1
Lubię się zaszyć w Wilnie

Tytuł Dziewczyny „Kuriera Wileńskiego” z 2000 r. był dla mnie niesamowitym wyróżnieniem! – przyznaje Joanna Moro

Staram się bywać w Wilnie regularnie i często. Lubię się zaszyć w tej puszczy litewskiej. Uważam, że to jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Joanna Moro.

Przełomem w Pani karierze była rola Anny German. Jak Pani wspomina pracę nad tym serialem?

To faktycznie był totalny boom! (śmiech) Dreszczyk emocji czułam od samego początku projektu, a mianowicie już od zdjęć próbnych, które trwały pół roku. Przez cały czas tworzenia tego projektu bardzo cieszyłam się na myśl, że biorę udział w czymś ważnym i wartościowym. Zdarza się, że jako aktorka otrzymuję propozycje, którym do końca nie ufam, a temu projektowi oddałam się całkowicie. Po przeczytaniu scenariusza wiedziałam, że to niesamowita historia i że będzie co grać. Cieszę się też, że publiczność dobrze oceniła „Annę German”. Bywa przecież tak, że projekt jest wartościowy, a nie jest dobrze odbierany. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się tak dużego komercyjnego sukcesu tego serialu. Jego pokłosiem były moje kolejne role w Polsce i w Rosji. Zresztą nadal mam wrażenie, że spijam śmietankę po tamtej roli (śmiech).

Czyli było warto. Ale jak wiadomo, aktorstwo to nie jest najlżejszy kawałek chleba.

To prawda, życie aktora jest bardzo trudne. Moja pani reżyser, Irena Litwinowicz, która jest dyrektorem Teatru Polskiego w Wilnie, zawsze mnie namawiała, by traktować to raczej jako pasję czy hobby, ale nie sposób na życie.

Żałuje Pani, że nie posłuchała tej rady?

Nie. Natomiast borykam się z przekonaniem, czy to jest do końca moje. Może i mam talent, a takie role jak Anna German, Talianka, Blondynka były naprawdę fantastyczną przygodą. Talent to jednak jedno, a praca i dążenie do celu to drugie – czasem zarzucam sobie, że jestem zbyt wygodnicka (śmiech). Dużo w tym zawodzie zależy też od zupełnego przypadku i podjętych przez kogoś decyzji.

Znana jest Pani z tego, że stara się Pani utrzymać zdrowy balans między pracą zawodową a rodziną.

Tak. Rodzina mnie w pozytywnym sensie „uziemia”, daje mi kopa do tego, by normalnie żyć, a nie bujać w obłokach. To jest to, co nie przemija, co jest na dobre i na złe. Praca, role, blichtr i błysk mijają, a więź, którą tworzymy z najbliższymi, pozostaje. Dzieci zawsze mi dają dużo energii do działania. Dla nich staram się być lepsza, chcę się rozwijać, cały czas się uczyć. Być i mamą, i przyjaciółką, i nauczycielem. Nie zawsze jest łatwo łączyć tak wymagający zawód z byciem mamą. Częste wyjazdy i duże emocje towarzyszące mi na scenie czy na planie są trudnym sprawdzianem. Jednak jak wiadomo, nie ma sukcesu bez poświęcenia.

Co w Pani zostało po „Annie German”? Czy odnalazła Pani w sobie jakieś jej cechy?

Tak, na pewno taką cechą jest zgoda ze swoim sumieniem na drodze artystycznej.

Bezkompromisowość?

Nie użyłabym tego określenia, bo w zawodzie aktora kompromisy są nieodzowne. Ale mam czyste sumienie w tym względzie i jestem z tego dumna. Dzięki Annie German pokochałam też rosyjską kulturę: romanse, piosenki. Niedawno zostałam zaproszona do Kijowa na koncert – jestem dopiero w trakcie ustalania repertuaru, a bilety już się sprzedały. Bardzo się z tego cieszę.

Pochodzi Pani z Wilna. Jak wspomina Pani rodzinne strony?

Każde miasto dzieciństwa, każde miejsce z tego czasu wspomina się z tęsknotą. Sama akurat jestem bytem koczowniczym i bardzo lubię się przemieszczać – już czuję, że jestem za długo w Warszawie! Najchętniej przeprowadziłabym się na Pomorze (śmiech). Ale to nie takie proste, gdy ma się rodzinę. Moje dzieci są bardzo przywiązane do Warszawy.

Nie rozważała Pani powrotu na Wileńszczyznę?

Kto wie, jakie będą koleje losu, choć na razie nie planuję. Bardzo cenię litewską sztukę i teatr, który mnie jako artystkę ukształtował. A pewnie moja cała wileńska duża rodzina bardzo by sobie tego życzyła (śmiech). Wyjechałam z Wilna, ponieważ chciałam zacząć żyć na własny rachunek, zacząć nowy rozdział. Wilno to piękne, zielone, spokojne i bardzo artystyczne miasto.

Czy jest takie miejsce, do którego lubi Pani w Wilnie wracać?

Staram się bywać w Wilnie regularnie i często. Prawie zawsze prywatnie – bo mimo że jestem aktorką, nie mam w sobie pokusy ciągłego eksponowania się. Lubię się zaszyć w tej puszczy litewskiej. Gdy jestem w Wilnie, to niektórzy nawet nie wiedzą, że tam jestem, bo siedzę w domu, chłonę powietrze, zieleń i nawet nie bywam w centrum. Zwłaszcza że moja mama mieszka w pięknym miejscu w Wilnie, w którym zresztą się wychowałam. Uważam, że to jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie: niby miasto, a dookoła lasy. Można się tam kąpać w rzece, zbierać poziomki… O Wilnie mogę mówić godzinami!

Bardzo proszę, mamy czas!

(śmiech) Z nostalgią wspominam zaułki Zarzecza, pięknej dzielnicy artystycznej. W Wilnie mamy też wyjątkowa kuchnię, łącząca tradycje gotowania wielu narodów, m.in. Tatarów czy Rosjan, jak na przykład czarny chleb smażony z czosnkiem, szaszłyki, czebureki, serki czekoladowe. Jest też jedno takie miejsce, do którego lubię wracać, nie zmieniło się od czasów mojego dzieciństwa. To wyjątkowa pierogarnia Sultiniai przy ulicy Jagiellońskiej – zajadam się tam cepelinami z gotowanych ziemniaków i żmudzkimi blinami.

Czy przemyca Pani część tych receptur do Polski?

Nie, bo jest to po prostu niezdrowe (śmiech).

Namawiam do ruchu! Do tego, aby chciało się codziennie wstać i przynajmniej pół godziny dziennie poćwiczyć.

A jak wiemy, jest Pani wielką fanką sportu. Nawet na wywiad przyjechała Pani hulajnogą.

Tak. Dlatego ubolewam – mieszkam w mieście, a mimo to tak dużo jeżdżę samochodem. Wszędzie, gdzie jestem poza Warszawą, nie mam samochodu i muszę podejść, podjechać rowerem. Sport trzyma mnie przy życiu. Każdy ma swoje pasje i motywacje do tego, by być szczęśliwym. Dla mnie to ruch – nie musi to być wyczynowy, zawodowy, ale musi być.

Choć ostatnio w Polsce pogoda za oknem na to nie wskazuje, mamy wakacje. Jaki jest Pani wymarzony scenariusz urlopowy?

Marzy mi się grecka sielanka, jak z filmu „Mamma Mia!”. Duży dom, dużo ludzi, morze za oknem, wyjazdy na targ po świeże warzywa i owoce… A przy tym artystyczny sznyt. Nie tylko samym odpoczynkiem człowiek żyje, warto zachować balans. Ja akurat lubię łączyć wypoczynek z pracą twórczą i jako aktorka często mam ku temu okazje.

Wie Pani, mamy w redakcji taką anegdotkę na Pani temat…

Wow, to znaczy? Mam się obawiać?

Raczej nie. Ostatnio śmialiśmy się z kolegami z „Kuriera”, że to nie „Anna German” zapoczątkowała Pani karierę, ale plebiscyt Dziewczyna „Kuriera Wileńskiego”, który Pani wygrała w 2000 r.

(śmiech) Ach, tak! Aż trudno uwierzyć, że to było prawie 20 lat temu! Widziałam ostatnio nagrania z tamtego okresu: tak bardzo cieszyłam się, że mogłam wygrać ten konkurs. To był czas, gdy jeszcze nie wiedziałam, że zostanę aktorką. Byłam fajnym dzieckiem, które było bardzo ufne. Dziś taka ufna nie jestem: wierzę, chcę ufać, ale wiem, że może być różnie. A kiedyś po prostu wierzyłam w to, że wszystko dzieje się samo. To było dla mnie coś nadzwyczajnego. Wszystkie późniejsze sukcesy były obarczone przekonaniem, że niosą też za sobą wyrzeczenia i problemy. Ale wtedy czułam absolutną radość i beztroskę. Może mi pani nie wierzyć, ale chyba do tej pory żadna nagroda nie przyniosła mi tyle pozytywnych emocji.

A co poradziłaby Pani innym młodym dziewczętom, kandydatkom do tego tytułu?

To są młode osoby, powinny po prostu się cieszyć – przede wszystkim być sobą i mieć wiarę w siebie. Sama chciałam wtedy się tym bawić, pokazać się jak najlepiej – nie myślałam o niczym. Dla mnie była to wielka niespodzianka, bo konkurencja była spora…

To na koniec spytam, czego życzyłaby Pani naszym Czytelnikom?

Pogody ducha – uśmiechać się jak najwięcej i mniej narzekać (śmiech). A tak konkretnie, to namawiam całkiem serio do ruchu. Do tego, aby chciało się codziennie wstać i przynajmniej pół godziny dziennie poćwiczyć. To naprawdę pomaga, a człowiek po takim małym wysiłku czuje się lepiej. Możecie mi Państwo wierzyć, przetestowałam to na własnej skórze!

Joanna Moro
(ur. 13 grudnia 1984 r. w Wilnie)
Aktorka filmowa i teatralna, piosenkarka i prezenterka telewizyjna. Urodziła się w polskiej rodzinie w Wilnie, od 2003 r. mieszka z mężem i dziećmi w Warszawie. Jej kariera nabrała tempa po roli Anny German w serialu „Anna German. Tajemnica białego anioła” emitowanego w 2013 r. w Telewizji Polskiej. Zagrała też w takich tytułach, jak „Blondynka” i „Talianka”, a obecnie wchodzi w skład obsady serialu „Barwy szczęścia”. Regularnie współpracuje z polskimi teatrami, m.in. warszawskim Och-Teatrem.


Fot. Tomasz Jędrzejowski

Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 29(141); 27/07-02/08/2019

Jedna odpowiedź do Lubię się zaszyć w Wilnie

  1. andrzej mówi:

    Serki czekoladowe już w olejem palmowym. Każdej firmy…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.