Brenda Mazur: Katarzyno, co dla Ciebie znaczy wystawa w Wilnie? Skąd pomysł, aby malować wiersze Miłosza?
Katarzyna Karpowicz: Ta wystawa jest dla mnie ogromnym przeżyciem, przede wszystkim dlatego, że poezja Czesława Miłosza towarzyszy mi właściwie przez całe życie. Od dawna marzyłam, aby stworzyć cykl prac inspirowanych jego twórczością i połączyć ją z moim malarstwem.
Chciałam interpretować wiersze, które najbardziej mnie poruszają, jednak przez długi czas odkładałam ten pomysł na później. Moment realizacji przyszedł wraz ze spotkaniami z Piotrem Drobniakiem, który był częstym gościem w mojej pracowni i dużo rozmawialiśmy o mojej przyszłej ekspozycji. I w końcu pojawiła się wspólna idea: stworzyć coś, co łączyłoby się z poezją Miłosza. Bardzo mnie to wciągnęło, wiedziałam, że będzie to coś wyjątkowego – dialog słowa i obrazu. Moje malarstwo od zawsze traktowałam jak formę poezji, a ta konkretna poezja jest mi szczególnie bliska.
Czy miałaś okazję podążać śladami Miłosza po Litwie: Wilnie, Szetejniach, Kiejdanach?
Właśnie dzięki Instytutowi Polskiemu w Wilnie, który w maju zeszłego roku zaprosił mnie do Wilna, miałam okazję odwiedzić Litwę. Z radością skorzystałam z tego zaproszenia. W ciągu kilku bardzo intensywnych dni zostałam oprowadzona po całym mieście, a także mogłam pojechać do Kiejdan i Szetejniach. Dzięki temu mogłam w pełni zanurzyć się w tamtejszym klimacie – zobaczyć kolory, zainspirować się miejscem, poczuć zapachy. Dla mnie jako malarki to niezwykle ważne, to wręcz podstawowa składowa twórczości każdego artysty. Sztuka przecież rodzi się z obserwacji, ze spotkań.
To doświadczenie było dla mnie naprawdę wyjątkowe. W tych miejscach poczułam się jak w domu. Trudno mi do końca wyjaśnić dlaczego. Być może dlatego, że te rejony przypomniały mi o moich korzeniach. Moja rodzina od strony ojca pochodzi ze Szczebrzeszyna ze wschodniej Polski. Tam również obecna jest bliskość natury i przenikanie się wyobraźni z prawdami świata – coś, co odnajduję także w świecie opisanym przez Czesława Miłosza w jego „Dolinie Issy”.

Spotykamy się przy okazji twojej wystawy zatytułowanej „Dar” – inspirowanej jego twórczością. Czym jest dla Ciebie ten tytułowy dar?
Wiersz „Dar” jest dla mnie swoistym ukojeniem i cenną wskazówką na trudne czasy, opowiada o rzadkim momencie czystego, prostego szczęścia i pełnej akceptacji życia. Kiedy się w niego wgłębiamy, możemy na chwilę się zatrzymać, docenić życie i czas, poczuć ulgę – tak bardzo dziś potrzebną w świecie pełnym napięć i niepewności.
Dla mnie tytułowy dar jest w gruncie rzeczy tym, co robię, malowaniem. To coś, co kocham i czemu poświęcam się od 16 lat. Czuję się w tej drodze szczęśliwa, spełniona i ogromnie wdzięczna losowi za ten mój osobisty talent.
Myślę też, że Czesław Miłosz miał swój wyjątkowy dar: możliwość tworzenia tak pięknych, poruszających wierszy.
Jak wygląda proces przekładania słowa na obraz? Co szczególnie poruszyło Cię w jego poezji?
To przede wszystkim obrazy, które pojawiały się w mojej wyobraźni podczas lektury jego wierszy i książek. Zagłębiając się w jego poetyckich światach, niemal zawsze „widziałam” konkretne sceny, jakby gotowe kadry malarskie. Miłosz wydaje mi się jednym z najbardziej malarskich poetów i być może właśnie dlatego stał mi się bratnią duszą. Poruszało mnie to, że operował tematami, które są mi szczególnie bliskie również w malarstwie – historiami o ludziach i o tym, co najbardziej ludzkie. O przemijaniu, które obejmuje wszystkie etapy życia: od dzieciństwa, przez dorastanie, radość, miłość, tęsknotę i utratę, aż po przejście na drugą stronę.
Najbardziej poruszające było dla mnie to, że potrafił dotknąć istoty tej szczególnej melancholii, delikatnej, ale głębokiej, którą i ja staram się uchwycić w swoim malarstwie. To właśnie ten wspólny obszar wrażliwości sprawia, że jego twórczość jest dla mnie tak inspirująca.
Czy podczas pracy nad tą serią kierowałaś się konkretnymi wierszami, czy raczej ogólnym nastrojem?
Zdecydowanie kierowałam się wybranymi wierszami, ale nie tylko, bo obrazy powstawały pod wpływem fragmentów „Doliny Issy” Miłosza. To był bardzo ciekawy proces twórczy. Wybierając konkretne wiersze, musiałam poczuć, że w danym momencie mojego życia konkretny tekst rzeczywiście rezonuje ze mną i może zostać przełożony na mój język malarski. Mam przygotowaną całą listę utworów – każdy obraz odnosi się do innego wiersza.
Jest jednak jeden wyjątek. Powstał obraz, portret wyobrażony, osadzony w dzieciństwie, który nie odnosi się bezpośrednio do żadnego konkretnego utworu. Mimo to wyraźnie wyczuwalna jest w nim atmosfera świata znad Issy.
Twoja sztuka często bywa określana jako poetycka i refleksyjna. Jak sama opisałabyś swój styl malarski? Jakie tematy najczęściej próbujesz uchwycić w swoich obrazach?
Staram się nie definiować swojego stylu. Od tego są historycy sztuki i czas, który z biegiem lat pokaże moją twórczość z odpowiedniej perspektywy. Jestem wciąż w drodze, w procesie rozwoju, więc to nie jest moment na podsumowania. Być może są tacy, którzy próbują ten styl nazywać, ale mam wrażenie, że często są to określenia nie do końca adekwatne. Najbliższe jest mi stwierdzenie, że mój styl nazywa się po prostu Katarzyna Karpowicz [śmiech].
Jeśli chodzi o emocje i tematy, które towarzyszą mi w pracy – najczęściej kieruję swoją uwagę ku człowiekowi i wszystkiemu, co z nim związane. Maluję to, co nazwałabym jako dobre i złe, to, co trudne, ale też to, co piękne i delikatne. Zawsze jednak staram się podążać w stronę światła i patrzeć na człowieka z czułością. Mam świadomość, do czego człowiek jest zdolny, zarówno w wymiarze dobra, jak i zła. I właśnie ta dwoistość ludzkiej natury jest dla mnie jednym z najważniejszych źródeł inspiracji.

Pochodzisz z rodziny o silnych tradycjach malarskich. Czy od zawsze wiedziałaś, że zostaniesz malarką? Czy to było bardziej wsparcie czy może presja? Jak duży wpływ na twoją twórczość miał ojciec i inni członkowie rodziny?
Od najwcześniejszego dzieciństwa wiedziałam, że chcę zostać malarką. Wychowując się w rodzinie artystycznej, miałam możliwość obserwowania tego zawodu od środka. Widziałam, ile pracy i poświęcenia wymaga, z jakimi trudnościami wiąże się ta droga, ale też ile daje radości i satysfakcji.
W mojej rodzinie panowało duże zrozumienie i akceptacja i nikt nikogo nie oceniał za wybór własnej ścieżki. Każdy tworzy w swoim stylu, rozwija się na swój sposób. I nigdy nie wywierano na mnie żadnej presji, rodzice nie namawiali mnie ani mojej siostry Joanny do podjęcia takiej czy innej drogi.
Mój ojciec, Sławomir Karpowicz, był profesorem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Zmarł przedwcześnie, w wieku 49 lat. Miałam okazję poznawać go i obserwować do 16. roku życia – i choć to było niezwykle ważne doświadczenie, czuję, że to właśnie jego późniejsza nieobecność miała na mnie ogromny wpływ.
Z kolei moja mama, Anna Karpowicz-Westner, oraz siostra, obie malarki, są dla mnie najważniejszymi przewodniczkami, zarówno w świecie sztuki, jak i w życiu prywatnym. Bardzo się przyjaźnimy, mimo różnic charakterów, priorytetów czy podejścia do malarstwa. Ogromnie cenię to, że są przy mnie i wiem, że mogłabym na nie liczyć w każdej sytuacji.
Choć każda z nas jest silną osobowością, to bardzo się wspieramy, być może dlatego, że w pewnym momencie zostałyśmy same. Dziś tworzymy coś na kształt „włoskiej rodziny”: pełnej emocji, bliskości i pasji do sztuki. W naszej rodzinie jest zresztą więcej malarzy; gdyby policzyć, było nas ośmioro i każdy z nas idzie swoją własną, indywidualną drogą twórczą.
Wspominałaś, że ważne są dla Ciebie miejsca, w których malujesz. Co sprawia, że dana przestrzeń jest dla Ciebie inspirująca?
Przede wszystkim liczy się dla mnie nastrój miejsca i moja relacja z nim. Warto zauważyć, że gdziekolwiek się znajdujemy, to samo miejsce za każdym razem jest trochę inne, bo my sami się zmieniamy. I to jest dla mnie szczególnie fascynujące. Na bazie tych refleksji stworzyłam kiedyś wystawę „Genius loci”, opowiadającą o mojej podróży przez różne przestrzenie. Przez dwa lata mieszkałam w Budapeszcie, a kolejne dwa w Anglii, w miasteczku Pangbourne, i każde z tych miejsc zostawiło we mnie inny ślad i inaczej wpłynęło na moją wrażliwość.
Szczególnie ważny jest dla mnie Szczebrzeszyn, miasteczko we wschodniej Polsce, z którego pochodzi mój ojciec. Wracam tam regularnie, żeby malować. To miejsce daje mi poczucie zakorzenienia i spokoju.
Uważam, że dla malarza, i w ogóle dla każdego twórcy, niezwykle istotna jest możliwość oderwania się od codziennych schematów i zmiana perspektywy. To właśnie wtedy najłatwiej o świeże spojrzenie i prawdziwą inspirację.
Miałaś zaszczyt malować w dawnej pracowni Olgi Boznańskiej. Jak się pracuje w takim miejscu?
Właściwie wychowałam się w tej pracowni. Od urodzenia do 12. roku życia mieszkaliśmy tam z rodziną. Była to pracownia należąca do Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, którą moi rodzice otrzymali do wynajmu. Przestrzeń była bardzo duża, w jednej części mama i tata malowali, a w drugiej toczyło się nasze codzienne życie. Tam, razem z siostrą, dorastałyśmy.
Dziś mogę powiedzieć, że w pewnym sensie wychował mnie duch Olgi Boznańskiej. Nastrój tego miejsca, światło – to było coś niezwykłego. Kiedy dziś patrzę na obrazy Boznańskiej, odnajduję w nich fragmenty mojego domu z dzieciństwa, przestrzeni, w której spędziłam najbardziej formujące lata życia.
Po śmierci taty pracownia była jeszcze przez jakiś czas w naszej rodzinie. To właśnie tam zaczęłam bardziej świadomie malować; najpierw przygotowując się do liceum plastycznego, tworząc martwe natury, a później także do egzaminów na ASP.
Duch tego miejsca był absolutnie wyjątkowy, trudny do opisania. Bardzo tęsknię za tamtym czasem i za tą przestrzenią. Myśląc o niej, czuję wzruszenie. Ale wiem też, że to już nie wróci, bo to miejsce istniało w konkretnym czasie, z tymi ludźmi, w tamtej rodzinnej rzeczywistości. Dziś jest już inne.

Malujesz w Krakowie i w Szczebrzeszynie. Te miejsca się różnią. Jak się w nich maluje?
Latem maluję w Szczebrzeszynie, zimą w Krakowie. Oczywiście każde z tych miejsc jest inne i w każdym pracuje się zupełnie inaczej. Choć malarstwo pozostaje to samo i malarka ta sama, wyraźnie czuję, jak przestrzeń we mnie rezonuje, jak wpływa na sposób, w jaki „rozgrywam” płótno. Są miejsca, które niejako „prowadzą za rękę”, dają poczucie oparcia i kierunku, a są też takie, które otwierają większą swobodę i przestrzeń do eksperymentu. Bardzo lubię tę różnorodność i to napięcie między różnymi doświadczeniami miejsca, bo ono nieustannie odświeża moje spojrzenie i sposób pracy.
Co dla Ciebie znaczy możliwość pokazania swoich prac w Wilnie?
To jest dla mnie niezwykłe przeżycie. Czuję ogromną wdzięczność, że mogłam stworzyć tę wystawę i odbieram to jako mój największy dar – że pojawiła się taka możliwość, że na swojej drodze spotkałam Piotra Drobniaka, który zaprosił mnie do współpracy i wprowadził w ten projekt. I dzięki niemu oraz Instytutowi Polskiemu w Wilnie udało się znaleźć dla moich prac tak wyjątkowe miejsce, jakim jest Biblioteka Narodowa Litwy. Czuję, że wszystkie te elementy złożyły się w jedną, spójną całość i otworzyły przede mną dalszą drogę, znacznie szerszą, niż mogłam wcześniej przypuszczać, o czym też pisze Piotr w tekście wprowadzającym do wystawy.
Chciałabym, aby każdy, kto odwiedzi tę ekspozycję, znalazł w niej coś bliskiego sobie – obrazy, które poruszą wyobraźnię i wprowadzą w świat poezji Czesława Miłosza. Taki był mój cel – spróbować namalować świat, który nie jest już tylko jego światem, ale stał się także naszym wspólnym.
Chciałabym, aby każdy odwiedzający wystawę otworzył się na sztukę, a patrzący na obraz pomyślał: to jest też mój świat.
Ekspozycja „Dar” prezentowana jest na 5. piętrze (atrium) Biblioteki Narodowej w Wilnie i będzie dostępna dla zwiedzających do 27 maja 2026 r. Kolejna odsłona ekspozycji zostanie zaprezentowana 9 czerwca 2026 r. o godz. 16 w Muzeum Regionalnym w Kiejdanach w ramach Festiwalu Czesława Miłosza. Organizatorami wydarzenia są Instytut Polski w Wilnie, Litewska Biblioteka Narodowa im. Martynasa Mažvydasa oraz Muzeum Regionalne w Kiejdanach.
Jak napisał dr Piotr Drobniak, literaturoznawca, kurator wystawy i dyrektor Instytutu Polskiego w Wilnie: „Historia przygotowywania polsko-litewskiej wystawy Katarzyny Karpowicz to ciąg szczęśliwych zbiegów okoliczności, zaskakujących spotkań i odkryć, nie bez magii (a może przeznaczenia?) w tle. Słowo »dar«, użyte w tytule, też nabrało w kontekście tej wystawy dodatkowych znaczeń. Dla mnie osobiście darem losu okazało się to, że dyplomatyczne ścieżki zawiodły mnie do Wilna, gdzie, mając narzędzia do promowania polskiej kultury, mogłem zorganizować pierwszą na Litwie prezentację twórczości mojej ulubionej i tak wysoko cenionej w kręgach miłośników sztuki malarki”.
Katarzyna Karpowicz
Ur. w 1985 r. w Krakowie. Malarka, absolwentka ASP w Krakowie. Studiowała w pracowniach profesorów Grzegorza Bednarskiego i Leszka Misiaka; dyplom z oceną celującą otrzymała w 2010 r. Uznana za talent młodego pokolenia. W latach 2014–2019 była stale notowana w pierwszej dziesiątce rankingu Kompas Młodej Sztuki – w 2017 i 2018 zdobyła w nim drugie miejsce. Prace Katarzyny Karpowicz znajdują się w kolekcji Muzeum Sztuki Współczesnej w Gdańsku, Muzeum POLIN w Warszawie, w kolekcji Miejskiej Galerii Sztuki w Łodzi oraz wielu kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński”” Nr 16 (45) 25/04-01/05/2026








