Ilona Lewandowska: Jak przyjąłeś wiadomość, że zostałeś laureatem Nagrody im. Macieja Płażyńskiego 2026? Co poczułeś, gdy dowiedziałeś się o wyróżnieniu?
Artur Żak: W gruncie rzeczy skłamałbym, gdybym powiedział, że ta nagroda mnie nie poruszyła. Użyję może takiego kolokwializmu: to po prostu miłe, kiedy ktoś zauważa i docenia czyjąś działalność. Tym bardziej cieszy mnie to, że choć nagroda jest zasadniczo skierowana do dziennikarzy polonijnych, czyli redakcji działających poza granicami kraju na rzecz środowisk polskich, to doceniono nie tylko mój dorobek polonijny. Kapituła zwróciła uwagę również na drugą część mojej pracy: działalność analityczną, badanie rosyjskiej propagandy i szerzej – dezinformacji, zarówno rosyjskiej, białoruskiej, jak i każdej innej.
W uzasadnieniu nagrody przywołano m.in. jeden z moich tekstów dla StopFake – międzynarodowej inicjatywy, która powstała na Ukrainie i działa w wielu krajach. Od kilku lat współtworzę polską redakcję StopFake, pisząc tam jako autor. To właśnie ta wielowątkowość mojej pracy – niezamknięcie się wyłącznie w polonijnej szufladce – cieszy mnie najbardziej.
Uroczystość wręczenia nagród odbyła się 23 maja 2026 r. w Muzeum Emigracji w Gdyni. Dlaczego nie mogłeś odebrać nagrody osobiście?
Nie mogłem przyjechać, bo nie udało mi się na czas załatwić potrzebnych dokumentów. Jestem obywatelem Polski, ale jestem również obywatelem Ukrainy, więc by wyjechać z kraju objętego wojną, potrzebuję zaświadczenia z komisji wojskowej.
Jak pełnoskalowa wojna wpłynęła na codzienną pracę dziennikarzy na Ukrainie? Jakie zmiany najbardziej odczułeś?
Mimo doświadczeń z okresu okupacji Krymu i Donbasu stwierdzam, że pełnoskalowa wojna była czymś zupełnie innym. Pierwszy alarm, 24 lutego 2022 r., sparaliżował mnie na kilkanaście minut, choć wcześniej miałem opracowane algorytmy działania. To był proces, który trwał tygodniami.
Pamiętam przykład amerykańskiej telewizji, która we Lwowie ustawiła kamerę 360 stopni na Wysokim Zamku – bo panorama była piękna. Dla kogoś niezaznajomionego z realiami wojny to logiczne. Problem w tym, że taka kamera mogła służyć przeciwnikowi do koordynacji uderzeń w czasie rzeczywistym.
Uczyli się nie tylko dziennikarze, uczyło się też państwo. Trzeba było wprowadzać przepisy i skutecznie je komunikować. Dobrym rozwiązaniem okazały się akredytacje wojskowe dla dziennikarzy, wydawane przez ukraińskie Ministerstwo Obrony. Pozwalają one pracować na terenie całego kraju, choć w strefach działań bojowych i tak trzeba uzyskać zgodę lokalnych dowódców. I tak czy inaczej, nikomu nie radziłbym poruszać się tam na własną rękę.
Na pewno wzrosła we mnie świadomość odpowiedzialności za informacje, jakie przekazujemy. Taka rzetelność zawsze była dla mnie ważna; to zresztą odróżnia dziennikarzy od liderów opinii czy, mówiąc w uproszczeniu, blogerów. Dziennikarz ponosi odpowiedzialność za każdą informację – musi ją potwierdzić i sprawdzić. Warunki wojenne jeszcze bardziej wymusiły przestrzeganie tych zasad.
Od pierwszych dni pełnoskalowej inwazji obserwowałem, jak dziennikarze – także ci z największych światowych redakcji – uczyli się odpowiedzialnej pracy z informacją. Zrozumieli, że czasem lepiej opublikować coś z opóźnieniem, by nie zaszkodzić. W świecie, który goni za klikami i chwytliwymi nagłówkami, to wymagało pewnego rodzaju oporu.
Ostatnie cztery lata nauczyły mnie również, że walka z dezinformacją zmieniła się. Kiedyś rozkładaliśmy propagandowe komunikaty na czynniki pierwsze. Dziś, przy ogromnym zalewie fałszywych treści, często jest to niewykonalne. Trzeba raczej opisywać mechanizmy i tendencje niż reagować na każde pojedyncze kłamstwo.
W obliczu tak wielu wyzwań – wojny, dezinformacji, presji informacyjnej – czy znajdujesz nadal czas na tworzenie materiałów poświęconych mniejszości polskiej na Ukrainie?
Łączę w swojej pracy różne obszary, bo uważam, że aktywizowanie życia społecznego polskiej mniejszości na Ukrainie jest bardzo ważne. Dziennikarze polonijni – na Ukrainie, Litwie czy Białorusi – są spoiwem tych społeczności. Traktuję tę część działalności jako rodzaj misji.
Nadal współpracuję z „Kurierem Galicyjskim” i Radiem Lwów. Natomiast część analityczna (politologiczna, geopolityczna) to mój wyuczony zawód i naturalne pole zainteresowań. Staram się łączyć oba kierunki: klasyczne dziennikarstwo polonijne i analitykę skierowaną do odbiorców w Polsce, na Białorusi, Ukrainie, w Rosji, a ostatnio także w krajach anglosaskich.
W obecnej sytuacji praca polskich dziennikarzy na Ukrainie nabiera szczególnego znaczenia. Czy wsparcie finansowe z Polski odpowiada tej roli?
Niestety nie. Jeśli chodzi o systemy konkursowe i dofinansowania dla organizacji polskich za granicą – nigdy nie były idealne także w przeszłości. Problemem nie była tylko zbyt mała w stosunku do potrzeb wysokość środków, ale także terminy ich przyznawania. O tym, czy środki na bieżący rok zostały przyznane, dowiadywaliśmy się czasami w połowie roku, a media działalność prowadzą przez cały rok.
Często – jak w przypadku Radia Lwów czy drukowanej prasy – ponoszą nie tylko koszty związane z honorariami autorskimi, ale także koszty druku czy koncesji. W tym roku „Kurier Galicyjski” otrzymał ok. 30 proc. zeszłorocznego budżetu. Radio Lwów nie dostało dotacji na emisję radiową – a każda godzina na antenie ukraińskiego radia kosztuje konkretne pieniądze. Portal radiowy został dofinansowany, za co oczywiście dziękujemy, ale dla wielu odbiorców, zwłaszcza seniorów, jedynym realnym kontaktem z językiem polskim jest analogowe radio. Nie wyobrażam sobie, by nagle mieli przejść na cyfrowe technologie.
Wydaje mi się, że nie jest to kwestia jedynie tego konkursu, ale konsekwencja pewnych założeń, które uważam za nie do końca słuszne. W 2025 r. uchwalono rządową strategię wsparcia Polonii i Polaków za granicą na lata 2026–2030. To obszerny dokument, w którym wiele kierunków jest słusznych, ale kierunek finansowy, mówiąc delikatnie, nie napawa optymizmem. O ile w krajach UE możliwości pozyskiwania środków są większe, o tyle na Ukrainie czy Białorusi praktycznie ich nie ma.
Brak dofinansowania oznacza często likwidację redakcji lub organizacji, które mają za sobą dziesięciolecia pracy. I nie chodzi tu wyłącznie o potrzeby miejscowych Polaków czy kwestie sentymentalne. Państwo polskie zainwestowało w te redakcje ogromne środki, a teraz mam wrażenie, że wylewa się dziecko z kąpielą.
Co więc dalej z „Kurierem Galicyjskim” czy Radiem Lwów? Jak widzisz ich przyszłość?
Myślę, że te redakcje będą próbowały przetrwać, organizując dodatkowe zbiórki, choć to również jest trudne pod względem prawnym. Obawiam się, że część dziennikarzy odejdzie – bo ktoś musi ich utrzymać, a nie każdy może traktować tę działalność jako pracę społeczną.
Ktoś mógłby zapytać, po co Polsce wspieranie zagranicznych redakcji. Odpowiedź jest prosta: to miękka siła, która ma realny wpływ na rzeczywistość. W porównaniu z kosztami efekty są ogromne. „Kurier Galicyjski” to dwutygodnik papierowy w języku polskim, wydawany na Ukrainie; takich tytułów jest bardzo niewiele. Radio Lwów nadaje nie tylko w internecie, lecz także na falach FM w obwodzie lwowskim.
To właśnie ta miękka siła, ta społeczna dyplomacja. Traktowanie jej w sposób tak nieodpowiedzialny jest, moim zdaniem, sprzeczne z interesem Rzeczypospolitej – nawet jeśli ktoś nie kieruje się żadnymi sentymentami.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 21 (59) 30/05-05/06/2026




