Brak konkretności i jasności to tylko wierzchołek złych praktyk zarządzania, z jakimi mamy w naszym państwie, a także w państwach w państwie – a takim jest Centrum Rejestrów – do czynienia. Mniejsza nawet o to, że wiele patologii zostało bezpośrednio przejętych po okupacji i wystarczyłoby te instytucje zdekolonizować, a nie hodować przetrwalniki Związku Sowieckiego przez 30 lat. Ale niektóre rzeczy mijają się z elementarną logiką, jak choćby sprawa sprzed kilku lat, kiedy w Centrum Rejestrów zalało piwnicę i na skutek tego doszło do utraty danych. Nawet średnio rozgarnięty uczeń rozumie, że trzeba zabezpieczać komputery przed deszczem, ale nie potrafi tego państwowa instytucja o rocznym obrocie, wynoszącym 60 mln euro?
Podobnież nikt nie zauważył, że przez związane z instytucjami podległymi Ministerstwu Spraw Wewnętrznych oprogramowanie ktoś „spompował” całą bazę Rejestru Nieruchomości i jeszcze kilka innych. Wskazuje się, że za kradzieżą danych mogły stać służby rosyjskie (jest to dla nich łakomy kąsek – w razie okupacji można tworzyć listy proskrypcyjne z adresami), ale są także twierdzenia o rodzimych przestępcach czy biznesach. A nie jest to niemożliwe – w 2019 r. sprzedawaniem danych, pozyskanych za darmo z Centrum Rejestrów, zajmował się pewien dziennikarz, za co stracił pracę i został pozbawiony odznaczenia państwowego. Poza tym ta historia mu w sumie nie zaszkodziła i wciąż bryluje.
Problem z tym ostatnim wyciekiem danych jest taki, że – niezależnie od tego, kto był sprawcą – źle działające instytucje budzą nie tylko nieufność, lecz także niechęć do państwa, któremu teoretycznie musiałyby służyć. I obywatele, którzy są takim stanem rzeczy rozczarowani, nie są „watnikami” czy innymi zdrajcami – ale zostają postawieni na dobrej drodze, by nimi zostać, jeśli klasa uprzywilejowana, zamiast czynić państwo i jego instytucje lepszymi, będzie się skupiała na wyzywaniu krytyków czy zamiataniu skandali pod dywan.
Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 21 (59) 30/05-05/06/2026

