Bernard Ładysz: Wiele bym dał, by wrócić do Wilna

Występy na najważniejszych scenach, tytuł jednego z najlepszych basów świata i barwna, pełna tyleż dramatycznych, ile pięknych wspomnień przeszłość. To wszystko w oczach Bernarda Ładysza blednie przy tęsknocie za rodzinnym miastem – Wilnem. Ostatni wywiad, udzielony przez wybitnego śpiewaka operowego, ukazał się na łamach Magazynu „Kuriera Wileńskiego” 3 lutego 2019 roku.

Rozmawiała
Magdalena Fijołek

Bernard Ładysz (1922-2020), Fot. Aleksander Ładysz, CC BY-SA-4.0

Był Pan nazywany jednym z najlepszych basów świata. Co Pan czuł, gdy słyszał Pan takie określenia?
Nic nie czułem, po prostu śpiewałem, a mówiąc dosadniej – wykonywałem robotę. Trzeba było śpiewać, to się śpiewało.

Nie jest Pan w tej chwili zbyt skromy?
To nie skromność, to dystans. W moim wieku na pewne rzeczy, w tym na sukcesy, patrzy się trochę inaczej. Dziś zastanawiam się, po co to wszystko było…

No jak to po co! Setki zagranych ról, brawurowe występy na najważniejszych scenach świata, a nawet wkład w polską kinematografię. To robi wrażenie!
Dziś inaczej to odbieram.

A jaki moment w karierze był dla Pana najbardziej poruszający?
Trudno powiedzieć, na pewno było wiele takich momentów. W pamięć zapadł mi jeden z występów w Australii, w Sydney Opera House. Scena w tak bliskim sąsiedztwie wody zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Ale takich pięknych momentów było znacznie więcej, choć teraz coraz mniej z nich pamiętam…

Zwiedziłem wszystkie kontynenty, ale Wilno to miejsce, do którego zawsze wracam sercem. To miasto „jedyne na świecie”.

Zdobył Pan wiele nagród i odznaczeń – wśród nich Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, złoty medal „Zasłużony kulturze Gloria Artis” i Złotego Fryderyka. Czy jest jakiś laur, który ma dla Pana szczególne znaczenie?
Cieszę się z nich wszystkich, trzymam je ładnie wyeksponowane w kredensie. Wiadomo, że jedne zostały przyznane szczerze, inne – bo tak wypadało (śmiech). Ale każdy z nich na swój sposób jest dla mnie wartościowy.

Jakie jest Pana najpiękniejsze wspomnienie związane z Wilnem?
Och, to stanowczo zbyt trudne pytanie! To jest dla mnie miasto „jedyne na świecie”. Chociaż zwiedziłem wszystkie kontynenty, to Wilno jest tym miejscem, do którego zawsze wracam sercem. Trudno mi przywołać konkretne wspomnienia, bo naprawdę jest ich mnóstwo, a i pamięć nie ta… Ale nie da się opisać słowami sentymentu, z jakim o nim myślę.

A kiedy ostatni raz Pan tu był?
Ojej, bardzo dawno. Może 10 lat temu, może nawet więcej. Wiele bym dał, by jeszcze raz do Wilna wrócić.

Rozumiem, że tym, co Pana powstrzymuje, jest sędziwy już wiek i problemy ze zdrowiem. Gdyby jednak mógł Pan dziś przyjechać do Wilna, w które miejsce udałby się Pan najpierw?
Niestety, ledwo mówię, ledwo chodzę. Rozmowa z panią to już dla mnie wyczyn (śmiech). Ale gdybym jakimś cudem mógł się znaleźć w Wilnie, pierwszym miejscem, do którego bym poszedł, jest mój rodzinny dom. Bardzo chciałabym chociaż zobaczyć dawno niewidziane podwórko… Zostawiłem tam masę wspomnień. Tutaj, w Warszawie, mimo tylu spędzonych tu lat, nadal czuję się obco.

Wilniukom życzę po prostu, żeby byli wilniukami! Bo to jedna z lepszych rzeczy, jakie w życiu mogą się przydarzyć.

A czego w takim razie życzyłby Pan mieszkańcom Wilna, Polakom, którzy dziś tu żyją?
Wilniukom życzę po prostu, żeby byli wilniukami! Bo to jedna z lepszych rzeczy, jakie w życiu mogą się przydarzyć.


Bernard Ładysz
Ur. 24 lipca 1922 r. w Wilnie, zm. 25 lipca 2020 r. w Warszawie. Śpiewak operowy (bas-baryton), aktor i żołnierz. Uczestniczył w akcji „Burza”. Został aresztowany przez NKWD, w latach 1944–1946 zesłany do Kaługi. Jako artysta odnosił sukcesy na wszystkich kontynentach, został okrzyknięty jednym z najlepszych basów świata i występował m.in. u boku Marii Callas. Ma na koncie również role filmowe, m.in. w „Znachorze” Jerzego Hoffmana i „Ziemi obiecanej” Andrzeja Wajdy. Mieszkał w Warszawie z żoną Leokadią Rymkiewicz-Ładysz.

.Wilno, chór „Hasło” prof. Jana Żebrowskiego przy kościele Bernardyńskim w 1935r. W pierwszym rzędzie od góry, od lewej strony, 6-ty z kolei – ojciec Bernarda Ładysza. W drugim rzędzie od góry, od lewej strony, 5-ty z kolei, chórzysta Mikołaj Rotkiewicz