Świadkowie historii 13 stycznia: Noc, w której Litwa obroniła wolność

W nocy z 12 na 13 stycznia 1991 r. sowieccy komandosi dokonali szturmu na wieżę telewizyjną, próbując zagrozić dopiero co wyswobodzonemu państwu litewskiemu.

W Lidze Wolności powtarzaliśmy, że jeśli tysiące, setki tysięcy ludzi wyjdą na ulicę, żądając niepodległości, to Litwa będzie wolna. I rzeczywiście tak się stało – mówi Leonardas Vilkas. Fot. zbiory Piotra Hlebowicza
W Lidze Wolności powtarzaliśmy, że jeśli tysiące, setki tysięcy ludzi wyjdą na ulicę, żądając niepodległości, to Litwa będzie wolna. I rzeczywiście tak się stało – mówi Leonardas Vilkas.
Fot. zbiory Piotra Hlebowicza

O wyniku tego starcia zdecydowały zdeterminowane tłumy, które gromadziły się we wszystkich strategicznych miejscach stolicy i w większych miastach, by walczyć o wolność. Jednym z najważniejszych punktów był niewątpliwie parlament. W „Kurierze Wileńskim Magazynie” o tragicznej styczniowej nocy opowiadają świadkowie wydarzeń, które rozegrały się 28 lat temu w budynku Rady Najwyższej.

Piotr Hlebowicz
dziennikarz, działacz Autonomicznego Wydziału Wschodniego Solidarności Walczącej

Autonomiczny Wydział Wschodni SW - grupowe zdjęcie uczestników 25 rocznicy powstania SW, Wrocław 2007, fot. archiwum Piotra Hlebowicza
Autonomiczny Wydział Wschodni SW – grupowe zdjęcie uczestników 25 rocznicy powstania SW, Wrocław 2007, fot. archiwum Piotra Hlebowicza

W styczniowe wydarzenia wpadłem jakby z biegu. W tym okresie bywałem na Litwie bardzo często. Sylwestra 1990 r. spędziłem w Wilnie, a potem poleciałem na Syberię, do Tomska, w sprawach polskiego stowarzyszenia. Na Litwę wróciłem chyba 8 stycznia. W Wilnie zastałem bardzo napiętą atmosferę. Dostałem przepustkę do parlamentu, miałem też wstęp do arsenału. Na ulicach widać było coraz więcej wojska i funkcjonariuszy OMON, kontrolowano drogi wjazdowe do miasta, rozrzucano z helikopterów prosowieckie ulotki. Sowieci zaczęli też zajmować obiekty strategiczne. Te działania wywołały żywiołową reakcję mieszkańców. Wszędzie można było zaobserwować rezultaty spontanicznej twórczości ulicznej: karykatury, rysunki, hasła, powieszone na słupach książeczki wojskowe, legitymacje partyjne czy książki o tematyce komunistycznej.

Sytuacja stawała się coraz bardziej gorąca. Wyczuwało się napięcie, jakby miało lada chwila stać się coś strasznego, ale odczuwało się też determinację ludzi – że są gotowi na wszystko. Po prostu panowało jakieś powszechne przekonanie, że trzeba walczyć do końca, cokolwiek by się stało. Ważne było również to, że Litwini nie zostali osamotnieni w tej sytuacji – wielu ludzi przyjechało z innych republik, by podtrzymać ich w walce o niepodległość. Spotykałem Ukraińców, Tatarów krymskich, Gruzinów, Czeczenów, Ormian, Azerów, Estończyków, Łotyszy, a także Polaków z Polski.

Nocą 13 stycznia 1991 r. przebywałem w parlamencie. Wiedzieliśmy na bieżąco, co się dzieje przy wieży telewizyjnej. Istniało bardzo realne zagrożenie, że następnym celem sowieckiego specnazu będzie Sejm, dlatego nie opuszczaliśmy budynku. Wiele nocy przespałem na sali posiedzeń. Ludzie z okolicznych kamienic przynosili jedzenie, koce i gorącą herbatę dla obrońców parlamentu czuwających na zewnątrz. Pomimo chłodu zjechały do stolicy dziesiątki tysięcy obywateli z całej Litwy. Czuć było ogromną więź i obywatelską solidarność.

Atak wydawał się bardzo realny, dlatego na dachu zamontowano na sztorc druty, które miały utrudnić desant żołnierzy sowieckich. Wydano całą broń, która była na stanie. Wielu obrońców przyniosło pistolety, strzelby myśliwskie, często sięgające pamięcią jeszcze czasów wojny. Niektóre karabiny nadawałyby się jako eksponaty na wystawę historyczną, widziałem nawet krócice ładowane od przodu, strzelby skałkowe. Pamiętam też mszę świętą odprawianą na górnym piętrze parlamentu, podczas której ksiądz udzielił wszystkim absolucji. Wtedy ci ludzie naprawdę byli zdecydowani na śmierć… To takie chwile w życiu, które pozostają w człowieku do końca.

Spotykałem wówczas też Polaków. Przed parlamentem widziałem Czesława Malewskiego, późniejszego redaktora „Kuriera Wileńskiego”, spotykałem się z redaktor Nijolę Masłowską. Zauważyłem też polskie flagi przepasane kirem przy budynku Radiokomitetu przy ul. Konarskiego, widać było, że Polacy są tu obecni.

Anton von Gravrock
w styczniu 1991 r. starszy specjalista Oddziału Ochrony Rady Najwyższej, osobisty ochroniarz Vytautasa Landsbergisa, przewodniczącego RN

Anton von Gravrock, fot. archiwum Antona von Gravrock
Anton von Gravrock, fot. archiwum Antona von Gravrock

Dzień 12 stycznia 1991 r. rozpoczął się zwyczajnie, ale towarzyszył mi wyraźnie wyczuwalny niepokój. Na ewentualny atak na Radę Najwyższą czekaliśmy już od Wigilii, byliśmy już więc trochę otępiali. W końcu jak długo człowiek może zachować czujność?

Mieliśmy dwa automaty AK-47. Dwa kolejne AK-47 miała grupa kontrataku naszego oddziału. Wszyscy inni byli uzbrojeni w kilka pistoletów TT i Makarowa. Pozostałą broń stanowiły albo strzelby myśliwskie, albo „egzotyki” z czasów II wojny światowej. Oprócz tego mieliśmy jeszcze trochę broni mniejszego kalibru i trochę granatów. W budynku było również przygotowanych dużo koktajli Mołotowa. Pamiętam, jak kilku członków RN zaatakowało z tego powodu kapitana Andriusa Eivę z amerykańskich zielonych beretów, który pomagał organizować obronę. Jeden z polityków bardzo się złościł i wprost zapytał Eivę, dlaczego każe przygotowywać butelki zapalające młodemu chłopakowi. Eiva odpowiedział: „Bo ten chłopak broni swojej ojczyzny”.

Opisanym powyżej uzbrojeniem dysponował jedynie pion bezpieczeństwa, ale na tym nie kończył się arsenał obrońców. Sporo było bowiem wszelkiego rodzaju broni białej, takiej jak np. połamane metalowe balustrady. Wielu sportowców, pracowników pionu bezpieczeństwa, stawiało także na swoje umiejętności walki wręcz. Można nawet powiedzieć, że to ludzie sportu najskuteczniej bronili parlamentu. A może miało to dla nas raczej znaczenie psychologiczne? Trudno dziś rozstrzygnąć. Jak już wspomniałem, broni mieliśmy mało… A kamizelek kuloodpornych tylko cztery. W jedną z nich ubraliśmy przewodniczącego Rady Najwyższej.

Około godz. 22 zawiadomiono nas, że agresywny tłum próbował się wedrzeć na posiedzenie Rady Ministrów. Obawialiśmy się, że coś podobnego może się zdarzyć także w parlamencie. Przy głównym wejściu znajdowało się wysokie na metr segmentowe ogrodzenie, za którym kłębiły się tłumy ludzi. Baliśmy się, że wśród nich mogą się ukryć poprzebierani sowieccy desantowcy. Pewnie dlatego Audrius Butkevičius, minister obrony, wyszedł do ludzi i nawoływał, by się rozeszli. Do dziś nie rozumiem, dlaczego tak zrobił. Może chciał uniknąć ofiar, a może prowokacji. W tym czasie ja, Jonas Paulikas i kilku innych mężczyzn mieliśmy go chronić. Jonas był uzbrojony w mój pistolet z czasów II wojny światowej – parabellum. Zdarzały się nam też sytuacje komicznie. W jednej z nich Butkevičius, człowiek niewielkiego wzrostu, zwrócił się do mierzącego ze dwa metry Paulikasa, by „zszedł z ogrodzenia”, myśląc, że ów wystaje tak bardzo właśnie z tego powodu. Bywało więc czasem zabawnie, ale nawet w takich sytuacjach nie opuszczała nas świadomość, że możemy się spodziewać strzału czy prowokacji.

Około godz. 22.30 Stasys Sabalius, dowódca jednostki ochrony osobistej, powiedział: „Antanai, cicho, spokojnie wsiadamy do prywatnego samochodu i wiedziemy przewodniczącego RN na Zwierzyniec”. Zabraliśmy więc oba nasze kałasze i wsiedliśmy do beżowego żiguli. Zawieźliśmy Landsbergisa do domu i z powrotem, widocznie musiał tylko wziąć prysznic, bo wracał do parlamentu z mokrą głową. Prawie nikt tego nie zauważył. Dopiero dużo później zacząłem się zastanawiać, co mogło się stać, gdyby wtedy wpadł w sowieckie ręce lub przypadkiem został rozpoznany. Jak potoczyłyby się wydarzenia z 13 stycznia, gdyby utknął wtedy w swoim mieszkaniu na Zwierzyńcu?

Kiedy wróciliśmy, krwawe wydarzenia nocy z 12 na 13 stycznia już się rozpoczęły. Byłem całą noc z Landsbergisem. Pamiętam telefony do sekretariatu z raportem o ofiarach. Pamiętam, że Landsbergis dzwonił za granicę do wszystkich możliwych litewskich przyjaciół. Pamiętam też, jak telefonował do zastępcy Michaiła Gorbaczowa, próbując skontaktować się z samym Gorbaczowem. Zastępca poinformował jednak, że nie znalazł szefa, na co Landsbergis powiedział, że gdy go w końcu odszuka, niech mu przekaże, że jest mordercą.

Swój duchowy stan tej nocy przypominam sobie jedynie fragmentarycznie. Przewijają mi się takie obrazy – zawiadomienia o czołgach, o ofiarach, o zajęciu wieży telewizyjnej, chodzenie, wręcz bieganie za Lansbergisem po korytarzach parlamentu. Pamiętam, że Landsbergis przed samą tragedią przy wieży zdążył się jeszcze zwrócić za pomocą telewizji do mieszkańców Litwy. Był spięty, ale spokojny i zdecydowany. Już wcześniej mówił, że z parlamentu się nie wycofa, chociaż mieliśmy przygotowane dla niego samochody z nowymi numerami rejestracyjnymi.

Po kilku latach Butkevičius powiedział mi, że patrzył, jak w sali posiedzeń, słuchając mów parlamentarzystów, przeładowuję karabin. To go uspokoiło, bo poczuł pewność, że będę stawiał opór. A ja wtedy właśnie czekałem na atak i myślałem, że nie wyjdę z niego żywy. Gdy znalazłem chwilę, około 2.30 w nocy, zadzwoniłem do ojca, do Kowna, by się pożegnać. On dodał mi odwagi, powiedział, że miewał w życiu trudniejsze chwile niż ja, a wszystko kończyło się dobrze. Mój ojciec walczył w czasie wojny przeciwko Sowietom, potem był więźniem łagrów w okolicach Inty. Wiedziałem o tym, a rozmowa z takim weteranem mnie pokrzepiła. Przedtem ks. Robertas Grigas powiesił w sali, w której czekaliśmy, krzyż św. Franciszka, taki sam miałem na szyi, zawieszony razem z identyfikatorem. Mam go zresztą do dzisiaj. To również dodało sił. Pamiętam też przysięgę w głównym holu sali, którą przyjmował Butkevičius. My, kilku członków ATAS, złożyliśmy ją na schodach. Rozmyślałem: ile przysięg dałem już Litwie? Kiedy była pierwsza?

13 stycznia był bardzo nerwowy. Wieczorem czekaliśmy na powtórkę wydarzeń z poprzedniej nocy. Ludzie zaczęli znosić armaturę z pobliskiego placu budowy i umacniać okna parlamentu. Wewnątrz były worki z piaskiem, pudła z maskami gazowymi w każdym rogu. Byłem kiedyś marynarzem, więc zasugerowałem, aby czuwać na zmiany (wachty), jak na pokładzie. Osiem godzin pracy, osiem odpoczynku. Wybraliśmy wariant sześciogodzinny. Tak to trwało przez kilka dni. Jedliśmy to, co się udało dostać, chociaż trzeba przyznać, że ludzie przynosili naprawdę smaczne rzeczy. A spaliśmy gdzie popadło. Ja w biurze sekretarza RN Liudvikasa Sabuitisa. Do domu trafiłem dopiero po miesiącu, na zaledwie jeden dzień.

Leonardas Vilkas
działacz opozycyjny, członek Ligi Wolności, tłumacz

Leonardas Vilkas, fot. archiwum Piotra Hlebowicza
Leonardas Vilkas, fot. archiwum Piotra Hlebowicza

Teraz wydaje mi się, że bardzo późno zdałem sobie sprawę z tego, jak poważna jest sytuacja. Byłem przekonany, że to tylko demonstrowanie mocy i nie dojdzie do ataku na ludzi. Jeszcze w nocy z 12 stycznia, kiedy zobaczyłem przejeżdżające obok parlamentu czołgi, pomyślałem: „Dziś się pokazały, jutro wrócą”. Za godzinę czy dwie zobaczyłem je znowu, wtedy zaczęło się naprawdę. Ktoś zresztą to powiedział, że się zaczyna. Po jakichś 15 minutach usłyszeliśmy strzały. Myśleliśmy, że to ślepe naboje, że nadal chodzi o to, by nas nastraszyć. Wkrótce jednak dowiedzieliśmy się, że to prawdziwa amunicja. Wola obrony w ludziach była ogromna, choć nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Wiedzieliśmy tylko, że się nie poddamy.

Nie dostałem do ręki broni, lecz telefon. Moim zadaniem było przekazywanie do Polski informacji o tym, co się u nas dzieje. Siedziałem z Piotrem Hlebowiczem przy telefonie nieustannie, a po drugiej stronie, w Warszawie, w pałacyku Sobańskich w Al. Ujazdowskich ktoś z Solidarności Walczącej odbierał od nas cały czas wiadomości. Relacjonowaliśmy w zasadzie bez przerwy. Parlament opuściłem po kilku dniach, ale nie po to, by wrócić do domu. Pojechaliśmy do Rygi i Tallina. I choć tam również sytuacja była napięta, po wydarzeniach w Wilnie wydawało mi się tam bardzo spokojnie, można powiedzieć – aż dziwnie spokojnie. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że mogło tam dojść do bardzo poważnej ingerencji wojskowej, ale Dżochar Dudajew, późniejszy prezydent Czeczenii, który wówczas dowodził stacjonującym w Tartu dywizjonem bombowców, odmówił wykonania rozkazów.

Od dawna w Lidze Wolności powtarzaliśmy, że jeśli tysiące, setki tysięcy ludzi wyjdą na ulice, żądając niepodległości, to Litwa będzie wolna. I rzeczywiście tak się stało. Nie tylko w Wilnie ludzie wyszli na ulice, także w Kownie, Kłajpedzie, w mniejszych miastach również broniono samorządów. To był ten wielki przełom, po którym nie można już było się cofnąć, i wtedy naprawdę odzyskaliśmy wolność.