Stąd na słońce spoglądano zza krat

0
40
Trudno dziś sobie wyobrazić, że kiedyś budynek był szczytem nowoczesności, wzorowanym na petersburskim więzieniu Kresty

Więzienie na Łukiszkach nie jest tym miejscem, o którym można powiedzieć, że mile spędza się tam czas. Jednak na pewno jest tym punktem na mapie Wilna, który warto odwiedzić.


Tuż po oficjalnym zamknięciu najstarszego w kraju, liczącego 115 lat aresztu śledczego i więzienia na Łukiszkach przez kilka godzin obiekt był dostępny dla zwiedzających. Z 1,5 tys. chętnych zdążyło to zrobić zaledwie kilkaset osób.

Ścisła kontrola skazanych i funkcjonariuszy

Jedną z grup oprowadziła po więziennych korytarzach Rasa Narbutienė, specjalistka z wydziału resocjalizacji. Pokazała niektóre pomieszczenia administracyjne, cele skazanych, kaplicę, w której odprawiano msze święte, podwórka, a także zbudowaną w stylu neobizantyjskim cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy, która ostatnio służyła jako sala koncertowa i konferencyjna.

Jeszcze do niedawna kontrolę nad blisko 700 więźniami sprawowało tutaj 348 funkcjonariuszy, których większość teraz będzie pracować w Wileńskim Domu Poprawczym i innych zakładach karnych. Na jednej zmianie, trwającej dobę, nad porządkiem w murach więziennych czuwało ok. 40 strażników.

Więzienie jako miejsce pracy wyróżnia się tym, że tutaj obowiązuje kontrola nie tylko skazanych i aresztowanych, lecz także funkcjonariuszy. Każdego ranka pracownicy po przyjściu na służbę byli dokładnie sprawdzani. W miejscu pracy zabronione było posiadanie telefonu, ostrych przedmiotów, gotówki, ozdób czy nawet takich, wydawałoby się, niewinnych rzeczy jak perfumy. Wszystko po to, by zapobiec możliwości przekupienia funkcjonariuszy czy skuszenia więźnia do kradzieży – wyjaśnia Rasa Narbutienė.

Przechodząc do pierwszego oddziału, w którym więziono skazanych na dożywocie, minęliśmy zajmującą trzy kondygnacje kopułę łączącą dwa skrzydła budynku. Pomieszczenie zachowało swój oryginalny kształt i prawie się nie zmieniło od 1904 r., czyli od czasu, gdy gmach został wybudowany. Ceramiczne płytki podłogowe i ścienne sprzed 115 laty mają się doskonale – w odróżnieniu od tych, którymi w czasach sowieckich wyłożono podłogę w korytarzach. Zdobiące kopułę elementy dekoracyjne powodują, że pomieszczenie przypomina bardziej muzeum czy pałac niż więzienie. Nie pozwala o nim zapomnieć jedynie rozciągnięta między kondygnacjami metalowa siatka. Jest niezbędna dla zapewnienia bezpieczeństwa podczas przemieszczania się z piętra na piętro.

Sympatycznie wygląda też wystawa drewnianych rzeźb, które, jak się okazało, wykonali sami więźniowie. Później zobaczymy też sporo obrazów i robiących wrażenie rysunków naściennych, które także są owocem pracy skazanych. Gdy oglądamy taką twórczość, nasuwają się ambiwalentne odczucia: z jednej strony podziwiamy talent twórców, z drugiej – nie możemy zapomnieć, że dzieła te stworzyli ludzie skazani za najbardziej okrutne przestępstwa.

Osadzony ma życzenie

Świadomość, że zwiedzamy więzienie, powraca, gdy wychodzimy z jasnej i barwnej kopuły do ciemnego korytarza z celami, wąziutkimi metalowymi schodami i ponurymi zielonymi drzwiami, w których są okienka.

Na każdym piętrze tego skrzydła jest po 25 cel, każda ma 8 mkw. Przebywali w nich więźniowie skazani na dożywocie. W każdej celi jest maleńkie okienko z kratami, metalowe łóżko piętrowe, nieduży stół, dwa taborety, szafka, zmywak oraz klozet. Więzień mógł też posiadać telewizor czy komputer, ale bez dostępu do internetu. W czasach sowieckich w takiej celi przebywało do 12 osób. Ostatnio mieszkały tutaj jedna lub dwie osoby. Więźniowie sami mogli decydować, czy chcą mieszkać z kimś jeszcze. Niektórzy nie wytrzymywali samotności i prosili, żeby został do nich dokwaterowany inny więzień. Większość jednak obchodziła się bez towarzystwa – opowiada przewodniczka.

Jak dodaje, skazani nie mogli się ze sobą kontaktować, za wyjątkiem tych sytuacji, gdy mieszkali z inną osobą. Cele mogli opuszczać jedynie w towarzystwie funkcjonariusza i tylko po to, by wziąć 15-minutowy prysznic, zadzwonić, odwiedzić lekarza, psychologa, kantynę czy wziąć udział w zajęciach resocjalizacyjnych. Wszystkie takie wyjścia musiały być zaplanowane. W tym celu więźniowie do specjalnych skrzynek wrzucali swoje „życzenia”. Administracja później je rozpatrywała i jeśli więzień nie popełnił żadnych wykroczeń, otrzymywał pozwolenie na skorzystanie z odpowiedniej usługi. Z takiej umieszczonej na korytarzu skrzynki więzień mógł skorzystać z rana, gdy jeden funkcjonariusz wyprowadzał go na korytarz, a inny w tym czasie sprawdzał celę.

Skarga za skargą na nieznośne warunki

Raz dziennie więzień mógł też skorzystać z godzinnego spaceru po specjalnie do tego celu przystosowanym podwórku – mierzącym ok. 12 mkw. pomieszczeniu, w którym zamiast dachu są drobne kraty.

Zazwyczaj podczas takich spacerów na świeżym powietrzu więźniowie uprawiali sport. Niektórzy coś czytali albo zajmowali się… sztuką. Na przykład jeden z więźniów prosił o farbę i pędzle, bo chciał upiększyć ściany podwórek, których mamy tutaj kilkadziesiąt. Każdego dnia przez godzinę malował na jednej ze ścian. Gdy kończył obraz, przechodził na inne podwórko. Zanim został przeniesiony do innego zakładu, zdążył wymalować ponad połowę pomieszczeń, które teraz wyglądają całkiem atrakcyjnie – przyznaje Rasa Narbutienė.

Łukiszki zasłynęły jako twierdza, z której nikomu nie udało się uciec, ale jeden taki przypadek odnotowano

A kiedy nam pokażecie celę Daktarasa?” – takie pytanie przewodnicy wycieczek po łukiskim więzieniu słyszeli najczęściej. Jeden z najbardziej okrutnych litewskich przestępców, Henrikas Daktaras, stał na czele grupy przestępczej Daktarai w Kownie. W tzw. sprawie Daktarasów zgromadzono materiał obejmujący ok. 200 przestępstw, w tym ponad 30 zabójstw. Skazany na dożywocie kowieński przestępca jeszcze w ubiegłym roku został przeniesiony do Prawieniszek.

Tak jak wielu innych łukiskich osadzonych, Daktaras często skarżył się na panujące tu warunki: zbyt małą celę, niesmaczne wyżywienie, niedziałający system wentylacji. Wielu więźniów składało skargi do instytucji międzynarodowych i nawet wygrywało przed nimi sprawy.

Celi Daktarasa pokazać nie możemy, bo skazani na dożywocie nie mieli stałego miejsca pobytu, byli regularnie przenoszeni z jednej celi do drugiej. Co do tych rzekomo nieznośnych warunków – sami widzieliście. Na pewno są bardziej znośne, niż były w czasach sowieckich. Budynek jest bardzo stary i wymaga remontu. Osadzeni na pewno chcieliby takich warunków, jakie są w więzieniach na Zachodzie, jednak Litwa nie jest na tyle bogata, żeby to zapewnić. Pamiętajmy, że jesteśmy w więzieniu, a nie w hotelu, toteż priorytety tutaj są inne – mówi pracowniczka zakładu karnego.

Pomieszczono aż 9 tys. „politycznych”

Gdy spaceruje się po ciemnych korytarzach więziennych, trudno dziś sobie wyobrazić, że kiedyś ten budynek był szczytem nowoczesności. Projekt więzienia, który przygotował architekt Aleksiej Trambickij, był wzorowany na najbardziej znanym petersburskim więzieniu Kresty. Zakładano umieszczenie w nim ponad 700 więźniów. Więzienie miało się składać z kompleksu budynków i infrastruktury pomocniczej, takiej jak: dom naczelnika, mieszkania dla jego pomocników, kuchnie, piekarnie, łaźnia parowa, studnia artezyjska, a nawet własna sieć kanalizacyjna. Wszystko to zamierzano otoczyć wysokim murem uniemożliwiającym więźniom ucieczkę. Rozpoczęta w 1901 r. rozbudowa więzienia zakończyła się w 1904 r.

Mimo że w więzieniu miało być osadzonych kilkuset więźniów, to w kolejnych latach jego „pojemność” była zwiększana. Na przykład w roku 1941 było tutaj ok. 2 tys. osób, a po 1945 r. więziono na Łukiszkach aż do 9 tys. osób – Polaków, Litwinów, Rosjan, Żydów i innych. Ludzie prawie nie mieli czym oddychać. Większość osób to nie byli przestępcy kryminalni, ale więźniowie polityczni, których, jak wiadomo, Sowieci czy naziści więzili często bez konkretnej przyczyny. Mimo że Łukiszki zasłynęły także jako twierdza, z której nikomu nie udało się uciec, to jeden taki przypadek odnotowano. W 1946 r. pewien młody więzień polityczny wykopał rów pod murem więziennym, przebrał się w mundur żołnierza armii sowieckiej i uciekł. Niestety, później został schwytany – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” litewski historyk, poseł na Sejm Arvydas Anušauskas.

Większość nie musiała tutaj trafić

Według Moniki Tomkiewicz, autorki monografii „Więzienie na Łukiszkach 1939–1953”, najbardziej okrutnym okresem dla Polaków była okupacja niemiecka. W latach 1941–1944 przez Łukiszki przewinęło się ok. 10 tys. osób narodowości polskiej. Miejsce to było punktem wyjścia do kolejnych etapów, warunkowanych rodzajem wyroku. Niektórzy więc byli wysyłani do Ponar, inni – do IX Fortu w Kownie lub niemieckich obozów koncentracyjnych.

Długa historia więzienia na Łukiszkach splamiona jest krwią i męką osadzonych, z których większość nie musiała tutaj trafić. W 1915 r. na głównym wewnętrznym podwórku więziennym stanęła szubienica będąca strasznym instrumentem do wykonywania wyroków śmierci. Obecnie w tym miejscu rośnie srebrny świerk, który administracja zakładu karnego do niedawna upiększała na Boże Narodzenie. Historia się zmienia. Teraz więzienie na Łukiszkach wreszcie samo stało się historią.

Fot. Marian Paluszkiewicz, Brygita Łapszewicz

Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 27(131); 13-19/07/2019

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.