To mroczny, przewrotny dramat o 50-letnim mężczyźnie sukcesu, który mimo pozornie poukładanego życia, rodziny i stabilnej pozycji zawodowej wyjeżdża do nadmorskiego kurortu z zamiarem popełnienia samobójstwa. To opowieść o wypaleniu, wewnętrznej pustce i dotarciu do momentu, w którym zewnętrzny sukces przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Ma się wszystko, a nie ma się nic.
Skąd wziął się pomysł na taką historię? Czy jest on wynikiem osobistych doświadczeń, czy raczej uważnej obserwacji rzeczywistości? Te pytania stawiamy scenarzyście, reżyserowi i zarazem producentowi filmu, Maciejowi Żakowi.
Brenda Mazur: Skąd wziął się scenariusz na historię człowieka, który ma wszystko, a jednak chce zniknąć? Na ile ta historia jest uniwersalna?
Maciej Żak: Od zawsze interesowały mnie trudne tematy. Pomysł na tę historię nie wziął się z jednego konkretnego wydarzenia, raczej z dłuższej obserwacji ludzi i świata wokół. Szczególnie wnikliwie przyglądałem się mężczyznom i uważam, że obecnie ta uwaga skierowana na nich jest wyjątkowo potrzebna. Napisałem opowiadanie, które było owocem tych obserwacji. Na jego podstawie powstał scenariusz do filmu.
Coraz częściej widzimy mężczyzn, którzy z zewnątrz wydają się spełnieni – mają stabilizację, osiągnięcia zawodowe, rodziny, a jednak gdzieś pod powierzchnią pojawia się pustka, zmęczenie, brak sensu. Zaintrygowało mnie to napięcie między tym, co widać, a tym, co naprawdę się dzieje w człowieku. Z tej sprzeczności narodził się bohater, F.P.
Nie interesowało mnie dosłowne opowiadanie o depresji czy kryzysie. Istotniejszy był dla mnie moment graniczny, chwila, w której człowiek zatrzymuje się na krawędzi i zaczyna zadawać sobie pytania o sens własnego istnienia.
Myślę, że ta historia jest bardzo uniwersalna, bo dotyka doświadczenia, które w różnym stopniu może się przydarzyć każdemu. Niekoniecznie w tak skrajnej formie jak w filmie, ale w postaci zwątpienia, poczucia wypalenia czy potrzeby „zniknięcia” choćby na chwilę. To opowieść o kryzysie, który nie ma jednego wieku, statusu ani miejsca i może dotknąć każdego, niezależnie od tego, ile „ma”.
Dla sztuki filmowej tragedia zawsze jest interesującym materiałem, punktem wyjścia, ale jeśli opowiada się ją wprost, łatwo wpaść w banał. Dlatego szukam własnego sposobu; czasem dodając szczyptę humoru, czasem wrzucając bohaterów w realizm magiczny. Trudno ciężkim tematom nadać nieco lżejszą formę, ale to mnie fascynuje w kinie, próba „rozbicia” konwencji, złamania jej i szukania nieoczywistego rozwiązania.
„Zapiski śmiertelnika” balansują między metafizyką a codziennością, zmuszając do zadania sobie pytania: co tak naprawdę znaczy dzisiaj mieć wszystko?
Podobno po oglądnięciu filmu mężczyźni mówią: „Ten film jest o mnie”, a kobiety wychodzą z kina w ciszy i zamyśleniu. Czy to film dla kobiet, czy bardziej dla mężczyzn?
Nie chciałem robić film dla jednej konkretnej grupy. To raczej film o doświadczeniu, które może mieć różne twarze. Dla jednych będzie to bardzo osobiste przeżycie, dla innych to próba zrozumienia kogoś bliskiego. I chyba właśnie w tym spotkaniu tych dwóch perspektyw ten film najbardziej działa. Odbieramy go poprzez własne doświadczenie; każdy ma własne, dlatego tak ciekawe są rozmowy po projekcji. Na spotkaniach po filmie, gdzie na sali były osoby po samobójczych próbach, kobiety dziękowały mi, że dopiero teraz wiele rzeczy do nich dotarło, rozjaśniło sytuację, pojęły, dlaczego ich mąż, partner, ojciec dzieci postąpił tak, a nie inaczej, a one nie były w stanie przyjąć perspektywy mężczyzny uwikłanego w dramatyczne dylematy prowadzące do tragicznego finału; dlatego z kina wychodziły często w zamyśleniu.
Zazwyczaj mężczyźni nie okazują słabości, nie rozmawiają, tak jak czynią to kobiety, wyrzucając z siebie wszelkie żale i troski. Mężczyźni milczą, szukając ratunku w samodzielnych analizach, podchodząc do tego zadaniowo.
Chciałbym jednak powiedzieć, że pomimo iż temat filmu jest „dołujący”, on taki nie jest! Nie ciągnie nas w mroczną stronę życia. Wręcz odwrotnie, daje nadzieję. Zapewniam, że tak jest. Świadomie starałem się rozładować tragizm sytuacji. Podszedłem do problemu samobójstwa z dystansem, wprowadzając delikatny humor. Nie bałem się nazwać mojego filmu „komedią poważną” (to chyba najtrafniejsze sformułowanie). Opowiadać o śmierci, o samobójstwie, o autodestrukcji przechodzącej z ojca na syna nie jest łatwo, ale chyba nam się udało to dzięki formie i całej ekipie filmowej.
Bałtyk był wspaniałym tłem do osadzenia tej historii. Zdjęcia były kręcone na Helu po sezonie, w Jastarni, we Władysławowie i Jastrzębiej Górze – te miejsca pełnią w filmie określoną funkcję dramaturgiczną. To świat zmarznięty, chłodny, idealny na koniec życia, jak uważał główny bohater.
Udało się Panu zebrać świetnych aktorów, którzy odnaleźli się w tym świecie na pograniczu magii i rzeczywistości. Jak wyglądał proces kompletowania obsady? I co zdecydowało, że to właśnie Ireneusz Czop (F.P.) stał się twarzą tej historii? Czy pisał Pan tę rolę z myślą o nim?
Założyłem sobie, że zrobię ten film tylko z ludźmi, którzy po przeczytaniu scenariusza naprawdę będą chcieli pracować przy tym nieoczywistym projekcie. Obsada więc musiała składać się z ludzi wrażliwych, empatycznych i posiadających dużą wyobraźnię oraz poczucie humoru, co było niezbędne do oddania specyfiki filmu.
Główna postać to 50-letni mężczyzna planujący samobójstwo. Wymagało to obsadzenia aktora zdolnego do udźwignięcia trudnego tematu męskiej bezradności wobec emocji, połączonego z ironią i realizmem magicznym. Ireneusz Czop to aktor spełniający te wymogi. Znaliśmy się już z mojego wcześniejszego filmu „Konwój”. Irek był osobą, która od zawsze mi odpowiadała ze względu na jego predyspozycje, zarówno od strony psychicznej, jak i fizycznej.
Jest to bez wątpienia jedna z ważniejszych ról filmowych Ireneusza Czopa. W roli F.P. udało mu się pogodzić skrajności. Jego bohater jest bardzo serio, przeżywa wewnętrzny dramat, ale ma też wdzięk, dystans, poczucie humoru. Irek to plastyczna energia. Wiedziałem, że nie tylko odegra tę rolę, ale stanie się naprawdę częścią tej historii.
A Magdalena Boczarska? Ona gra najczęściej silne, wyraziste, mocne kobiety. Jak jest w tym filmie? Czy tutaj idzie też w tę stronę, czy czymś zaskoczy?
Zapewne zaskoczy. Co ciekawe, odegrała stan permanentnej tajemnicy: jest nieoczywistą kochanką, nieoczywistą prokuratorką. Jest jakimś snem, ulotnością, niespełnionym marzeniem. Ten film był nie lada wyzwaniem aktorskim. Grana przez nią postać ma wiele do ukrycia. Wpisanie się w otoczkę specyficznego klimatu, aury niedopowiedzeń nie było łatwe. Chciałem, aby ona jako kochanka była snem głównego bohatera – jego marzeniem, ulotnością, młodością, zapachem. I wszystkie te „stany” ona wydobywa: rudowłosa, z piegami w kowbojkach.
Marian Dziędziel często wnosi na ekran pewien ciężar i autentyczność. Czy w tym filmie bardziej „ratuje” bohatera, czy go pogłębia?
Marian Dziędziel to postać z zaświatów, która wniosła w tę historię ciepło. Dziędziel nie gra typowego, eterycznego ducha. Jego postać jest bardzo ludzka, przyziemna, momentami nawet komiczna w swoich „prozaicznych potrzebach”. Jest zmarłym przed laty ojcem bohatera, który popełnił samobójstwo, i w ten niekonwencjonalny sposób powraca, by interweniować w życiu syna. Aktor idealnie wpisuje się w konwencję tragikomedii. Jest postacią niejednoznaczną: z jednej strony jego obecność jako ducha jest absurdem, z drugiej – rozmowy z nim są dla głównego bohatera formą terapii.
Marian w tej roli pokazuje wielki talent aktorski, łącząc powagę sytuacji z lekkim, kabaretowym zacięciem, co buduje świetną relację z Ireneuszem Czopem. Jest twórcą czującym gatunek filmowy, zawsze jednak wykorzystując wyjątkowy kunszt do opowiedzenia czegoś własnego, prywatnego. Myślę, że dla Mariana była to bardzo ważna rola.
Jak dużo wolności daje Pan aktorom przy tak emocjonalnie trudnym materiale? Czy któryś z aktorów wniósł do filmu coś, czego nie było w scenariuszu? Czy były sceny, które powstały w dużej mierze dzięki improwizacji?
Nie za wiele, jeżeli chodzi o tekst (dialogi) i główne założenia. Oczywiście, zapraszając tak dobrych aktorów, wiesz, że ich osobowość wypełni ekran, dodadzą tzw. życia postaciom. Tworzą na ekranie wachlarz „pokręconych” przez los bohaterów, kreując indywidualny niepowtarzalny ich charakter. Wszyscy trzymali się scenariusza, wnosząc swoje „czucie” w rolę, coś, co jest zawsze nieuchwytne, coś, co jest nie do opisania. Na przykład Marian Dziędziel to troskliwy duch; kłamca, ale sympatyczny, swoim ciepłem sprawił, że widz mu wybacza życiowe oszustwa.
Czy jest to film o śmierci, czy raczej o życiu?
Zdecydowanie o życiu. Choć tytuł przypomina nam o naszej ulotności. Jednak śmiertelnik to człowiek żyjący; my wszyscy jesteśmy śmiertelnikami i mamy swoje zapiski oparte na własnych doświadczeniach.
Na pewno nie jest to film o samobójstwie, raczej o podróży do „kresu nocy”. Na film przychodzili psychologowie i terapeuci, a po filmie był liczny odzew, opinie i fachowców i osób uwikłanych w podobne sytuacje życiowe. Wszyscy podkreślali, że jest to film o życiu, które pokazaliśmy w sposób intrygujący i ciekawy. Na pewno film zmusza do refleksji. Choć widzowie wychodzą z kin zwykle uśmiechnięci, dopiero następnego dnia dociera do nich, jak ważna to była historia.
Czy kiedykolwiek miał Pan moment, kiedy chciał „zniknąć od wszystkiego”, tak jak Pana bohater, choćby symbolicznie?
Moje „znikanie” polega na wycofywaniu się z życia towarzyskiego. Zanurzam się w pisaniu, rysowaniu – to moja ucieczka. Pisanie daje mi czas na refleksję, zastanowienie się, bycie sam na sam ze swoimi bohaterami. Jeśli choćby jednej osobie podoba się to, co napisałeś, to już jest wielkie szczęście. Nieco inaczej ma się to przy pracy nad filmem, która dostarcza wielu stresujących sytuacji – realizacja wymaga dużych środków, fizycznego zaangażowania, pracy setek osób – a ty musisz być tym napędzającym, tłumaczącym, czasami też terapeutą, spowiednikiem, bo aktorzy mają swoje bolączki, swoje niepewności.
Z jakim pytaniem chciałby Pan zostawić widza po seansie?
Raczej nie z pytaniem, ale z refleksją. Rzadko pokazuje się mężczyzn z perspektywy ukazanej w moim filmie: męska słabość, smutek, rozżalenie. Zależało mi na tym, aby kobiety dostrzegły swoich partnerów, którzy niestety zbyt głęboko chowają swoje problemy. Chciałbym, żebyśmy razem, kobiety i mężczyźni, byli na siebie wrażliwi, uważni i potrafili dostrzegać niepokojące zmiany.
Często w rozmowie nie padają żadne słowa, a jeżeli nawet, to ważniejsze jest to, co pomiędzy nimi. Agresja u mężczyzn bywa niekiedy objawem depresji i jest wołaniem o pomoc. Statystyka samobójstw jest przerażająca: na 13 dziennie popełnionych 11 to mężczyźni. Coś musimy z tym zrobić, dlatego tak ważne jest wspólne przeżywanie i zrozumienie. Abyśmy nie patrzyli na swój związek wyłącznie pod kątem życiowego „funu”, bo nie zawsze jest fajnie. A właściwie częściej jest niefajnie.
Mężczyznom coraz trudniej odnaleźć się w szybko zmieniającym świecie. Rosnąca siła kobiet, zmiany kulturowe mają na to wpływ. Mam nadzieję, że nasz film daje nadzieję.

Maciej Żak
(ur. 1962 r.) Studiował na Wydziale Radia i Telewizji na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, gdzie w 1993 r. ukończył kierunek reżyserii telewizyjno-filmowej. Współpracował z Juliuszem Machulskim, był drugim reżyserem komedii „Pieniądze to nie wszystko”. Wyreżyserował drugą części serialu „Czego się boją faceci, czyli seks w mniejszym mieście” i pierwszą serię serialu „Archiwista”. W pełnometrażowym filmie fabularnym zadebiutował w 2004 r. adaptacją sztuki teatralnej Aleksandra Gelmana „Ławeczka”.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 20 (56) 23-29/05/2026




