Ilona Lewandowska: Justyno, pojawiasz się na wielu scenach w bardzo różnych rolach. Co właściwie robisz dziś w życiu zawodowym?
Justyna Stankiewicz: W tej chwili robię naprawdę dużo różnych rzeczy i chyba właśnie ta różnorodność najbardziej mnie napędza. Najwięcej energii wkładam w rozwijanie własnej ścieżki artystycznej – poezji śpiewanej i piosenki aktorskiej. To jest przestrzeń, w której czuję największą wolność twórczą i w której mogę najpełniej wyrazić siebie. Pracuję nad własnym repertuarem, piszę teksty, komponuję, przygotowuję koncerty. To jest proces, który trwa właściwie bez przerwy – nawet kiedy nie siedzę przy pianinie, to w głowie układam melodie, frazy, obrazy.
Równocześnie pracuję na stałe w chórze Teatru Opery i Baletu. To stabilna część mojego życia zawodowego, która daje mi kontakt z dużą sceną, z wielkimi formami muzycznymi i z zespołem ludzi, którzy żyją muzyką na co dzień. Współpracuję też z Wileńskim Teatrem Starym i Polskim Teatrem „Studio” w Wilnie – tam realizuję się aktorsko, co jest dla mnie równie ważne jak śpiew.
Od kilku lat uczę również śpiewu i gry na pianinie; zarówno dzieci, jak i dorosłych. To zajmuje coraz większą część mojego czasu, bo widzę, jak ogromną wartość ma dla ludzi kontakt z muzyką. Niektórzy przychodzą, bo chcą występować, inni – bo śpiew daje im oddech od codzienności. Staram się to wszystko łączyć, choć bywa to logistycznie trudne. Ale czuję, że każda z tych aktywności mnie rozwija, a wszystkie razem wzajemnie się uzupełniają.
Co daje Ci praca w operze?
Praca w operze dała mi przede wszystkim jasność co do tego, czego chcę, a czego nie chcę robić w życiu. Studiowałam śpiew operowy osiem lat, ale przez cały ten czas miałam wątpliwości, czy to jest moja droga. Wydawało mi się, że skoro już tyle lat w to zainwestowałam, to powinnam iść dalej. Jednak dopiero praca w operze i późniejszy wyjazd na studia do Turcji uświadomiły mi, że „to totalnie nie jest moje”. Nie czułam się w tym gatunku swobodnie, nie czułam, że mogę w nim wyrazić siebie.
W chórze natomiast odnajduję się całkiem dobrze. Bycie takim „klawiszem” w grupie, jak to kiedyś określiłam, daje mi poczucie bezpieczeństwa i równowagi. Nie ma tam ciężaru solisty, presji, która towarzyszy śpiewowi operowemu. To doświadczenie nauczyło mnie pokory, pracy zespołowej i świadomości głosu. Dziś jednak wiem, że chcę iść w stronę piosenki aktorskiej, poezji śpiewanej, muzyki bardziej intymnej i osobistej.
Czy wykształcenie muzyczne pomaga, czy czasem przeszkadza w karierze muzycznej?
Wykształcenie muzyczne zdecydowanie pomaga – daje solidne podstawy, świadomość techniczną, wiedzę teoretyczną, kontakty zdobyte w czasie studiów. Mając solidne podstawy, łatwiej jest współpracować z innymi muzykami, łatwiej jest też tworzyć własne utwory, bo rozumiesz strukturę, harmonię, rytm.
Ale jednocześnie potrafi przeszkadzać. Im więcej wiesz, tym więcej masz wymagań wobec siebie. Najbardziej bałam się śpiewać właśnie wtedy, kiedy byłam w trakcie studiów. Czułam, że muszę robić wszystko „jak trzeba”, zgodnie z zasadami, z kanonem. A to odbiera wolność. Znam wiele osób bez wykształcenia muzycznego, które osiągają bardzo dużo – bo mają autentyczność, odwagę i własny styl. Talent i prawda w głosie są równie ważne jak technika.

Piszesz własne utwory. Jak to się zaczęło?
Zaczęło się dopiero wtedy, kiedy wyjechałam z Litwy. To ciekawe, bo wcześniej nigdy nie miałam odwagi, żeby tworzyć. Byłam w pewnych ramach – szkoły, akademii, oczekiwań. A w Turcji poczułam wolność. Duże miasto, anonimowość, poczucie, że nikt mnie nie zna i mogę robić, co chcę. Pierwszą piosenkę napisałam właśnie tam. Zawsze lubiłam pisać teksty, bardziej niż muzykę, więc kiedy powstał pierwszy utwór, kolejne przyszły naturalnie.
Moja twórczość jest bardzo różnorodna – łączy wpływy tureckie, litewskie, folkowe, popowe i jazzowe. Nie trzymam się jednego gatunku, bo nadal jestem w drodze poszukiwania. Ale tworzenie daje mi ogromną satysfakcję. Czuję, że zostawiam coś po sobie.
W jakich językach tworzysz i jak odbierają to słuchacze?
Tworzę po litewsku, polsku i angielsku. Najłatwiej jest mi wyrazić się po polsku – to język, w którym czuję największą emocjonalną głębię. Angielski natomiast daje możliwość dotarcia do szerszego grona odbiorców, dlatego często łączę polski z angielskim. Udostępniam swoje utwory na polskich i zagranicznych platformach, więc naturalne jest dla mnie myślenie o tym, jak dotrzeć do różnych słuchaczy.
Najtrudniej jest z językiem litewskim – pod względem zasięgów i możliwości przebicia się. Litewski rynek muzyczny jest mały i bardzo konkurencyjny. Trzeba mieć już wyrobione nazwisko, żeby radio czy media zwróciły uwagę, dlatego angielski daje mi większą swobodę.
Wspominałaś o wyjeździe do Turcji. Co tam studiowałaś?
W Stambule ukończyłam studia magisterskie z zarządzania kulturą. Z czasem poszło to trochę w stronę socjologii – moją pracę magisterską pisałam o polskiej mniejszości i o teatrze jako narzędziu zachowania tożsamości. Mieszkałam tam trzy lata. Poza studiami pracowałam jako aktorka w reklamach i serialach oraz jako modelka. To było dla mnie bardzo dobre doświadczenie – otworzyło mnie na nowe możliwości, nauczyło odwagi i elastyczności.
Rynek muzyczny i artystyczny w Turcji jest ogromny. Trudniej się przebić, ale jeśli już zrobisz pierwszy krok, możliwości są naprawdę duże. To doświadczenie bardzo mnie ukształtowało.

A dzielenie się swoją wiedzą z innymi? Jak czujesz się jako nauczycielka?
Na początku traktowałam to bardziej jako coaching, wspólne spędzanie czasu z muzyką. Z czasem stało się to regularnym nauczaniem. Uczę ludzi w różnym wieku – dzieci, młodzież, dorosłych, także osoby, które traktują śpiew jako formę relaksu. Śpiew może naprawdę wiele wnieść w nasze życie.
Paradoksalnie zaczęłam lepiej śpiewać, kiedy zaczęłam uczyć. Tłumacząc coś innym, sama zyskałam większą świadomość głosu. To doświadczenie daje mi ogromną satysfakcję.
Już 1 czerwca zapraszasz widzów Wileńszczyzny na kolejny swój koncert. Jak powstał program „Oh, miłości, chwilo, życiu…”?
Ten program powstał z utworów, które towarzyszyły mi przez lata – poezji śpiewanej, piosenki aktorskiej, repertuaru Kabaretu Starszych Panów. Zawsze czułam, że to jest moje, ale długo dojrzewałam, żeby to pokazać. W końcu poczułam, że to jest ten moment. Wspólnie z Edgarem Sabilo stworzyliśmy program, który zaprezentowaliśmy m.in. w Wilnie, Rudominie i Trokach. Kilka pokazów odbyło się w ramach festiwalu Idy Teatralne, które organizuje Polski Teatr „Studio” w Wilnie. Publiczność przyjęła go bardzo ciepło, co dało mi ogromną motywację do dalszej pracy.
Występujesz również w teatrze. Jak teatr wpłynął na twoją drogę?
Kiedy uczyłam się w konserwatorium, byłam bardzo zamknięta. Nikt nie wróżył mi sceny. Dopiero na akademii trafiłam na ludzi, którzy mnie otworzyli: prof. Annę Fabrello oraz aktorów Martę i Piotra Jankowskich. To oni powiedzieli mi, że mogę grać. Uwierzyłam im – i od tego momentu uwierzyłam też w siebie.
Masz dwa własne spektakle. Jak powstały?
Pierwszy był monodram o Marilyn Monroe. Miałam wtedy 19 lat i przyszłam z tym pomysłem do Polskiego Teatru „Studio” w Wilnie. Dziś myślę, że chyba bym się nie odważyła, ale wtedy byłam na skrzydłach. Spektakl zmieniał się przez lata – ktoś, kto widział go osiem lat temu i zobaczy dziś, zobaczy zupełnie inną wersję. Będę go grać 13 września w Wilnie.
Drugi spektakl ma formę kabaretową – to gatunek, który bardzo lubię, choć rzadko pojawia się na naszych scenach.
Czy na Litwie da się żyć z muzyki?
Da się. Trzeba tylko świadomie do tego podchodzić, nie zamykać się w jednym kierunku i nie czekać na cud. Trzeba działać w różnych obszarach, szukać własnych dróg i być otwartym na różne formy pracy artystycznej.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 20 (56) 23-29/05/2026







