W poprzednim magazynie „Kuriera Wileńskiego” Mirosław Supruniuk, dyrektor Muzeum Uniwersyteckiego w Toruniu, oraz jego żona Anna – dyrektor Archiwum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika – opowiedzieli nam o profesorach Uniwersytetu Stefana Batorego, którzy po wojnie przybyli do Torunia i założyli w nim uniwersytet. W drugiej części naszego spotkania państwo Supruniukowie zapraszają w progi Muzeum Uniwersyteckiego, by pokazać nam pamiątki, które zachowały się po Wilnianach, i zaprezentować główny nurt jego działalności.
Profesorska toga
Zwiedzanie rozpoczynamy od znajdującej się na parterze, przestronnej Sali Rektorów, w której odbywają się uroczyste wydarzenia uniwersyteckie, a na co dzień ćwiczy chór akademicki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. To tutaj znajdują się materialne ślady po profesorach Uniwersytetu Stefana Batorego, którzy w 1945 r. przyjechali do Torunia.
Mirosław Supruniuk: Większość pamiątek, które przewieźli, albo trzeba było potem sprzedać, żeby żyć, albo odziedziczyły je rodziny, które się później rozjechały po świecie. Pamiątek po Wilnie zachowało się w Toruniu ekstremalnie mało. To, co udało nam się zebrać i co nadaje się do ekspozycji w naszym muzeum, to zupełne drobiazgi. Najcenniejszą wileńską pamiątką po USB jest oryginalna wileńska toga, należąca do prof. Władysława Dziewulskiego, wybitnego astronoma i fizyka, który w Wilnie był rektorem, a w Toruniu – pierwszym prorektorem, jednym z twórców uniwersytetu.
Anna Supruniuk: Prof. Dziewulski bardzo długo po wojnie, w sposób taki manifestacyjny, chodził w tej todze na wszystkie uroczystości uniwersyteckie. Wydaje mi się, że były tylko dwie togi, zanim UMK dorobił się własnych. Oprócz tej, także toga prof. Karola Koranyiego, który przywiózł swoją ze Lwowa. Funkcjonują one w przestrzeni uniwersytetu na zdjęciach z lat 40. i 50., choćby tych prezentujących wręczenie prof. Dziewulskiego doktoratu honoris causa.
M.S.: Toga wileńska w projektach Ferdynanda Ruszczyca nawiązywała do tradycyjnej togi rektora Piotra Skargi. Kolory zależały od wydziału, każdy – co jest ogólnouniwersytecką tradycją na świecie – miał inne, własne barwy. Na przykład Wydział Matematyczno-Przyrodniczy to kolor wiśniowy z ciemnozielonym szamerunkiem. Elementem łączącym był wewnętrzny, biały fragment kaptura z szamerunkiem. Toga prof. Dziewulskiego miała być pochowana wraz z nim w grobie, ale ostatecznie rodzina zdecydowała o jej zachowaniu.
A.S.: W Polsce zachowały się jeszcze tylko dwie togi wileńskie, o których wiemy. Jedna w Muzeum Uniwersytetu Medycznego w Gdańsku, druga – Wydziału Humanistycznego – na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie można wykluczyć, że gdzieś w prywatnych rękach są jeszcze inne.
M.S.: W naszych zbiorach mamy też przedwojenną czapkę studencką z 1939 r., z symbolem USB – Trzema Zębami, herbem Stefana Batorego.
Przeszczepiony ceremoniał
A.S.: Dokumenty papierowe USB zostały w Wilnie i są tam dostępne. Jest to największe przedwojenne archiwum uniwersyteckie z terenów Rzeczypospolitej, jakie się zachowało. Dyrektor Archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego zapewnia, że jest bardziej kompletne niż archiwum okresu międzywojennego UJ. Insygnia, czyli berło oraz łańcuchy rektorskie i dziekańskie, zostały ukryte w Wilnie. Odnalazły się kilkanaście lat temu i są eksponowane na terenie uniwersytetu.
M.S.: W Toruniu nie było żadnych insygniów, których można było używać, więc trzeba było stworzyć nowe. Ich twórcą jest Wilnianin – Jerzy Hoppen, uczeń Ruszczyca, który zaprojektował je już w 1946 r. Ceremoniał, który był w Wilnie, został przeniesiony do Torunia, zachowano ten sam sposób myślenia o nim. Wszystko, co dotyczyło uroczystej formy uniwersytetu, dostojeństwa, zostało przywiezione z Wilna.
A.S.: Zmiany, które później następowały w ceremoniale, wynikały z utraty pamięci. Osoby, które pilnowały ustalonego porządku, starzały się, umierały, a ich następcy niekoniecznie rozumieli, dlaczego berło musi być w tej, a nie innej ręce, na której dłoni nosi się pierścień czy co oznaczają symbole na łańcuchu. To zanikało i stawało się pewną dowolnością. W czasach stalinowskich ceremoniał jest niszczony. Jeden z rektorów wileńskich, prof. Antoni Basiński, jak wspominają studenci, próbuje go zachować. Na inaugurację w roku 1953 zakłada togę i insygnia, ale to już jest taki ceremoniał okrojony.
M.S.: Zaczyna to przypominać końcówkę XIX w., kiedy strojów na uczelni można używać tylko w bardzo wąskim zakresie. Na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie na co dzień obowiązywały mundury, inauguracja była tym momentem, kiedy wolno było nosić stroje odświętne, bo car zezwolił na togi i łańcuchy. W Toruniu w czasach stalinowskich jest podobnie. Z drugiej strony, oprócz UJ, Uniwersytet Toruński jest jedynym, który miał odwagę to robić. Pozostałe uczelnie pogodziły się z tym, że mamy uniwersytety świeckie i każdy jest urzędnikiem państwa socjalistycznego. Nie ma na nich strojów, ceremoniału, nie ma niczego.

Wileńskie portrety
Tym, co jako pierwsze zwraca uwagę po wejściu do Sali Rektorów, są zdobiące jej ściany portrety.
M.S.: Portrety, które są prezentowane, też są portretami na wzór wileński. Po odejściu rektora ze stanowiska, tak jak w Wilnie, wykonywano mu portret. Autorem portretu pierwszego rektora, Ludwika Kolankowskiego, jest oczywiście Hoppen. Stworzył ten portret zgodnie z ceremoniałem, po odejściu rektora. Ale potem przyszedł okres stalinowski, kiedy portretów rektorom nie wolno było robić.
A.S.: Pierwsi dwa rektorzy, Kolankowski i Karol Koranyi, to rektorzy lwowscy. Po nich nastał Leon Kurowski, prawnik wileński, który sprawował funkcję niecałe dziesięć miesięcy, aczkolwiek bardziej jak namiestnik niż rektor. Nie zapisał się zbyt chlubnie, raczej uniwersytet zwijał, był wiceministrem skarbu w Warszawie i ostatecznie odszedł do stolicy, gdzie został prorektorem Uniwersytetu Warszawskiego. Następny, prof. Basiński, chemik wykształcony na USB, doprowadził do tego, że uniwersytet zaczął się podnosić. Zabiegał umiejętnie, wiedząc, jak rozmawiać i z partyjnymi, i z Rosjanami, o przywrócenie wydziałów i kierunków. Portrety ich wszystkich przemalowane są z fotografii. Do malowania powraca się po 1956 r., w którym Basiński odchodzi. Wówczas można było już z malować z natury, a ustępujący rektor znów otrzymywał swój portret. Z tym, że po Basińskim kolejni rektorzy z Wilnem nie mają już związków.
M.S.: Proszę zwrócić uwagę na ten przedwojenny portret, odkryty zupełnie przypadkiem, przedstawiający prof. Jana Prüffera, dziekana Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego Uniwersytetu Stefana Batorego, później związanego z UMK. Wisi niżej niż pozostałe, bo profesor nie był rektorem, ale jego obraz został namalowany w nawiązaniu do tradycji wileńskiej tworzenia portretów osobom piastującym urzędy. Portret odnalazł się kilka lat temu w Towarzystwie Naukowym, był w złym stanie, ale został poddany konserwacji i zawisł jako przykład portretu wileńskiego. Powiesiliśmy go także dlatego, że przez moment była szansa, że profesor zostanie rektorem. Chcieli tego pracownicy, społeczność akademicka, ale Prüffer był już zbyt wiekowy i schorowany.
A.S.: W Wilnie była tradycja, oprócz malowania portretów rektorom, malowania ich także dziekanom. Nie wiemy, ile ich powstało, zachowało się niewiele. Znamy portret prof. Ignacego Świrskiego, dziekana Wydziału Teologicznego, który znajduje się w muzeum w Wilnie. Wydawało się, że to jedyny portret dziekański, który się zachował, ale odnalezienie portretu w Toruniu świadczy, że to musiała być jakaś zasada, reguła. Być może są jeszcze inne.
M.S.: W dokumentach z USB odnaleźliśmy, że na Wydziale Prawa po śmierci prof. Alfonsa Parczewskiego był wykonany jego portret dziekański i powieszony w jego sali. W Toruniu tej tradycji nie było, robiono tylko portrety rektorskie, a dziekanom wykonywano fotografie w strojach cywilnych lub odświętnych, które wieszane były w gabinetach dziekańskich na wydziałach.

Przywrócić należne miejsce
A.S.: W 1994 r. w Bibliotece UMK stworzony zostaje oddział pod nazwą Archiwum Emigracji, którego zadaniem jest poszukiwanie i ściąganie z całego świata, celem ocalenia, dokumentacji dotyczącej kultury polskiej na emigracji. Przede wszystkim pisarskiej, ale także muzycznej czy artystycznej. Do Torunia przyjeżdżają archiwa, rękopisy, pamiątki po najwybitniejszych polskich pisarzach, którzy tworzyli na emigracji, a także po instytucjach emigracyjnych. Przyjeżdża całe archiwum tygodnika „Wiadomości” z Londynu, zawierające kilkaset tysięcy listów pisarzy z Witoldem Gombrowiczem, Czesławem Miłoszem, Kazimierzem Wierzyńskim, Janem Lechoniem, Marianem Hemarem czy obydwoma Mackiewiczami na czele. To jest początek myślenia o centrum badań nad emigracją.
M.S.: Od samego początku wespół z tymi spuściznami archiwalnymi trafiają też dzieła sztuki artystów. Pierwszy jest pochodzący z Wilna Marian Kościałkowski, potem Konstanty Brandel i kolejni. I tak w 2000 r. okazuje się, że Archiwum Emigracji posiada już ok. 10 tys. dzieł sztuki zupełnie nieprzystających do zbiorów i kolekcji innych muzeów w Polsce. Wtedy udaje mi się przekonać rektora, że potrzebne jest muzeum, żeby te dzieła pokazywać. Kiedy UMK otrzymuje budynek po zlikwidowanym oddziale Narodowego Banku Polskiego, rodzi się pomysł, by jedną jego część przeznaczyć na funkcję reprezentacyjną, obecną Salę Rektorów, a drugą na muzeum. W 2004 r. ówczesny rektor Jan Kopcewicz podejmuje decyzję o powstaniu Muzeum Uniwersyteckiego. Od samego początku celem jest, by to nie było muzeum na wzór Uniwersytetów Jagiellońskiego czy Warszawskiego, bo ze względu na niewielką liczbę artefaktów opieka nad pamięcią UMK jest tylko niewielkim elementem naszej misji. Głównie nastawiamy się na tworzenie warsztatu do badań nad sztuką polskiej emigracji. By ją zobaczyć, zapraszam na górę.
Na ścianach klatki schodowej podziwiamy prace trójki artystów tworzących w zupełnie różnych stylach w Londynie: Marka Żuławskiego, Stanisława Frenkiela i Zygmunta Turkiewicza. Frenkiel był jedynym polskim artystą, który był członkiem Royal Acedemy of Art. Żuławski miał wysoką pozycję w brytyjskiej sztuce figuratywnej. Turkiewicz jest jednym z twórców brytyjskiej abstrakcji. Na piętrze wchodzimy we właściwą muzealną przestrzeń.
M.S.: Muzeum składa się z dwóch części. Stałej, prezentującej dorobek ponad 20 lat działalności, w której prezentujemy kilkadziesiąt prac bardzo różnych artystów z całego polskiego świata emigracyjnego. Są tu: Józef Czapski, Jan Lebenstein, Jankiel Adler, Konstanty Brandel, Józef Herman, jest pochodząca z Wilna, ostatnia studentka USB, Bronka Michałowska, tworząca w Kanadzie, a po śmierci pochowana na Rossie w 2015 r. Jest i wspaniały Wilnianin, wspomniany już Marian Kościałkowski, proszę zobaczyć jego widok Wilna. Reprezentują bardzo różne przestrzenie świata, a to, co mają wspólnego, to polskie korzenie i świadomość polskości, także u tych pochodzenia żydowskiego. Do tego stopnia, że Jankiel Adler zgłosił się do Wojska Polskiego i walczył w kampanii francuskiej jako polski żołnierz, choć długi czas mieszkał w Niemczech. W drugiej części prezentujemy wystawy czasowe. Aktualnie jest to pokaz zdjęć Basi Sokołowskiej, artysty fotografika, która tworzy w Australii.
Muzeum ma aktualnie w swoich zbiorach ponad 35 tys. dzieł. Większość z tych prac obudowanych jest spuściznami archiwalnymi i wraz z nimi, jako całość, stanowią kompletny materiał do badań naukowych. W ramach spuścizny do Torunia przywożone są takie pamiątki, jak: sztalugi, pędzle, materiały rzeźbiarskie, narzędzia. Muzeum Uniwersyteckie w Toruniu jest jedynym w Polsce, a w zasadzie na świecie, skupiającym się na dbaniu o pamięć artystów polskich tworzących na emigracji na całym świecie.
M.S.: Staramy się gromadzić ślady życia ludzi, o których w ogóle nie można było w Polsce pisać. Prasa, radio, telewizja – unikały tych osób. W niektórych zapisach cenzury było dokładnie wyszczególnione, że o tych osobach mówić nie wolno. Kolejni absolwenci uniwersytetów sztuki w PRL nie mieli pojęcia o ich istnieniu. My, gromadząc te materiały, dajemy szansę kolejnym pokoleniom badaczy wcielić ich do kanonu.

Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 19 (53) 16-22/05/2026






