Jarosław Tomczyk: W czerwcu minęła setna rocznica urodzin zmarłego w ubiegłym roku Mariana Turskiego. Jako Mosze Turbowicz urodził się w niewielkim Porzeczu w powiecie Druskieniki, ale nie spędził w tych stronach wiele czasu. Miał do nich jakiś szczególny stosunek?
Marek Zając: Życie Mariana związane było przede wszystkim z Łodzią i Warszawą. Porzecze było miejscem jego urodzenia, stamtąd pochodziła rodzina matki. Nieraz zdarzało mu się prostować błędną informację, jakoby na świat przyszedł w Łodzi. We wspomnieniach często wracał do Porzecza, do Druskienik, było to dla niego istotne. Ze względu na swoją biografię i długie życie czuł się strażnikiem pamięci o świecie, który tak brutalnie został zniszczony przez wojenną pożogę. Strażnikiem pamięci nie tylko o Holokauście, ale także o Polsce przedwojennej, w której jego żydowska rodzina mieszkająca w Łodzi utrzymywała żywe kontakty z krewnymi z okolic Druskienik. Tam się urodził, bo żydowska tradycja nakazywała, by kobieta rodziła – zwłaszcza pierwsze dziecko – w domu swoich rodziców.
Tak się składa, że rozmawiamy przy okazji kolejnej, 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Brała w nim udział Halina Paszkowska, czyli „Lusia”, późniejsza żona Turskiego.
To jest niesamowita historia. Halina Paszkowska także była Żydówką, w czasie okupacji ukrywała się w Warszawie po aryjskiej stronie. W pierwszych dniach walki dołączyła do oddziału „Rafałków”, który jest jedną z wielkich legend Powstania Warszawskiego. Był to elitarny pluton szturmowy, który na hełmach miał wymalowane duże białe orły. Jego żołnierze nosili również żółte emblematy z trupią czaszką, typowe dla oddziałów saperskich. Zachowało się zbiorowe zdjęcie „Rafałków” z młodą, śliczną dziewczyną pośrodku – to właśnie Halina Paszkowska. Nazwa oddziału pochodziła od jego dowódcy Jana Potulickiego, noszącego pseudonim „Rafał”.
2 sierpnia 1944 r. pluton zgromadził się na podwórku, przy którym mieszkała Halina. Akurat był tam pewien malarz, przyjaciel jej siostry, który zaproponował, by zeszli i zobaczyli, co się dzieje. Tak spotkali powstańców malujących swoje hełmy. Z kolei ci na wieść, że trafili na malarza, powierzyli mu to zadanie. Halina ochotniczo dołączyła do „Rafałków”, była łączniczką i sanitariuszką. To był oddział elitarny, niewielki, rzucany do najtrudniejszych akcji. Grupa ludzi nieustraszonych, takich powstańczych Kmiciców. Także „Lusia” we wspomnieniach z tamtego czasu występuje jako kobieta absolutnie nieustraszona.
W tym czasie Turski znajduje się w łódzkim getcie, z którego wkrótce trafi do Auschwitz, potem cudem przeżyje dwa marsze śmierci i ocaleje. W tym getcie, jako nastolatek, doświadcza prawdziwej, ideowej komuny.
Jego losy pokazują, jak historia bywa straszna, jak jest skomplikowana i jak bywa zwieńczona happy endem. Zwrócę uwagę na ten środkowy element. Młody człowiek w getcie styka się z komunizmem. Nie ze zbrodniczym systemem, z jakim my go kojarzymy, tylko z ideowcami w najlepszym sensie tego słowa.
W naszych uszach to brzmi paradoksalnie, ale Marian w getcie, w podziemnej organizacji „Lewica Związkowa”, uczy się… solidarności. Panuje straszliwy głód, a ci młodzi komuniści regularnie oddają część swoich głodowych porcji, żeby dzielić się ze słabszymi, chorymi, z ludźmi na krawędzi śmierci. Stąd jego późniejsza wiara w to, że komunizm jest właściwą drogą do budowy nowego, lepszego świata.
Ale to, co mnie zawsze w Marianie ujmowało, a czego często nie dostrzegają jego krytycy, to fakt, że on z perspektywy lat podkreślał: moje wsparcie dla komunizmu po wojnie nie było wolne także od ślepoty, a nawet oportunizmu. W wielu publicznych wypowiedziach wskazywał, że jego motywacje były skomplikowane. Nie chciał się wybielać, starał się patrzeć na samego siebie krytycznie. Opowiadał także o swoim przebudzeniu, otwieraniu oczu – chociaż przez cale życie pozostał człowiekiem lewicy, miał lewicową wrażliwość i to się nie zmieniło.
Kiedy zaczął dostrzegać zło systemu komunistycznego?
Trudno wskazać palcem konkretny dzień, to był proces. Pierwsze rysy pojawiają się już na przełomie lat 40. i 50. W systemie stalinowskim na pewne rzeczy już nie dało się przymykać oczu. Mijały kolejne lata od wojny, a reżim wciąż stosował przemoc, cenzura wiązała ręce i zamykała usta.
Młody dziennikarz i redaktor Marian Turski sam doświadcza tego, że nie wolno pisać np. o pewnych odśrodkowych ruchach reformatorskich w ramach samego systemu. W okresie odwilży roku 1956 sytuuje się już blisko partyjnych reformatorów. Jeszcze przez krótki czas jest wicenaczelnym „Sztandaru Młodych”, kiedy jednak po październikowej euforii okazuje się, że nie będzie radykalnych zmian, a władza znowu zaczyna przykręcać śrubę – zostaje zdymisjonowany jako element krnąbrny i niepewny. Wtedy trafia do tygodnika „Polityka”, który oczywiście także jest częścią systemu, ale tą intelektualną i reformatorską.
No i tu siłą rzeczy nasuwa się pytanie, jak tworzy związek z żoną, która jest przecież po drugiej stronie barykady?
Historia, jak wspomniałem, bywa skomplikowana. Halinę i Mariana łączyły miłość i szacunek do ostatnich chwil jej życia. Halina Paszkowska była znakomitym operatorem dźwięku, pracowała przy produkcjach filmowych, m.in. przy słynnym „Nożu w wodzie” Romana Polańskiego. W 1980 r. pojechała wspierać stoczniowców w Gdańsku, widać ją na zdjęciach z protestów, blisko Lecha Wałęsy, jak nagrywa jego przemówienie.
W tym samym czasie jej mąż był redaktorem „Polityki” – powtórzmy: tygodnika liberalnego, ale w ramach systemu PRL. I ci ludzie żyli pod jednym dachem, kochali się i każde miało poczucie, że jest wierne swojemu sumieniu. Piękna historia. Oboje żyli długo, acz Marian przeżył żonę o osiem lat.

Przesłaniem Turskiego było łączenie ludzi, a jak na ironię jego osoba wielu dzieli. Dlaczego?
To jest przejaw choroby toczącej nasze społeczeństwo, zaczadzającej umysły, każącej walczyć ze sobą na śmierć i życie na wszystkich możliwych polach. Także na polu autorytetów i pamięci. To nie tak, że Marian Turski musi być dla każdego, tak jak dla mnie, autorytetem niekwestionowanym albo postacią pomnikową. Ale ze względu na swoje osiągnięcia i życiową drogę, nawet nieraz krętą i prowadzącą przez manowce, zasługuje na minimum szacunku. Marian miał przecież do powiedzenia coś ważnego nam wszystkim.
Myślę, że ostrzeżenie: „Auschwitz nie spadło z nieba”, każdy z nas powinien przemyśleć i spróbować przełożyć na swoją codzienną praktykę. Te słowa zresztą Marian usłyszał od prezydenta Austrii, a potem przywołał na uroczystościach 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz. Ale nigdy nie zwróciłby na nie uwagi, a wobec świata nie nadałby im takiego ciężaru i globalnego echa – gdyby sam nie przeszedł przez takie, a nie inne życie, i gdyby nie wyciągnął z tego życia takich, a nie innych wniosków.
Między innymi tego, że trzeba pamiętać, ale nie wolno być pamiętliwym.
Często chcielibyśmy mieć autorytety w stu procentach idealne, bez skazy. To jest niemożliwe. Jeżeli każdy z nas uczciwie spojrzy na własne życie, to zobaczy, że mamy gorsze epizody, być może i takie, których powinniśmy się wstydzić. Błędy, porażki znajdziemy także w biografiach wielkich ludzi, choćby marszałka Józefa Piłsudskiego. Ale czy to znaczy, że jego pomniki powinny być obalone? Absolutnie nie. Przecież stawiając Marszałka na cokole, nie czcimy antydemokratycznych represji w Polsce sanacyjnej, tylko człowieka, który z dobrą wolą wszystko poświęcił Polsce i jest jednym z ojców naszej niepodległości. Człowieka, który wielokrotnie wszystko rzucał na szalę, byśmy my, Polacy żyli w wolności.
Tak jest z życiem i historią. Marian Turski często zwracał na to uwagę. Słowa, które pan przywołał, a które wiele razy słyszałem z jego ust, są najczęściej przywoływanymi z mojej książki w recenzjach, opiniach czy komentarzach. Zastanawiałem się, dlaczego akurat one tak bardzo dzisiaj rezonują. I myślę, że są odpowiedzią na bolączkę naszych czasów. Można je czytać na bardzo różnych poziomach. Osobistym, konfliktów rodzinnych, waśni między przyjaciółmi, ale też na poziomie relacji między narodami.
Rozmawiamy dla „Kuriera Wileńskiego” i proszę spojrzeć, ileż na Wileńszczyźnie było dobrego sąsiedztwa, a zarazem – ile trudnych spraw w relacjach między sąsiadami. Nie chodzi o to, by zmuszać się do amnezji, zapomnieć. Trzeba wyciągnąć lekcję, zachować pamięć i cześć dla ofiar, nie wolno zakłamywać historii. Ale jednocześnie pamięć nie powinna stać się klatką, w której człowiek zamyka się w swoim bólu i resentymencie. A my często się zapiekamy, nosimy w sobie cierpienie, a te słowa są ostrzeżeniem: jeżeli całe życie poświęcisz na rozpamiętywanie przeszłości, to nie osiągniesz niczego poza jeszcze większym bólem.
Turski cudem ocalał z wojny, doświadczył niebywałych okrucieństw, a jednak zachował pogodę ducha. Portretuje go Pan jako człowieka o dużym poczuciu humoru, zdystansowanego do siebie i świata.
Jako sekretarz Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej od 20 lat mam tę błogosławioną okazję być blisko byłych więźniów Auschwitz. Spotykałem wśród nich osoby zupełnie niesamowite, które mimo tego piekielnego doświadczenia nie popadły w zgorzknienie i traumę, choć miały do tego święte prawo. Do kategorii ludzi, którzy z tego dotknięcia jądra ciemności czerpali jakąś życiową mądrość, należał Marian Turski. Jednocześnie to doświadczenie mobilizowało go do życia aktywnego, radosnego, do tego, by nie marnować żadnego dnia. Był głodny kontaktu z ludźmi i poznawania świata.
Rezultatem tego było także mądre, serdeczne poczucie humoru. Jest zresztą taki rodzaj humoru, do którego prawo mają tylko byli więźniowie. W ustach każdego innego byłoby to niesmaczne i żenujące. Jako przykład przywołam anegdotę. W 60. rocznicę wyzwolenia Auschwitz obchody odbywały się w Brzezince pod gołym niebem. Było kilkanaście stopni mrozu, wiał lodowaty wiatr, a wszystko się opóźniało, bo czekano na Władimira Putina.
Obok siebie siedzieli trzej byli więźniowie i przyjaciele: Władysław Bartoszewski, Israel Gutman – wybitny historyk Holokaustu, i Marian Turski. W pewnym momencie przemarznięty do szpiku kości Gutman mówi do Bartoszewskiego: „A jednak, Władku, umrzemy w Birkenau”. Na co Bartoszewski odpowiada: „Wiesz, Israel, nic się na tym świecie nie zmienia. W 1945 r. czekali na Ruskich i my czekamy na Ruskich”. Cóż, na taki humor tylko oni mogli sobie pozwolić. Oni, którzy doświadczyli piekła na ziemi.
W 2025 r., na 80. rocznicę wyzwolenia obozu, Turski przyjechał już bardzo chory, wkrótce potem zmarł…
Aż westchnąłem, bo byłem tego naocznym świadkiem. Nawet teraz trudno mi o tym mówić bez wzruszenia. Do jesieni 2024 r. Marian Turski jak na człowieka dobiegającego stu lat trzymał się fantastycznie. Ale wtedy zaczęła się błyskawicznie rozwijać śmiertelna choroba.
Wiele bliskich mu osób powtarzało potem, że przy życiu trzymała go tylko potrzeba, by raz jeszcze zwrócić się do świata z ważnym przesłaniem w Auschwitz. Miał świadomość, że to coś nieporównywalnego z niczym. Nie chodzi nawet o obecność kilkudziesięciu monarchów czy prezydentów, nie licząc już premierów i ministrów. Oglądalność tego wydarzenia na świecie to szacunkowo nawet 750 mln ludzi! Na dodatek świat słucha wtedy bardzo uważnie, ze względu na atmosferę, naturalny klimat refleksji głębszej niż polityczna bieżączka. Marian bardzo chciał raz jeszcze przemówić.
Uroczystości były w poniedziałek, w niedzielę organizowaliśmy jego przejazd z Warszawy. Wieczorem od jednej z osób, które mu towarzyszyły, usłyszałem, że wątpi, czy Marian da radę. Można zobaczyć na kanale YouTube, jak podczas obchodów, zaproszony do zabrania głosu, ma kłopot ze wstaniem. Ale z kolejnymi krokami w kierunku mównicy jakby wstępowała w niego jakaś siła. Człowiek dosłownie umierający wygłosił długie przemówienie, do kartki sięgając od czasu do czasu. Ale jeszcze bardziej przejmująca była treść. Zastanawiałem się, co powie.
Kilka tygodni wcześniej, gdy go odwiedziłem, to przemówienie miał już gotowe, ale nie zdradził mi jego treści. Pamiętałem, jak pięć lat wcześniej ostrzegał, że Auschwitz nie spadło z nieba i że nie wolno być obojętnym. Ale to, co działo się na świecie przez te pięć lat, jakby zaprzeczało jego apelowi. Było coraz gorzej – wojny, wstrząsane kryzysami demokracje, sukcesy populistów… Wszystko szło w odwrotnym kierunku.
I po tym wszystkim – rzecz niesamowita – główne przesłanie Mariana Turskiego w 80. rocznicę brzmiało: „Nie bać się wcale!”. Przekonywał, że może nam się wydawać, że zło triumfuje, ale ono nie zwycięży, dopóki ludzie dobrej woli nie załamią rak, nie poddadzą się poczuciu bezsiły, nie skapitulują. Dopóki nie damy się sparaliżować strachowi i beznadziei. To było coś niesamowitego.
Przypomniałem sobie wtedy przemówienie inaugurujące pontyfikat Jana Pawła II w 1978 r., gdy nikt przecież nie wierzył, że komunizm upadnie, bo trzymał żelazną ręką pół Europy i kawał Azji, a papież mówił: „Nie lękajcie się”. I może właśnie to przesłanie jest panaceum na trudne czasy. Sądzimy, że wszystko się wali i pali, że nie ma już drogi odwrotu znad przepaści, a dobro musi przegrać. Ale wtedy trzeba odrzucić strach i robić to, co jest na miarę naszych możliwości, a unikniemy katastrofy, a nawet może będą działy się cuda.

Marek Zając
(ur. 1979) dziennikarz i publicysta specjalizujący się w tematyce religijnej i społecznej, wicedyrektor Biura Programowego TVP. Sekretarz Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej, przewodniczący Rady Fundacji Auschwitz-Birkenau. W „Tygodniku Powszechnym” był kierownikiem działu religijnego. W Telewizji Polskiej prowadził programy: „Między ziemią a niebem”, „Smak tradycji” czy „Spór o historię”. Jest autorem kilku książek, m.in. „Pędzę jak dziki tapir”, w której w anegdotach opowiada niezwykłą historię życia Władysława Bartoszewskiego. Jest również autorem publikacji poświęconych prymasowi Stefanowi Wyszyńskiemu. W maju ukazała się jego najnowsza pozycja „Nieobojętny. 100 portretów Mariana Turskiego”.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 30 (86) 01-07/08/2026







