Między domem a sportem. Nowy rozdział, który wcale nie zamknął starego

Przez lata Katarzyna Sosna należała do ścisłej czołówki światowego kolarstwa górskiego, odnosząc sukcesy na najważniejszych trasach Europy i świata.

Czytaj również...

Po latach intensywnej rywalizacji wróciła na Litwę, by odnaleźć spokój, poczuć bliskość rodziny i być może trenować nowy narybek przyszłych kolarzy. Ale życie, jak to bywa, potrafi pisać własne scenariusze. Bo choć jeden etap dobiegł końca, sport wcale nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Trzy lata temu rozmawiałyśmy o końcu pewnego etapu. Dziś spotykamy się, gdy jej życie napisało już nowy rozdział.

Brenda Mazur: Kasiu, po 15 latach spędzonych we Włoszech, jako liderka rankingu Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI) w kategorii maratonu cross-country (XCM) na rowerach górskich (MTB), zdecydowałaś się zakończyć zawodową karierę i wrócić na Litwę. Czy nie żałujesz tego kroku?

Katarzyna Sosna: Ani przez chwilę nie żałowałam tej decyzji. Ona nie przyszła nagle, wręcz odwrotnie, dojrzewała we mnie przez długi czas i ostatecznie zapadła w 2023 r. Myślę, że w życiu wszystko ma swój czas: początek, rozwój i moment, kiedy trzeba odpocząć, zastanowić się, uporządkować sprawy wokół siebie. Przez lata żyłam na najwyższych obrotach, podporządkowując życie treningom, startom, będąc z dala od rodziny. To była piękna droga, ale jednocześnie bardzo wymagająca.

Z czasem coraz mocniej czułam, że życie we Włoszech zaczęło mnie męczyć. Fizycznie byłam tam, ale sercem coraz częściej wracałam do Wilna. Oczywiście, Włochy dały mi bardzo wiele, nie tylko sportowo. To tam dorastałam, tam nauczyłam się samodzielności, wytrwałości i pokory. Przeżyłam też mnóstwo niezapomnianych chwil, tych najpiękniejszych po zwycięstwach, ale też i tych bolesnych po porażkach.

Jednak z biegiem lat coraz bardziej brakowało mi domu. Zwyczajnych rzeczy – rodzinnych spotkań, wspólnych rozmów, obecności bliskich. Jestem najmłodsza w rodzinie, moi rodzice są już starsi i coraz wyraźniej czułam, jak cenny jest czas spędzony razem. W pewnym momencie zrozumiałam, że są rzeczy ważniejsze niż kolejne starty czy medale.

Decyzja o powrocie na Litwę była przemyślana i podjęta wspólnie z Dominikiem, wtedy jeszcze moim chłopakiem, dziś mężem. Powrót dał mi to, za czym tęskniłam – spokój i bliskość rodziny. Ale bardzo szybko zrozumiałam też, że sportu nie da się tak po prostu zamknąć i zostawić za sobą. To jest część mnie. Nawet kiedy chciałam zwolnić, ta pasja cały czas we mnie była. I chyba właśnie dlatego w 2025 r. znów wróciłam do współpracy z włoską drużyną. W trochę innej roli, z innym podejściem, ale z tym samym sercem do rowerów.

Dziś wiem, że można łączyć jedno z drugim, życie rodzinne, pracę z młodymi sportowcami i własną sportową pasję. I może właśnie na tym polega dojrzałość – żeby już niczego nie wybierać kosztem siebie.

Co najbardziej zmieniło się w twoim życiu po o powrocie na Litwę? Czy miałaś moment kryzysu tożsamości? Czy zastanawiałaś się, kim ja właściwie jestem bez wyścigów?

Początek był naprawdę trudny. Po tylu latach spędzonych w sporcie nagle znalazłam się w zupełnie nowej rzeczywistości. W zawodowym sporcie wszystko jest podporządkowane jednemu celowi – masz plan, wsparcie, strukturę, wiesz, dokąd zmierzasz. Wszystko jest poukładane tak, byś mogła osiągać jak najlepsze wyniki. I, nie ukrywajmy, w sporcie jesteś kimś – ludzie cię znają, śledzą, kibicują. Sport też, mimo trudów, rozpieszcza.

A potem wracasz do zwykłego życia i nagle okazuje się, że jesteś po prostu jedną z wielu. Dla tych, którzy znają twoją historię, nadal jesteś sportowcem z osiągnięciami, ale dla reszty jesteś zwyczajną osobą. To było dla mnie zderzenie z nową rzeczywistością i musiałam nauczyć się w niej odnaleźć.

Wróciłam na Litwę pod koniec października 2023 r., zaraz po sezonie kolarskim, i praktycznie bez chwili oddechu już na początku listopada zaczęłam pracę w szkole jako nauczycielka wychowania fizycznego. Do tego doszła praca w szkółce rowerowej. Miałam tam zastąpić trenerkę, która akurat przechodziła na urlop macierzyński. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Czy byłam na to gotowa? Szczerze mówiąc – chyba nie. Dopiero wtedy zrozumiałam, jak wielka to zmiana. Jeszcze chwilę wcześniej byłam odpowiedzialna głównie za siebie, swoje przygotowania i wyniki. A nagle zaczęłam odpowiadać za 24 dzieci na lekcji wychowania fizycznego, a po południu prowadziłam kolejne treningi. Miałam wrażenie, jakby ktoś wrzucił mnie prosto do garnka z gorącą wodą, bez czasu na oswojenie się z nowym tempem życia.

Po dwóch miesiącach pracy zrozumiałam, że muszę trochę zwolnić i wybrać to, co daje mi najwięcej satysfakcji. Zdecydowałam, że zostanę tylko trenerką. Bardzo lubiłam i lubię nadal tę pracę – obserwować radość dzieci, bo trafiają tu te zakochane w rowerach. Lubię patrzeć, jak się rozwijają, odkrywają swoją pasję i stawiają pierwsze kroki być może do profesjonalnego sportu. Przypominają mi się wówczas moje treningi pod okiem wybitnego trenera Gediminasa Kastanauskasa.

Sosna-2026-07-25-2-PORTAL
Przez lata żyłam na najwyższych obrotach, podporządkowując życie treningom, startom | Fot. archiwum prywatne

Ty sama weszłaś już w rolę trenerki. Jakie dzieci trafiają do grupy? Te bardziej ambitne sportowo czy po prostu zakochane w rowerach?

Przede wszystkim trafiają tam dzieci zakochane w rowerach. I bardzo się z tego cieszę, bo wierzę, że właśnie od pasji wszystko się zaczyna. Ambicja sportowa może przyjść później. Mam świadomość, że od mojego podejścia, sposobu prowadzenia treningów i motywowania w dużej mierze zależy, czy z czasem będą chciały sięgać po więcej.

Oczywiście zdarzają się dzieci, które od początku marzą o rywalizacji i osiąganiu wyników, ale większość przychodzi po prostu dlatego, że lubi jeździć. I to jest piękne. Nie chciałabym, żeby rower od razu kojarzył im się tylko z medalami i presją.

Rower daje znacznie więcej niż sport. Uczy samodzielności, odpowiedzialności i dyscypliny, ale jednocześnie daje ogromne poczucie wolności. To możliwość spędzania czasu na świeżym powietrzu, oderwania się od telefonów i ekranów, nauka dbania o własne bezpieczeństwo, współpracy z grupą i wzajemnej pomocy. Dzięki rowerowi dzieci poznają nowych ludzi, odkrywają piękne miejsca, a czasem mają okazję zobaczyć także inne kraje. To naprawdę świetna szkoła życia. A jeśli z tej dziecięcej fascynacji zrodzi się prawdziwa sportowa pasja, wtedy rower staje się czymś więcej. Staje się drogą do przeżywania niezwykłych emocji, pokonywania własnych słabości i odkrywania, że granice często istnieją tylko w naszej głowie. I właśnie wtedy zaczyna się piękna sportowa przygoda.

Sosna-2026-07-25-3-PORTAL
Życie w ciągłych podróżach bywa męczące. Ale potem, gdy trzeba jechać na zgrupowania, gdy nadchodzi dzień zawodów, pojawia się adrenalina | Fot. archiwum prywatne

Obecnie jesteś Katarzyną Sosną-Pinelė. Zmieniło się twoje życie osobiste – wyszłaś za mąż za człowieka, który znał Cię jeszcze jako zawodniczkę. Jakie zmiany wniosła w wasze życie przysięga małżeńska?

Właściwie dla nas niewiele się zmieniło. Chcieliśmy po prostu być razem, nie tylko jako przyjaciele na trasie, ale stworzyć też rodzinę. 14 września 2024 r. wzięliśmy ślub w Kościele św. Piotra i Pawła w Wilnie. Dziś jesteśmy w związku małżeńskim, ale dalej obydwoje tkwimy w tym co kochamy – w sporcie, gdyż obydwoje jesteśmy ze sportowego świata.

Dominik jest wysokiej klasy mechanikiem rowerowym i dalej majstruje przy rowerach. Gdy podjęłam pracę trenera w drużynie rowerowej w Wilnie, to i tu otoczył sprzęt fachową opieką – tak samo jak przedtem drużynę, z którą jeździłam na zawody. Dla mnie był nie tylko mechanikiem, ale moim prywatnie bliskim, wspierającym. On znał mnie od tej sportowej strony najlepiej, widział moje wzloty, ale też zmęczenie, którego nie zawsze było widać na zewnątrz. Był obok mnie przez wiele lat, wspierał mnie na zawodach, przeżywał ze mną każdy sukces i każdą porażkę.

Czy łatwo jest budować rodzinę, kiedy sport nadal zajmuje tyle miejsca?

Myślę, że tak. Jest łatwiej, kiedy osoba obok ciebie jest ściśle powiązana z tym, co robisz. Rozumie, że aby osiągnąć sukces, czy to jako zawodnik, czy też jako trener, wymaga to wielu wyrzeczeń. Praca wiąże się z wielogodzinnymi treningami, wyjazdami na zawody, zmaganiami z psychiką. We wszystkim odczuwam duże wsparcie od mego męża.

A czy twój sport naprawdę się skończył? Bo wygląda na to, że jednak nie.

Tak też mi się wydawało w 2024 r. [śmiech]. Byłam przekonana, że zamknęłam ten rozdział. Chciałam odpocząć, pobyć z rodziną i odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Ale ze sportem nie da się tak łatwo rozstać. Przez cały ten czas utrzymywałam kontakt z moją włoską drużyną. Jej menedżer, Sandro Lazzarin, nie dawał za wygraną i regularnie powtarzał, że przede mną są jeszcze kolejne zwycięstwa. Zna mnie od lat i doskonale wiedział, że roweru nigdy nie odstawię na dobre. Rozumiał, że jestem psychicznie zmęczona ciągłym ściganiem, ale jednocześnie wierzył, że fizycznie nadal mam w sobie ogromny potencjał. I chyba miał rację.

Rok 2024 był dla mnie przede wszystkim czasem oddechu. Potrzebowałam go, żeby odzyskać wewnętrzną równowagę. Ogromnie pomogła mi bliskość rodziny i przyjaciół, praca z dziećmi oraz życie bez nieustannej presji wyniku. To był również wyjątkowy rok w życiu prywatnym – poślubiłam Dominika, z którym od lat dzielę nie tylko życie, ale i rowerową pasję.

Kiedy odzyskałam spokój, wróciła też tęsknota za ściganiem. W 2025 r. podpisałam nowy kontrakt z moją dotychczasową drużyną, która występuje teraz pod nazwą Torpado Kenda FSA. I tak znów znalazłam się na starcie. Ścigam się dalej po górach, a od 2026 r. również na szutrze (ang. gravel).

Czyli sportowa emerytura okazała się tylko symbolicznym zakończeniem?

Chyba właśnie tak [śmiech]. Ostatecznie sport znów zwyciężył. Intensywne treningi, rywalizacja, wysiłek i emocje to wciąż mój żywioł. Kiedy stoję na linii startu, czuję, że naprawdę żyję.

Dziś jest jednak jedna zasadnicza różnica. Nie mieszkam już na stałe we Włoszech. Coraz częściej wracam do Wilna, żeby pobyć z rodzicami i nacieszyć się domem, a kiedy tylko mam wolną chwilę, zaglądam do szkółki rowerowej, spotykam się z dziećmi i wspieram trenerkę podczas zajęć. To daje mi ogromną satysfakcję.

Oczywiście życie w ciągłych podróżach bywa męczące. Ale potem, gdy trzeba jechać na zgrupowania, gdy nadchodzi dzień zawodów, pojawia się adrenalina i ten dobrze znany dreszcz przed startem. I wtedy wiem, że rower nadal jest częścią mnie. Chyba już zawsze będzie.

Wróciłaś na trasy i już rok 2026 zaczął się dla Ciebie samymi sukcesami.

Rok 2025 był dość trudny dla mnie, gdyż pracowałam intensywnie nad formą. W marcu 2026 r. wystartowałam w prestiżowych wyścigach rowerów górskich Cape Epic, zajmując trzecie miejsce. Zawody odbyły się w Republice Południowej Afryki. Podczas trwających osiem dni wyścigów trzeba było pokonać trasę o długości 545 km z przewyższeniem 13,25 km. Można powiedzieć, że są to zawody o przetrwanie, taki rajd Dakar dla rowerów, tylko że trudniejszy. Wielu zawodników nie ukończyło wyścigu, wycofując się, część nie mogła kontynuować wyścigu z powodu wirusów żołądka. Ponadto podczas zawodów nie można liczyć na pomoc mechaników – rowery naprawiamy sami. Wiele rzeczy wozimy na rowerze: najróżniejsze klucze i inne akcesoria na wypadek, gdyby trzeba było „załatać dziurkę powstałą po szpilce” (śmiech).

Stanęłam na podium z wielką satysfakcją. Trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej to również wyjątkowe osiągnięcie dla całej drużyny Torpado Kenda FSA. Po raz pierwszy w historii zespołu znalazłam się wśród medalistek zawodów tej rangi.

W maju tego roku wystartowałam w elitarnym wyścigu 4Islands Epic, zajmując pierwsze miejsce. Trasa obejmowała około 300 km trudnych technicznie, ale niezmiernie widokowych tras po chorwackich wyspach. W 4Islands Epic startują drużyny z całego świata, a sukces zdobyty na tych wyspach przyznaje prestiżowy tytuł Epic Legend. Zdobyłyśmy ten tytuł z Giorgią Marchet, również zawodniczką Torpedo Kenda, wygrywając wszystkie etapy.

Nie mogę też nie wspomnieć o Mistrzostwach Litwy MTB XCM. To wydarzenie rowerowe odbyło się w Tapelach (lit. Tapeliai) 17 maja 2026 r. Ukończyłam wyścig w czasie 3 godziny 46 minut 8 sekund, zdobywając pierwszą nagrodę.

Ostatnio brałam udział w zawodach Andorra Epic, organizowanych w wysokich partiach Pirenejów w Księstwie Andory. Wydarzenie to słynie z bardzo wymagających tras ze względu na jazdę w trudnym, wysokogórskim terenie. Pokonujemy tam setki kilometrów, często przekraczając pułap 2000–2500 m n.p.m. mierząc się z tysiącami metrów przewyższeń na stromych podjazdach i wymagających zjazdach. Wyścigi Andorra Epic nie zaczęły się najlepiej dla mnie. Przetarłam oponę i nie udało mi się jej naprawić, więc przejechałam 15 km na samej feldze – była to strata czasowa nie do odrobienia. Gdyby nie ta „przygoda”, mogłybyśmy z Giorgią Marchet Andorrę wygrać.

Sosna-2026-07-25-4-PORTAL
Łapię teraz trochę odpoczynku w Wilnie, ale już w sierpniu mamy start w Gravel Weekend na Łotwie | Fot. archiwum prywatne

Jakie masz jeszcze plany w tym sezonie?

Przede mną jeszcze Mistrzostwa Europy maratonu MTB Tamales de la Victoria w Hiszpanii. Potem trochę odpoczynku w Wilnie, ale już w sierpniu mamy start w Gravel Weekend na Łotwie. W tym roku jeszcze z Series Epic, mamy wziąć udział w wyścigu w szwajcarskim Swiss Epic i planowana jest Afryka Południowa, czyli Wines2Whales. Zawody Epic Series odbywają się zawsze w parach, a moją partnerką jest Giorgia Marchet, włoska zawodniczka z naszej drużyny.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 29 (83) 25-31/07/2026

Afisze

Więcej od autora