Ilona Lewandowska: Zacznijmy od tego, co chyba najbardziej zakorzeniło się w polskiej świadomości – od określenia „cud nad Wisłą”. Skąd właściwie wziął się ten termin?
Tomasz Roguski: To z jednej strony sprawa skomplikowana, a z drugiej – bardzo prosta. Bitwa Warszawska rozegrała się w czasie święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, które w Polsce od dawna miało ogromne znaczenie i było silnie związane z religijnością. Poza tym o zwycięstwo gorąco się modlono. Dla Polski, która dopiero umacniała swoją niepodległość, te sierpniowe dni rzeczywiście stanowiły być albo nie być. O odparcie bolszewickiego najazdu modlono się nie tylko w kościołach, lecz także w wielu domach. Modlitwa w dramatycznym momencie oraz zwycięstwo przypadające na święto Matki Bożej, której Polacy od dawna przypisywali szczególne wstawiennictwo, stworzyły naturalne warunki do nadania zwycięstwu wymiaru religijnego.
Do tego dochodzi siła symboli, a jednym z najsilniejszych stała się postać ks. Ignacego Skorupki, który udzielał ostatniego namaszczenia rannym i umierającym żołnierzom, a sam zginął podczas walk. Jego śmierć miała ogromną siłę symboliczną – przedstawiała wojnę jako wspólną walkę całego narodu, w której uczestniczyli również duchowni i wierni.
Nie możemy też zapominać, że przeciwnikiem byli bolszewicy, postrzegani jako siła wroga Kościołowi i religii. Symbolika religijna wzmacniała więc morale i poczucie wspólnoty. Szczególne znaczenie miał 15 sierpnia, czyli święto maryjne. Modlitwy za ojczyznę i dziękczynienie za zwycięstwo sprawiły, że wydarzenie historyczne bardzo mocno połączyło się z kalendarzem religijnym. Właśnie taki obraz widzimy m.in. na obrazie Jerzego Kossaka.
Ale jest też druga strona – polityczna. Określenie „cud” pojawiło się jeszcze przed samą bitwą, w kontekście politycznym. 14 sierpnia 1920 r. w dzienniku „Rzeczpospolita” ukazał się artykuł Stanisława Strońskiego zatytułowany „O cud Wisły”. Autor był politykiem i publicystą związanym z ruchem narodowym. Publikacja nawiązywała do francuskiego określenia „cud nad Marną”, odnoszącego się do bitwy, która w 1914 r. powstrzymała marsz wojsk niemieckich na zachód.
W Polsce termin ten został podchwycony przede wszystkim przez środowiska narodowe. Podkreślano, że działania Piłsudskiego jako głównodowodzącego nie powinny być przedstawiane jako jedyna przyczyna zwycięstwa. Z czasem coraz mocniej pojawiała się interpretacja, że zwycięstwo było łaską Bożą i wiązało się z opieką Matki Boskiej.
Czyli mit „cudu nad Wisłą” od początku miał również wymiar polityczny?
Zdecydowanie. Po bitwie hasło nabrało jeszcze większego znaczenia. Polska scena polityczna była bardzo podzielona, a część środowisk politycznych nie chciała dopuścić do nadmiernego umocnienia pozycji Piłsudskiego. W tej sytuacji wygodna była narracja, według której Polska została uratowana nie dzięki decyzjom jednego człowieka, ale dzięki szczególnemu zbiegowi okoliczności, który można było interpretować jako cud.
Warto jednak zauważyć, że ta narracja nie była tylko przeciwwagą dla rosnącej pozycji Piłsudskiego. Była również narzędziem budowania wspólnoty. Można było powiedzieć: zwyciężyliśmy nie tylko jako armia, ale jako naród, którego wiara i modlitwa zostały wysłuchane.

A jak ten obraz wygląda, kiedy odejdziemy od mitu i spojrzymy na samą operację wojskową?
Na początek warto przede wszystkim spojrzeć na to, jak powstawał plan operacji i jaką rolę odegrali w tym najważniejsi polscy dowódcy. Pod koniec lipca 1920 r. sytuacja Polski była bardzo trudna. Armia Czerwona zbliżała się do Warszawy, dlatego polskie dowództwo musiało jak najszybciej opracować plan, który nie tylko zatrzymałby rosyjskie natarcie, ale pozwoliłby także przejąć inicjatywę. Już wtedy pojawiała się podstawowa idea: częścią sił bronić Warszawy i powstrzymać przeciwnika, a jednocześnie przygotować odwody, które mogłyby wykonać silne przeciwuderzenie na skrzydło i tyły wojsk rosyjskich.
Kluczowe decyzje zapadały w pierwszych dniach sierpnia. W nocy z 5 na 6 sierpnia 1920 r., w Belwederze, opracowywano ogólną koncepcję rozegrania przyszłej bitwy. W sztabie rozważano kilka wariantów działania. Różniły się one przede wszystkim miejscem koncentracji wojsk przeznaczonych do przeciwuderzenia oraz skalą planowanego manewru.
Jedną z ważnych kwestii był wybór miejsca, z którego miała ruszyć polska grupa uderzeniowa. Szef Sztabu Generalnego, gen. Tadeusz Rozwadowski, oraz przedstawiciel francuskiej misji wojskowej, gen. Maxime Weygand, skłaniali się ku koncentracji wojsk bliżej Warszawy. Ich koncepcja zakładała mniej ryzykowny, płytszy manewr oskrzydlający. Takie rozwiązanie dawało możliwość silniejszego zabezpieczenia stolicy i pogłębienia obrony na kierunku warszawskim.
Inaczej zdecydował jednak Józef Piłsudski. 6 sierpnia nad ranem wybrał rejon koncentracji wojsk przeznaczonych do głównego przeciwuderzenia. Postanowił przesunąć grupę uderzeniową znacznie dalej na południe, za linię Wieprza. Była to decyzja odważniejsza i bardziej ryzykowna, ale jednocześnie dawała szansę na osiągnięcie znacznie większego efektu. Plan nie zakładał już tylko uderzenia na skrzydło rosyjskiego Frontu Zachodniego, lecz wykonanie głębokiego manewru na jego skrzydło, a następnie również na tyły. Chodziło o to, aby rosyjskie wojska walczące pod Warszawą zostały zaatakowane od południa i zagrożone odcięciem od swoich głównych kierunków komunikacyjnych.
W przygotowaniu planu uczestniczyło jednak wielu oficerów sztabu. Opracowano kilka propozycji, a szczegółowe rozwiązania były następnie rozwijane i dopracowywane przez polskie dowództwo. Gen. Tadeusz Rozwadowski odegrał w tym procesie szczególnie ważną rolę, ponieważ jego praca miała duże znaczenie dla stworzenia głównego zrębu planu oraz jego szczegółowego przygotowania. Piłsudski podejmował kluczowe decyzje dotyczące ogólnej koncepcji i kierunku uderzenia, natomiast sztab odpowiadał za przełożenie tych założeń na konkretny plan operacyjny.
A jaka była w takim razie rola samego Piłsudskiego?
Przede wszystkim Piłsudski był głównodowodzącym i wziął na siebie odpowiedzialność za realizację kluczowego manewru. Podjął ogromne ryzyko. Bezpieczniejszy byłby wariant czysto obronny, polegający na obronie własnego terytorium. Piłsudski zdecydował się jednak na rozwiązanie ofensywne. Skoro był głównodowodzącym i podjął tę decyzję, musi ponosić odpowiedzialność zarówno za ewentualną klęskę, jak i za zwycięstwo.
Tak się złożyło, że dowodził również szczególnie istotnym odcinkiem bitwy, choć w chwili jej rozpoczęcia jeszcze nie było wiadomo, jak ważny okaże się ten kierunek. Rozwadowski pozostał w Warszawie, gdzie kierował pracą sztabu i organizacją obrony stolicy, natomiast Piłsudski objął dowodzenie grupą, która miała zaatakować znad Wieprza.
Ten manewr okazał się kluczowy, ale oczywiście nie możemy powiedzieć, że był jedynym elementem, od którego zależało zwycięstwo. Wszystko musiało się ze sobą zgrać: obrona Warszawy, działania na północy, działania grupy uderzeniowej oraz zatrzymanie armii Budionnego. Gdyby któryś z tych elementów zawiódł, zwycięstwo mogło nie nastąpić.
Do tego dochodziła praca wywiadu. Polacy rozpoznali sowieckie szyfry i byli w stanie przechwytywać część rozkazów. Dzięki temu uzyskali przewagę informacyjną i mogli odpowiednio wcześniej reagować na działania przeciwnika.

Piłsudski miał szczęście, intuicję czy był genialnym dowódcą?
Zacznijmy od tego, że Piłsudski nie miał formalnego wykształcenia wojskowego i nierzadko wchodził w konflikty z wojskowymi, którzy krytykowali jego rozwiązania. Na pewno nie można mu jednak odmówić ogromnej intuicji i zdolności przewidywania biegu wydarzeń.
Było to bardzo widoczne już od początku I wojny światowej, kiedy zaczął realizować ideę Legionów. Przewidział konflikt pomiędzy mocarstwami zaborczymi, a rozwiązanie polityczne, które ostatecznie przyjął, okazało się skuteczne z punktu widzenia polskiej niepodległości.
Moim zdaniem tym, co najbardziej wyróżniało Piłsudskiego, była jego charyzma. Po prostu był wodzem – człowiekiem, który potrafił pociągnąć za sobą ludzi, i to ludzi o ogromnym potencjale. Nie wolno zapominać, że do Legionów trafiali ludzie wykształceni, artyści i młodzi ludzie o dużych możliwościach, których talent ujawnił się w pełni już w okresie międzywojennym.
Piłsudski popełniał oczywiście błędy i widać to przede wszystkim w późniejszym okresie jego rządów. W dziedzinie wojskowości jednym z problemów był jego stosunek do szybko rozwijającego się lotnictwa i nowych technologii wojennych. W rezultacie Polska w latach 30. musiała nadrabiać część zaległości technologicznych.
W okresie PRL Bitwa Warszawska była tematem niewygodnym. Czy dzisiaj ten temat jest wystarczająco dobrze znany?
Dokumentacja dotycząca wydarzeń z 1920 r. jest stosunkowo bogata. Wiemy, jaką rolę odgrywały poszczególne elementy polskiego systemu dowodzenia, jak działał wywiad, jakie decyzje podejmowali dowódcy i jak walczyły poszczególne jednostki.
Warto jednak pamiętać o grupach, które w wielkich narracjach często pozostają w cieniu. Przykładem mogą być oddziały związane z Wileńszczyzną. 85. pułk wileński 14 i 15 sierpnia toczył ciężkie walki i uczestniczył w odbiciu Radzymina. Oddziały wileńskie działały również na tyłach 3. Armii, utrudniając jej zaopatrzenie.
Stale pojawiają się jednak nowe obszary badań, ponieważ zmienia się punkt widzenia historyków i zakres ich zainteresowań. Nie wszystkie te tematy wpisują się w idealny obraz dowódców bitwy, zwłaszcza tych wywodzących się z kręgów Narodowej Demokracji.
Na marginesie historii wojny polsko-bolszewickiej warto podjąć np. temat internowania żydowskich żołnierzy Wojska Polskiego w obozie w Jabłonnie. Obóz utworzono 16 sierpnia 1920 r., tuż po rozpoczęciu polskiego kontruderzenia. Przebywało w nim ok. 17 tys. żydowskich ochotników, poborowych oraz żołnierzy i oficerów wycofanych z frontu.
Oficjalnie decyzję uzasadniano względami wojskowymi, m.in. koniecznością skoszarowania nadwyżek żołnierzy i niekierowania na front osób bez odpowiedniego przeszkolenia. W praktyce za utworzeniem obozu stała jednak również nieufność wobec żydowskich żołnierzy, czego potwierdzeniem były wcześniejsze działania wobec oficerów deklarujących narodowość żydowską. Obóz został zlikwidowany 9 września, po protestach w kraju i za granicą.
To ważny, choć często pomijany, obszar badań nad wojną polsko-bolszewicką. Pokazuje bowiem nie tylko militarny przebieg wojny, lecz także napięcia społeczne, politykę państwa i doświadczenia mniejszości narodowych w odrodzonej Polsce.
Wróćmy do początku naszej rozmowy. „Cud nad Wisłą” w perspektywie politycznej miał być przeciwwagą dla rosnącej pozycji Piłsudskiego, a jednak niedługo później sam Marszałek stał się postacią symboliczną. Na ile te dwie narracje konkurowały ze sobą i dlaczego obie przetrwały okres komunizmu?
W okresie międzywojennym rzeczywiście można mówić o dwóch konkurujących ze sobą narracjach na temat Bitwy Warszawskiej. Obie miały swoje środowiska polityczne, które je wspierały, a kult Marszałka był bardzo intensywnie propagowany przez sanację, szczególnie po jego śmierci.
Jeśli chodzi o pojęcie „cudu nad Wisłą”, było ono krytykowane przez współpracowników Piłsudskiego, ale nigdy przez niego samego. Piłsudski nie wypowiadał się publicznie przeciwko temu określeniu i nie próbował za życia konkurować z tym mitem. Zresztą jego religijność była sprawą dość zagmatwaną. Kard. Aleksander Kakowski, metropolita warszawski i prymas, który dobrze go znał, powiedział kiedyś, że Marszałek jest typowym Polakiem, który co do istnienia Pana Boga ma wątpliwości, ale jest zarazem gorącym wyznawcą Matki Boskiej.
Poza tym w okresie PRL religijny wymiar zwycięstwa pomógł przechować pamięć o Bitwie Warszawskiej. Przez lata, kiedy o bitwie niewiele mówiono podczas oficjalnych uroczystości państwowych, miejscem, w którym przywoływano jej historię, był przede wszystkim Kościół. Jest więc w tym pewien paradoks: mit, który upraszczał historię i nadawał jej wymiar religijny czy polityczny, jednocześnie pomógł przechować pamięć o zwycięstwie, szczególnie w czasach PRL.
„Cud nad Wisłą” mówi nam więc wiele nie tylko o samej bitwie, lecz także o tym, jak Polacy przez kolejne pokolenia próbowali nadać sens wydarzeniu, którego stawką było istnienie odrodzonego państwa. Za tym symbolem zawsze jednak stali konkretni ludzie – dowódcy, sztabowcy, wywiadowcy i żołnierze, których decyzje i wysiłek doprowadziły do zwycięstwa.

Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 32 (92) 15-21/08/2026








