiadomości. Relacjonowaliśmy w zasadzie bez przerwy. Parlament opuściłem po kilku dniach, ale nie po to, by wrócić do domu. Pojechaliśmy do Rygi i Tallina. I choć tam również sytuacja była napięta, po wydarzeniach w Wilnie wydawało mi się tam bardzo spokojnie, można powiedzieć – aż dziwnie spokojnie. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że mogło tam dojść do bardzo poważnej ingerencji wojskowej, ale Dżochar Dudajew, późniejszy prezydent Czeczenii, który wówczas dowodził stacjonującym w Tartu dywizjonem bombowców, odmówił wykonania rozkazów.

Od dawna w Lidze Wolności powtarzaliśmy, że jeśli tysiące, setki tysięcy ludzi wyjdą na ulice, żądając niepodległości, to Litwa będzie wolna. I rzeczywiście tak się stało. Nie tylko w Wilnie ludzie wyszli na ulice, także w Kownie, Kłajpedzie, w mniejszych miastach również broniono samorządów. To był ten wielki przełom, po którym nie można już było się cofnąć, i wtedy naprawdę odzyskaliśmy wolność.

13 odpowiedzi to Świadkowie historii 13 stycznia: Noc, w której Litwa obroniła wolność

  1. Mir mówi:

    Incydent, z którego próbuje robić się legendę. Kogo to w ogóle interesuje?

  2. Ali mówi:

    Z perspektywy upływu 28 lat czyta się to z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony spontaniczny zryw Litwinów był godny poparcia, bo walczyli o uwolnienie swojej ojczyzny spod obcej dominacji i okupacji, przyczynili się do rozpadu totalitarnego molocha jakim był ZSRR. Z drugiej strony jednak, biorąc pod uwagę zwłaszcza późniejszą politykę Landsbergisa i jego popleczników wobec miejscowych Polaków, trudno wydobyć się z siebie entuzjazm.
    Niemniej uważam, że summa summarum Polakom z Wileńszczyzny rozpad ZSRR wyszedł na korzyść. Cokolwiek by nie powiedzieć, w czasach sowieckich, nawet gdyby funkcjonował wówczas internet, zamieszczanie niekontrolowanych przez władze wypowiedzi byłoby niemożliwe, a wręcz niebezpieczne. Dzisiaj jest inaczej i poza tym długo można by wywodzić, na czym polegają różnice in plus.

  3. Tytus Rzymski mówi:

    historia nigdy się nie kończy – dobrego dnia

  4. Mir mówi:

    Ali, „przyczynili się do rozpadu totalitarnego molocha jakim był ZSRR”, żartowniś:-) Korzyści ze zmiany okupanta…

  5. Ali mówi:

    @Mir : Nie od dzisiaj widzę, że reprezentujesz tutaj rosyjski punkt widzenia. Znane są słowa Putina, że rozpad ZSRR był największą katastrofą geopolityczną w XX wieku. Z punktu widzenia Moskwy rzeczywiście tak było, ale nie z punktu widzenia Wilna, Rygi, Tallina, Tbilisi etc.
    Nie wiem w kim upatrujesz nowego okupanta Litwy. Być może w odniesieniu do samej Wileńszczyzny ma to pewien sens, ale ja pisałem o Litwie jako całości. W samym Wilnie natomiast od kilku dekad większość mieszkańców stanowią Litwini, czy nam się to podoba, czy nie. Dla nich okupantem był ZSRR.
    A teraz słów kilka odnośnie mniejszości polskiej na Wileńszczyźnie : W czasach ZSRR nie wolno było posługiwać się polską nazwą „Wilno”. Obowiązywał „Vilnius”, także w jedynej polskojęzycznej gazecie jaką był „Czerwony Sztandar”. Nie istniały żadne organizacje i partie polityczne skupiające Polaków, takie jak Związek Polaków na Litwie, Akcja Wyborcza Polaków na Litwie, Związek Harcerstwa Polskiego na Litwie i inne pomniejsze. Nie było „Radia znad Wilii” ( pomijam zastrzeżenia do programu nadawanych audycji), polskich miesięczników, nie było reaktywowanego „Kuriera Wileńskiego” ( przekształconego wprawdzie z ” Czerwonego Sztandaru”, ale z patriotyczną linią programową). Nie było Domu Kultury Polskiej w Wilnie ( chyba tak się oficjalnie nazywa), nie do pomyślenia było, aby w Teatrze Polskim w Wilnie grano przedstawienia oparte na twórczości Sergiusza Piaseckiego. Nie pomyślenia też było, aby wystawiano tablice pamiątkowe i monumenty Józefowi Mackiewiczowi ( w Wilnie i w Czarnym Borze). Nie było filii Uniwersytetu Białostockiego w Wilnie, weterani AK nie mogli uczestniczyć w oficjalnych uroczystościach ( w każdym razie tych organizowanych przez Polaków), nie mogły działać polskie grupy rekonstrukcyjne w historycznych mundurach z czasów II RP. Nie do pomyślenia było, aby w Zułowie, gdzie urodził się Marszalek Piłsudski, powstał cały zespół memorialny upamiętniający symbolicznie najważniejsze wydarzenia z historii Polski. Za czasów ZSRR nie odbywały się w Wilnie uroczyste, wielotysięczne marsze Polaków z polskimi flagami narodowymi i podobnymi symbolami.
    Zapewne nie wszystko wymieniłem, coś mogło mi umknąć. Tych wszystkich rzeczy nie można wszakże lekceważyć niezależnie od krytycznego stosunku, również z mojej strony, do wielu przejawów nacjonalistycznej polityki władz litewskich.

  6. Mir mówi:

    Ali, nie od dzisiaj widzę, że reprezentujesz tutaj giedroyciowski punkt widzenia. Obecnie litwa gospodarczo jest zdominowana przez szwabów, a militarnie przez jankesów. Na Wileńszczyźnie czy podoba się giedroyciowcom, czy nie to Polacy stanowią większość mieszkańców, a w stolicy regionu 100 tys. Czy obecnie widzisz jakąś oficjalną tablicę z właściwą nazwą Wilno? Do tej pory nie ma zwrotu ziemi zagrabionej Polakom na Wileńszczyźnie, nie ma oficjalnego posługiwania się j. polskim w budynkach użyteczności publicznej, brak możliwości ojczystej pisowni nazwisk w dokumentach, zakaz umieszczania polskich nazw miejscowości na Wileńszczyźnie, próg wyborczy dla partii mniejszości narodowych, dyskryminacyjna ustawa o oświacie. Na tak mały kraik, który nie wiedzieć czemu jest w ue i nato to jakoś dziwnie dużo jest represji wobec polskiej społeczności. Nie mam zamiaru bronić ZSRR, ale akurat Polacy na Wileńszczyźnie przetrwali w bardzo dobrej formie. Tu się należy też chwała polskiej społeczności, która pokazała charakter i determinację w obronie swojej tożsamości narodowej, bez względu na wielkość i siłę okupanta

  7. Ali mówi:

    Mir, to nie jest z mojej strony giedroyciowski punkt widzenia, gdyż nie podzielam sugestii, że należy utrzymywać z Litwą przyjazne stosunki nawet kosztem praw polskiej mniejszości. Co to, to nie !
    Niemniej w poprzednich wpisach porównywałem sytuację Polaków w czasach ZSRR oraz w czasach współczesnych. Pomimo wszystkich zastrzeżeń do polityki Litwinów uważam, że dzisiaj Polacy korzystają ze znacznie większych możliwości publicznego akcentowania przynależności do narodu polskiego, kultywowania polskich tradycji i pielęgnowania kultury narodowej niż w czasach sowieckich. Podałem fakty potwierdzające tę tezę. Dodam jedynie, że w czasach ZSRR również nie było urzędowych tablic w języku polskim, nie posługiwano się w urzędach językiem polskim, a cała ziemia należała do państwa, więc o reprywatyzacji w ogóle nie mogło być mowy. Nazwiska Polaków nie były urzędowo lituanizowane, ale w dokumentach zapisywano je cyrylicą, często zniekształcając brzmienie.
    Dzisiaj nie ma oficjalnych tablic z nazwą Wilno, ale można bez przeszkód używać tej nazwy w obiegu publicznym, tj. w mediach polskojęzycznych. Za czasów ZSRR nie tylko nie było tablic z napisem Wilno, ale nawet w „Czerwonym Sztandarze” obowiązkowo pisano Vilnius.
    Polacy przetrwali czasy sowieckie w niezłej formie, ale tylko na Litwie. Na Białorusi już tak nie było, bo tam w ogóle nie istniały polskie szkoły, chociaż Polaków liczbowo mieszkało i mieszka nadal więcej niż na Litwie.
    Na Litwie w sprawach polskich jest jeszcze bardzo wiele do zrobienia i trzeba prowadzić bezustanny nacisk na spełnienie postulatów Polaków. Co do tego pełna zgoda. Jednakże jeżeli trzymać się Twojego porównania o dwóch okupantach Wileńszczyzny, to dzisiejszy okupant jest znacznie bardziej liberalny niż tamten sowiecki.

  8. Mir mówi:

    Ali, czyli jesteś bardziej liberalnym giedroyciowcem. Dokonując takiego porównania obecnej litwy z byłym ZSRR jest rozumowym błędem ze względu na brak równości w obu systemach politycznych, innych realiów geopolitycznych czy nieporównywalnej różnicy w sile tych dwóch bytów. Bardziej uczciwe byłoby, gdybyś porównał obecną sytuację z traktowaniem litewskiej mniejszości narodowej w Polsce i o wiele większej polskiej na litwie. Wiem, że takie porównanie jest bardzo niewygodne, bo w jaskrawy sposób pokazuje dużą dyskryminację wileńskich Polaków przez WSZYSTKIE litewskie władze. Łatwiej wracać do czasów ZSRR i na tym tle pokazywać jak jest teraz lepiej, pomimo tego, że to tak naprawdę nie ma żadnego sensu. Przypominam, że jest początek 2019r., już dawno nie ma ZSRR, jest mala litwa zdominowana przez dwóch innych graczy i przedstawianie paru rzeczy, które w naturalny sposób się musiały poprawić dla Polaków mieszkających na Wileńszczyźnie nie jest jakimś wielkim powodem do fetowania. Polacy np. na Grodzieńszczyźnie poprzedni system przetrwali również w bardzo dobrej formie. tylko tam różnica w porównaniu z Wileńszczyzną jest taka, że ich sytuacja niewiele się poprawiła chociażby w kwestii szkolnictwa i ogólnego rozwoju polskiej społeczności. Jestem w stanie się też zgodzić z niektórymi osobami, które twierdzą, że wbrew pozorom Polacy szybciej przetrwają na Białorusi niż na unijno- natowskiej satelicie, litwie

  9. Wereszko mówi:

    Ilona Lewandowska napisała:
    „Od dawna w Lidze Wolności powtarzaliśmy, że jeśli tysiące, setki tysięcy ludzi wyjdą na ulice, żądając niepodległości, to Litwa będzie wolna. I rzeczywiście tak się stało.”
    No, po prostu komedia! To wg p. Ilony narody uzyskują niepodległość „wychodząc na ulicę”? Np. naród polski w 1918 „wyszedł na ulice” i dlatego powstało Państwo Polskie?
    Ta Pani Ilona to jakieś niedorozwinięte dziecko chyba?
    Lietuva uzyskała niepodległość bo tak uzgodnili Reagan i Gorbaczow! Gdyby nie to uzgodnienie, to Lietuva byłaby zmieciona z powierzchni ziemi w 10 minut przez Sowietów, gdyby chcieli. Te bajki, że Lietuvisy obronili wieżę tv – to bajki dla naiwnych. Gdyby Gorbaczow chciał, to z tej wieży nie zostałby kamień na kamieniu!
    Pani Ilona pisze: „… i wtedy naprawdę odzyskaliśmy wolność.” A ja pytam: KTO wtedy odzyskał wolność? Lietuvisy czy mieszkający w Lietuvie Polacy? Odpowiedź jest dla mnie prosta: Dla Polaków Wileńszczyzny jeden okupant – sowiecki – zastąpiony został przez drugiego okupanta – lietuviskiego. Tamten kazał uczyć polskie dzieci o komunizmie, ten każe uczyć się lietuvinizmu.

  10. Ali mówi:

    @Mir : Stosujesz prostą sztuczkę erystyczną. Pozycjonujesz mnie ideologicznie wedle własnego uznania, a następnie zwalczasz poglądy, których ja w rzeczywistości wcale nie wyznaję. Już bardzo długo, znacznie dłużej od Ciebie, komentuję tutaj rozmaite artykuły zamieszczane w „Kurierze Wileńskim”. Polemizowałem z wieloma występującymi na tym forum polskojęzycznymi Litwinami, m.in. wysuwając argumenty dotyczące nierównego traktowania obydwu mniejszości w Polsce i na Litwie. Wielokrotnie krytykowałem postępowanie wszystkich władz litewskich, zarówno sprawowanych przez konserwatystów jak i przez socjaldemokratów. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że władze litewskie nie realizują dwustronnej umowy z Polską z roku 1994 odnośnie polskiej mniejszości, gdy tymczasem władze polskie analogiczne zobowiązania względem mniejszości litewskiej dawno już zrealizowały. O realizację postanowień tej umowy należy bezustannie się dopominać.
    Dokonane przeze mnie porównanie sytuacji Polaków w LSSR oraz w RL zostało poczynione z uwagi na treść artykułu oraz treść Twojego komentarza o zamianie okupantów. Okupacje jako takie mają rozmaite oblicza. Niektóre są bardziej uciążliwe, inne mniej. Tak samo było w polskich dzielnicach w okresie zaborów, zwłaszcza począwszy od lat 60-tych XIX stulecia. Na ziemiach zaboru pruskiego zaborcy stosowali twardą politykę germanizacji ludności polskiej. W Kongresówce nacisk rusyfikacyjny był lżejszy, ale już na Kresach było podobnie jak w Wielkopolsce. W autonomicznej Galicji natomiast panowały liczne swobody.Językiem urzędowym był język polski, w szkołach wszystkich szczebli łącznie z uniwersytetami nauczano w języku polskim. Działały tam liczne polskie organizacje i stowarzyszenia polityczne z paramilitarnymi włącznie.
    Tak więc proste porównania bywają zawodne, gdyż nie uwzględniają wielu istotnych różnic.
    Co do perspektyw przetrwania Polaków na Białorusi mam pewne obawy.Tutaj decyduje przede wszystkim szkolnictwo w języku ojczystym, a w dzisiejszych czasach także rozwinięte media, zwłaszcza elektroniczne. Tego Polakom na Białorusi wyraźnie brakuje. Ponadto podobieństwo języków słowiańskich też robi swoje. Polaków łatwiej zrusyfikować ( białorutenizować) niż zlituanizować. Oczywiście wiele może się zmienić po upadku ( ewentualnie naturalnym zakończeniu) rządów Łukaszenki, o ile do tego czasu Białorusi nie wchłonie Rosja. To jednak są dywagacje futurologiczne.

  11. Mir mówi:

    Ali, cieszy mnie, że jednak w całości odrzucasz giedroycizm i Twoje porównania litwy z ZSRR były pokazaniem różnicy w sile okupacji na Polakach. Jeśli chodzi o polskojęzycznych to są oni (we władzach, mediach, grupach wpływu, uczelniach itd. i z rożnych narodowości) koniem trojańskim rozbijającym naród polski od wewnątrz i dlatego np. nie ma realnego wsparcia dla Polaków na Wileńszczyźnie czy całych Kresach, a litwa może pozwolić sobie na nierealizowanie tej umowy bez żadnych konsekwencji. Dwa dni temu 17 stycznia TK, który po zmianach personalnych miał być lepszy, uczciwszy, szybszy w procedowaniu ostatecznie rozwalono ubiegłoroczną zmianę ustawy o IPN, która prawnie miała chronić naród polski przed fałszywymi oskarżeniami i penalizować banderyzm. Historia i zabory bywają przewrotne, ponieważ mówi się, że najlepszym prezydentem Warszawy był…Rosjanin Sokrates Starynkiewicz:-) Rozbicie organizacji polskich na Białorusi w oczywisty sposób ma negatywne skutki, które powodują brak realnej siły walczącej o prawa miejscowych Polaków. Potem efektem jest brak wystarczającego szkolnictwa czy właśnie mediów, a Polaków jest więcej niż na litwie.
    Wereszko, widzę, że nie lubisz bajek z Tysiąca i jednej nocy, które zostały opisane przez autorkę tego tekstu:-)

  12. Ali mówi:

    To będzie ostatnia moja wypowiedź pod tym artykułem, gdyż sądzę, że z grubsza wyczerpaliśmy temat.
    Co do Starynkiewicza : Oczywiste jest, że wśród przedstawicieli władz zaborczych można wyszukać postaci pozytywne. Na podobnej zasadzie wśród Polaków było niestety niemało renegatów i zdrajców. Obracamy się bowiem w przestrzeni wielkich społeczności. Trudno jednak zaprzeczyć, że Prusacy i w mniejszym stopniu Rosjanie zniewalali ludność polską i starali się ją wynarodowić. Prusacy byli organizacyjnie sprawniejsi, cywilizacyjnie stali na wyższym poziomie niż Rosjanie, więc ich działania zrodzone z buty i poczucia wyższości były dla nas groźniejsze niż działania Moskali. Niemniej….
    Co do Białorusi : Przypomnę raz jeszcze, że w czasach sowieckich na Białorusi w ogóle nie było polskich szkół pomimo, iż mieszkało tam około pół miliona Polaków. To nieprawda, że przeszłość da się oddzielić od teraźniejszości grubą kreską. Przeszłość zawsze rzutuje na teraźniejszość ( oraz na przyszłość), gdyż choćby z filozoficznego punktu widzenia teraźniejszość w zasadzie nie istnieje. Nawet dzień wczorajszy należy do przeszłości. Nawet dzisiejszy poranek. A przecież to co wydarzyło się choćby tydzień, czy miesiąc temu, miewa bezpośredni wpływ na dzień dzisiejszy. Podobnie jest, chociaż w innej skali, z wydarzeniami i realiami z przeszłości, zwłaszcza tej niedalekiej, uwzględniając historyczną miarę czasu.
    Na sowieckiej Litwie szkoły polskie funkcjonowały i ich sieć była gęsta. Wynikało to oczywiście z cynicznej polityki Stalina i jego następców stosujących maksymę divide et impera. Trudniej im było zrusyfikować Bałtów, więc należało kroić ten tort narodowościowy powoli, po kawałeczku. Na Białorusi natomiast, o czym już pisałem, rusyfikacja słowiańskojęzycznej ludności polskiej nie nastręczała, zdaniem władz sowieckich, większych problemów. Nie trzeba było tworzyć odrębnych szkół polskich. Dzieci szybko uczyły się języka rosyjskiego, a jeszcze szybciej białoruskiego.
    Po roku 1991 utworzono na Białorusi tylko dwie szkoły polskie : w Grodnie i w Wołkowysku. Nigdzie indziej. Wtedy jeszcze Związek Polaków na Białorusi nie był rozbity. Nastąpiło to później. Osobiście uczestniczyłem w uroczystym otwarciu szkoły polskiej w Wołkowysku, zatem pamiętam te czasy z autopsji.
    Biorąc to wszystko pod uwagę nie widzę przyszłości białoruskich Polaków w jasnych barwach. Do niedawna podporą polskości na Białorusi był Kościół katolicki. Pamiętam nabożeństwo w Wołkowysku. Odprawiane było w języku polskim. Wierni słuchali homilii, śpiewali polskie pieśni kościelne, ale po wyjściu ze świątyni rozmawiali ze sobą wyłącznie po rosyjsku ( niektórzy po białorusku). Niemniej, ludzie ci mieli świadomość przynależności do narodu polskiego, a w każdym razie do odrębnej od większości Białorusinów grupy kulturowo-etnicznej. Teraz jednakże wszystko się zmienia. Wytyczne płyną z Watykanu. Kościół, wierny zasadzie powszechności, przystosowuje język nabożeństw do języka używanego na co dzień ( a nie od święta) przez wiernych. Coraz więcej parafii przechodzi na język białoruski. Źle to wróży na przyszłość.
    Na Litwie również postępuje depolonizacja Kościoła, jednakże tutaj, z uwagi na różnice językowe, znacznie wolniej. Na Litwie można jeszcze powalczyć o zachowanie status quo. Na Białorusi już chyba nie.

  13. Mir mówi:

    Pruska germanizacja rzeczywiście była dotkliwa i najbardziej niebezpieczna dla polskiej tożsamości narodowej, ale Polacy mimo wszystko nie dali się złamać i poprzez 2 zwycięskie powstania: Wielkopolskie i Śląskie, powrócili do Macierzy. Jeśli dzięki polityce Moskwy na Wileńszczyźnie w czasach ZSRR korzystali Polacy, to dla nas nie jest powód do smutku. My też możemy narzekać na austriackiego zaborcę, który w Galicji próbował osłabić polski żywioł poprzez Rusinów i ukraińców. Na Białorusi w przeciwieństwie do „europejskiej” litwy nie ma konsekwentnego, urzędowego, nakierunkowanego wyłącznie na Polaków ich wynarodowienia. Wiadomo, że nie jest dobrze o czym mogą świadczyć tylko dwie polskie szkoły na Grodzieńszczyźnie, ale sam kierownik kołchozu Łukaszenka nie jest raczej znany z polakożerstwa. Z nim trzeba umieć rozmawiać, ale kto ma to robić, nieudolni giedroyciowcy? Efekty pracy polsko- białoruskiej grupy parlamentarnej i jej przewodniczącego (chyba, że uznamy jego awans na wiceministra cyfryzacji, który nie umie przekonwertować plików:-) od połowy 2016r. są ŻADNE. Za język w jakim odbywają się msze w kościele decydują tylko i wyłącznie uczestniczący w nich wierni z danej parafii. Rolą Watykanu powinna być raczej pomoc w możliwości sprawowania mszy w języku danej społeczności. Na Białorusi miał być spis powszechny i można by było porównać jego wyniki z poprzednimi, ale niestety jego wiarygodność jest wątpliwa, i jest duże prawdopodobieństwo, że liczba Polaków może zostać zaniżona

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.