Jak wileński USB stał się toruńskim UMK. „Kurier Wileński” z wizytą w Toruniu

„Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu – de facto, bo może nie de iure – w strukturze i rozumieniu idei uniwersytetu stał się Uniwersytetem Stefana Batorego na obczyźnie” – mówią zgodnie Anna i Mirosław Supruniukowie, autorzy fascynującej książki „Tajemnicze początki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika”.

Czytaj również...

Mirosław Supruniuk jest dyrektorem Muzeum Uniwersyteckiego w Toruniu. Jego żona Anna – dyrektorem Archiwum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. W słoneczne, niedzielne popołudnie spotykamy się w jednej z kawiarenek na toruńskiej Starówce, nieopodal Muzeum Uniwersyteckiego, by porozmawiać o tym, jak to się stało, że latem 1945 r. profesorowie z Wilna przybyli do Torunia, by stworzyć w nim uniwersytet.

Dialog szybko zmienia się w fascynującą opowieść snutą przez państwo profesorów. Dosłownie chce się przymknąć oczy, by słuchając, zobaczyć oczami wyobraźni tamten miniony świat…

Co ze sobą zabrać?

Mirosław Supruniuk: Nie ma co do tego jasności, ale istnieje legenda, że do Torunia wysłano z Wilna emisariuszy. Czy tylko do Torunia? Tego nie wiemy. Emisariuszem miał być Stefan Burhardt. Przyjechał wiosną 1945 r., krótko po „wyzwoleniu”. Miał się zorientować, czy są szanse na stworzenie w Toruniu uniwersytetu. Wiadomo, że nie można było przenieść go do miasta, które uniwersytet już miało. Chyba nie bardzo ufano też tzw. Ziemiom Odzyskanym, bo w tamtym okresie nie było pewności co do ich statusu. Z miast średniej wielkości, które przed wojną nie miały uniwersytetu, Toruń był właściwie jedynym mającym odpowiednią rangę.

Anna Supruniuk: Burhardt rozpuścił wieść, że w Wilnie potajemnie zebrał się Senat Uniwersytetu Stefana Batorego i podjął decyzję, by przenosić się in corpore do Torunia. Miało to umocnić jego starania, bo gdy tu dotarł, uznał, że to dobre miejsce. Wszystko, co wydarza się później, jest efektem starań jego i kilku osób, które przyjechały później, m.in. profesorów Konrada Górskiego i Leonida Żytkowicza. Po nich przyjechał największy transport uniwersytecki z Wilna, w lipcu 1945 r. Z nim m.in. profesorowie Władysław Dziewulski, wybitny astronom, i Tadeusz Czeżowski – filozof, ale też organizator administracji uniwersytetu.

M.S.: Przyjeżdżając z Wilna, poza rzeczami osobistymi, naukowcy właściwie niczego ze sobą nie zabrali. Niektórym udało się przywieźć księgozbiór, ale działo się to kosztem możliwości zabrania prywatnych mebli czy worka z mąką. Jednemu z profesorów udało się przemycić mapy z Instytutu Geografii.

A.S.: Jeżeli już coś przywozili, to rzeczy, nad którymi pracowali. Na przykład prof. Dziewulski przywiózł cały księgozbiór dotyczący astronomii. Każdy miał prawo zabrać tylko 200 kg na osobę. Jeśli wybierał książki, to rezygnował z czegoś osobistego, ubrań, jedzenia, rzeczy niezbędnych do życia na początku w nowym miejscu. Jeden z adiunktów przywiózł krowę, która chodziła po parku na Bydgoskim Przedmieściu [część Torunia – przyp. red.] i wykarmiła kilka rodzin. Profesor Górski przywiózł swój fortepian, prawdopodobnie musiał dać dużą łapówkę.

Torun-2026-05-09-2-PORTAL
Pomnik Mikołaja Kopernika, najwybitniejszego obywatela tego miasta, usytuowany jest przed ratuszem miejskim w Toruniu | Fot. Adobe Stock

Niemcy i Ruscy

M.S.: Gdy przyjeżdżają profesorowie, nie ma jeszcze decyzji o powstaniu uniwersytetu, ona zapada później. Jest za to entuzjazm garstki osób stanowiących grono toruńskich intelektualistów i dość wrogi stosunek ludności miasta. Toruniem rządzi Polska Partia Socjalistyczna, traktująca powołanie uniwersytetu trochę jak handicap dla swojej działalności partyjnej.

A.S.: Niechęć była może nie do samej idei co do formuły, do tego, że przyjeżdżają Kresowiacy. Brała się z tego, że uniwersytet musiał mieć budynki, mieszkania dla kadry i administracji. A wszystko to kosztem mieszkańców Torunia. Sytuacja była dokładnie odwrotna niż w Wilnie w 1919 r. Miasto, mieszkańcy, wszyscy czekali wtedy w Wilnie na powrót uniwersytetu, gotowi każdemu, kto był z nim związany, przychylić nieba. Ludzie pomagali remontować mieszkania, oddawali nawet własne, by uniwersytet powstał.

M.S.: Przez niespełna 20 międzywojennych lat Toruń był miastem wojewódzkim, które miało promieniować polskością przede wszystkim na północ, gdzie ludność polska nie była większością. Co więcej, było to miasto wojskowe, poniekąd jak Wilno, tylko Wilno było mniej więcej dwa razy większe, co przy tej samej ilości wojska nie było aż tak przytłaczające. Tu wojsko zajmowało całe kwartały miasta i obszar wokół niego. Gdy więc w 1945 r. tego wojska już nie było i zniknęli tutejsi Niemcy, zostało malutkie miasteczko, w którym toczyły się wewnętrzne boje między tymi, którzy uważali się za prawdziwych Polaków, i tymi uważanymi za zdrajców podpisujących volkslistę i służących w niemieckiej armii. Do tego był specyficzny język. Twardy, z dużymi naleciałościami regionalizmów i germanizmów. W taką przestrzeń wchodziły osoby przyjeżdżające do Torunia, mówiące śpiewnym językiem Kresów z dużą liczbą rusycyzmów – i natychmiast stworzył się podział na „Niemców” i „Ruskich”.

A.S.: W Toruniu było środowisko mieszczańskie polsko-niemieckie, uniwersyteckiego nie było. Pani profesor Irena Sławińska, która przyjechała jeszcze przed doktoratem, wspominała, że mieszczki, pomiędzy domowymi obowiązkami, siedziały w oknach na poduszkach i obserwowały życie. Rdzenni Niemcy w większości wyjechali jeszcze przed nadejściem Armii Czerwonej. Ich mieszkania były najlepsze w Toruniu, dostali je profesorowie, ale ochotę na nie mieli mieszkańcy Torunia. Proszę też pamiętać, że zaraz po wojskach niemieckich weszły sowieckie, co było tragedią dla miasta. Ono nie było zniszczone, ale Rosjanie splądrowali je całkowicie. Wywieźli całą aparaturę Młynu Richtera, największego zakładu pracy, który zaopatrywał miasto w mąkę. Brakowało chleba. W tej sytuacji dodatkowe osoby ze wschodu, początkowo przyjęte z radością, gdy zauważono, że chcą zostać, zaczęto traktować niechętnie.

M.S.: Rosjanie gwałcą, niszczą, wywożą setki mężczyzn na roboty do Rosji. Ludzie znikają z ulicy, kilka tysięcy osób, z wieloma do dzisiaj nie wiadomo, co się stało. Bandyckie wojsko mści się za wszystko, co możliwe, gwałty są codziennością. Sowieci zajmują największe gmachy, urzędy, szkoły, muzea, Toruń staje się szpitalnym miastem zafrontowym dla Armii Czerwonej. Gdy Sowieci się wycofują, zostawiając jeden garnizon, ich budynki przypadają uniwersytetowi. Ten jest traktowany jako wileński, obcy. Nie zatrudnia się na nim Torunian. To z kolei reakcja obronna Wilnian, którzy przyjeżdżają. Trzymają się bardzo mocno. Nie chcą wrogów wśród siebie, bo wiedzą, że będą donosili do Urzędu Bezpieczeństwa. Ale Wilnianie to nie tylko uniwersytet. Przyjeżdżają tu dwa teatry wileńskie, „Lutnia” i na Pohulance. Przyjeżdża orkiestra symfoniczna i rozpoczyna działalność, także różne chóry, rodziny tych ludzi oraz bardzo dużo rzemieślników, którzy w tym mieszczańskim Toruniu wchodzą w miejsca rzemieślników niemieckich. Wypełniają je, nie pozwalając zająć ich Torunianom.

A.S.: Na to wszystko nakłada się jeszcze inny sposób życia obu społeczności. Toruń gaśnie wraz z zachodem słońca. O dwudziestej jest martwy. Przed wojną tylko wojsko bawiło się dłużej. Wilnianie lubili bawić się do rana, to także było niezrozumiałe, jakieś dzikie („my chcemy spać, a Ruskie się bawią”). Wilnianie byli bardziej otwarci, nie zwracali uwagi na to, co powie sąsiadka, co dla mieszczan było niezwykle ważne.

M.S.: Z Wilna przyjechało do Torunia dużo ludzi, ale zostało 8–10 tys. Inni dostawali nakazy wyjazdu gdzie indziej, do Gdańska, Olsztyna, na Ziemie Zachodnie, bo nie było pracy i mieszkań. Tam mieli większe możliwości.

Torun-2026-05-09-3-PORTAL
Na budynku dworca w Toruniu znajduje się pamiątkowa tablica poświęcona wileńskim profesorom, którzy założyli w mieście nad Wisłą Uniwersytet Mikołaja Kopernika | Fot. Jarosław Tomczyk

Hermetyczne środowisko

M.S.: Kiedy zlikwidowano Uniwersytet Stefana Batorego w Wilnie, część pracowników – głównie młodych, będących w wojsku i Żydów – zginęła. Część starszych znalazła się na emigracji, ale USB i tak poniósł najmniejsze straty spośród wszystkich wyższych uczelni w Polsce. Nie był wielką uczelnią, ale mimo poniesionych strat siedmiowydziałowy uniwersytet przeniósł się do Torunia z zamiarem odtworzenia struktury. Na to jednak nie pozwolono. Lekarzy wysłano do Gdańska, rolników do Poznania, historyków głównie do Łodzi, bo wcześniej powstały Uniwersytet Łódzki nie miał się z kogo tworzyć. Teologowie musieli zostać – zgodnie z prawem kanonicznym – w Białymstoku. Do Torunia przyjechali ci wszyscy, którzy mogli, bo to nie było tak, że ktoś decydował sam. Decydowało państwo.

A.S.: Do Torunia w całości przyszły dwa wydziały, matematyczno-przyrodniczy i sztuk pięknych. To przez wiele lat była jedyna uczelnia, która miała w swojej strukturze Wydział Sztuk Pięknych, który kształcił plastyków i konserwatorów. To tu zaczęła się polska szkoła konserwacji, która przyszła z Wilna.

M.S.: Wilnianie mieli świadomość tego, czym jest Rosja sowiecka, o czym nie mieli zupełnie pojęcia Torunianie, którzy bardzo szybko poszli na współpracę z okupantem. Wilnianie nie, bo wiedzieli, czym się to kończy i grozi. Torunianie cieszyli się, że nastąpiło wyzwolenie i nie ma Niemców, zastąpili jednego okupanta drugim. Z uniwersytetem przyszli tu też żołnierze podziemnej AK, albo jako studenci, albo pracownicy, ukrywający się. Wilnianie przez długie lata stanowili źródło opozycji w mieście. To wokół nich tworzyły się różne organizacje. To hermetyczne środowisko bardzo późno zaczęło dopuszczać do siebie ludzi spoza. Pierwszą taką grupa byli Lwowianie. Ale różnica między Wilnem a Lwowem była taka, że Wilno poza wyjątkami nie poszło na współpracę z Sowietami. Lwowianie byli ugodowi, na wszystko, co powiedział pierwszy sekretarz, się zgadzali, mieli inny stosunek do okupacji.

A.S.: To były dwa różne światy, Lwowianie bardzo eleganccy, profesorowie wileńscy nie aż tak. To było od razu widać. Te dwie grupy łączyła jedna postać, pierwszy rektor UMK, profesor Uniwersytetu Lwowskiego Ludwik Kolankowski, który w 1919 r. jako pełnomocnik Piłsudskiego doprowadził do wskrzeszenia uniwersytetu w Wilnie. Kolankowski pełniący obowiązki rektora spinał wszystko, ale z sześciu osób pierwszego senatu pięć było z Wilna. Potem Kolankowski ciągnął tu Lwowian, np. wydział humanistyczny czy prawników, dlatego że brakowało profesorów z Wilna. Tam, gdzie ich zabrakło, miejsce wypełnili też ludzie z Poznania, Krakowa, Warszawy, ale w strukturze i rozumieniu uniwersytetu był to USB.

Torun-2026-05-09-4-PORTAL
Dworzec Toruń Główny – to tu wysiadali do nowego życia pracownicy Uniwersytetu Stefana Batorego po przybyciu z Wilna | Fot. Jarosław Tomczyk

Zwijanie uniwersytetu

M.S.: Już od 1946 r. Urząd Bezpieczeństwa rozpracowuje środowisko wileńskie. Kontroluje, nasyła ludzi do pilnowania, co mówią Wilnianie, czym się zajmują. Ale uniwersytet bardzo długo nie poddaje się presji polityki reżimu. Pracownicy nie wstępują do partii, nie donoszą na siebie, trudno przebić się z tajnymi współpracownikami. Raporty UB, które czytamy, mówią, że nie mają dostępu do Wilnian, bo są tak hermetyczni. Podsyłają nawet służącą prof. Czeżowskiemu, żeby donosiła, bo studenci nie chcą.

A.S.: W 1950 r. rozpoczęło się tzw. zwijanie uniwersytetu, walka z reakcją wileńską. W 1945 r. godzono się na każdego, który przyjeżdżał. Wtedy każdy profesor, nawet o jawnie antysocjalistycznych poglądach, był potrzebny, ale w pięć lat udało się na nowych świeckich uniwersytetach wykształcić zręby nowej kadry i zaczęło się prześladowanie nieprawomyślnych. Wtedy istniał już PZPR i młode wilki partyjne zaczęły narzucać swoje zasady. Zaczęto rotować pracowników uniwersytetów, co było jednym ze sposobów niszczenia środowiska wileńskiego. Środowisko walczyło o pracowników, twierdząc, że są absolutnie potrzebni, jak np. prof. Eugeniusz Słuszkiewicz, Lwowianin, jedyny językoznawca na poziomie światowym. Zabranie go oznaczało likwidację kierunku badań, ale Kraków go potrzebował…

M.S.: Pod koniec lat 40. władza postanowiła zmienić strukturę i przyjacielskie związki między kadrą a studentami, jakie panowały w Wilnie. Zaczęła się wymiana kadr, polowanie na członków Armii Krajowej. W Bydgoszczy mieliśmy procesy pokazowe. Rozbito na dwa wydział przyrodniczo-matematyczny, wreszcie zlikwidowano studia drugiego stopnia, przez co ubywało studentów. Złamano uniwersytet w latach stalinowskich. Gdy po 1956 r. zaczął się odradzać, była już nowa kadra i studenci. Wilna już nie było. Byli jeszcze profesorowie wileńscy pamiętający tradycje, ale już nie tworzyli stałej struktury. Wspominając, spotykali się raczej towarzysko poza uniwersytetem. On jeszcze długo walczył, by odzyskać pozycję z 1945 r., co udało się dopiero w latach 60., kiedy do władzy przyszedł Witold Łukaszewicz. Człowiek z zewnątrz, który miał stworzyć wzorcowy uniwersytet socjalistyczny. Jemu Wilnianie nie byli już do niczego potrzebni, przeciwnie, byli przeszkodą.

A.S.: Wilnianie się oczywiście też starzeli, ale tych mających prawa do nauczania izolowano, obniżano ich pozycję na uczelni. Razem z dojściem do władzy rektora Łukaszewicza już nikt z Wilna niczym nie kierował. Wyjątkiem była Wilhelmina Iwanowska, pierwsza w Polsce kobieta, która zajmowała się astrofizyką, do Torunia przyjechała z prof. Dziewulskim, mając niespełna 40 lat.

M.S.: Pod koniec lat 60. na UMK były jeszcze trzy duże postacie wileńskie. Bardzo stary, idący na emeryturę prof. Czeżowski, który nigdy nie poszedł na współpracę ze służbami i był izolowany. Też stary prof. Konrad Górski, który się poddał i w 1982 r. poparł stan wojenny, oraz Iwanowska, która została kontaktem operacyjnym SB, pomagała inwigilować gości zagranicznych i dzięki temu mogła jeździć po świecie ile chciała. Z jej śmiercią w 1999 r. skończyło się Wilno na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu…


Opowieść o początkach Uniwersytetu Mikołaja Kopernika to pierwsza część spotkania z Anną i Mirosławem Supruniukami. Ludźmi, którzy choć nie mają żadnych związków rodzinnych z Wilnem, emanują do tego miasta miłością, którą słychać w ich głosach i czuć w ich sercach. W drugiej części, w jednym z kolejnych magazynów, wspólnie zwiedzimy Muzeum Uniwersyteckie w Toruniu, szukając wileńskich pamiątek.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 18 (50) 09-15/05/2026

Afisze

Więcej od autora

Dzień Zwycięstwa

Ale jeśli Ukraińcy jej przebieg jakimś atakiem zakłócą, jego sukces może być jeszcze większy. Zyska bowiem potężne paliwo propagandowe. Światu będzie pokazywał, że wróg ani myśli o pokoju i...