Agnieszka Skinder: Panie Dominiku, 70 lat — piękny jubileusz. Gdy dziś spogląda Pan wstecz na swoje życie, jakie obrazy jako pierwsze pojawiają się w pamięci?
Dominik Kuziniewicz (Wincuk Bałbatunszczyk z Pustaszyszek): Przede wszystkim moje rodzinna Rumiankowa. To właśnie ten widok wraca do mnie najczęściej. Pamiętam, jak z mamą chodziliśmy zbierać trawę dla królików. W domu nigdy się nie przelewało, więc trzeba było sobie radzić. Trzymaliśmy około 150 królików — do dziś mam przed oczami trzy rzędy klatek.
Zawsze z mamą szliśmy z workami pełnymi trawy i sierpem w ręku. A ja wypatrywałem każdego przejeżdżającego pociągu. Gdy podjeżdżał, machałem do człowieka siedzącego w ostatnim wagonie — chyba konduktora albo strażnika. On niemal zawsze odmachiwał. To takie drobiazgi, ale właśnie z nich składa się dzieciństwo.
Niedaleko była też Puszkinówka. Chodziliśmy nad staw, oglądaliśmy kaczki, wiosną żaby. Jednym słowem — prawdziwa sielanka. Mieszkałem tam jednak tylko do siódmego roku życia. Potem przeprowadziliśmy się na ulicę Cwirki, dzisiejszą Jasińskiego.
Tam rozpoczęła się już szkoła i pierwsze spotkania z teatrem.
Tak. Poszedłem do 11. Szkoły Średniej przy ulicy Krupniczej, dzisiejszego Liceum im. Adama Mickiewicza. To nasza rodzinna szkoła. Uczył się tam mój brat, później ja, a po latach również moja córka Basia.
Mieliśmy ogromne szczęście do wychowawczyni. Pani Voitulionienė, dziś już chyba świętej pamięci, bardzo kochała teatr. Organizowała przedstawienia dla rodziców, przygotowywała z nami scenki, bajki, krótkie spektakle. Wystawialiśmy „Czerwonego Kapturka”, odgrywaliśmy różne sceny, recytowaliśmy teksty. Ja oczywiście zawsze chciałem występować.
Co ciekawe, nie były to przedstawienia w szkolnej klasie, ale na prawdziwej scenie — w teatrze na Pohulance, gdzie mieścił się wówczas Teatr Opery i Baletu. To właśnie tam po raz pierwszy stanąłem przed publicznością.
Do dziś pamiętam jedną z pierwszych lekcji scenicznych. Uczono nas, że nie wolno odwracać się tyłem do widowni. Na scenę wchodziło się bokiem i bokiem z niej schodziło. Dla małego chłopca było to wielkie przeżycie, ale właśnie tam zaczęła się moja przygoda z teatrem.
Później często występowałem również w Ogrodzie Młodzieżowym, dzisiejszym Parku Serejkiskim. Tam także była scena i każda okazja do występu sprawiała mi ogromną radość.
Kiedy teatr stał się już czymś więcej niż dziecięcą zabawą?
Gdy miałem czternaście lat. Wtedy trafiłem do Teatru Polskiego prowadzonego przez panią Irenę Rymowicz przy Domu Kultury Kolejarzy. I właściwie od tego momentu wszystko zaczęło się na dobre.
Spodobała mi się scena, publiczność i atmosfera teatru. Grałem później główne role — byłem Truffaldinem w „Słudze dwóch panów”, występowałem jako Zagłoba w „Zagłobie swatem”, grałem również w sztukach współczesnych.
Siedemnaście lat mojego życia było związanych z teatrem.
Z perspektywy czasu widzę, jak wiele mi to dało. Kiedy później narodził się Wincuk, scena nie była już dla mnie niczym obcym. Wiedziałem, jak słuchać partnera, gdzie patrzeć, jak prowadzić dialog z publicznością. Teatr nauczył mnie wyczucia widza. A tego nie da się nauczyć z książek.
Jest Pan gawędziarzem, aktorem, autorem książek, redaktorem. Gdyby miał Pan wskazać swoje największe życiowe osiągnięcie, co by to było?
Rodzina. Bez najmniejszego wahania mogę powiedzieć, że właśnie rodzina.
Bardzo kochałem swoją żonę świętej pamięci Marysię. Dobrze nam się razem żyło. A największym darem, jaki otrzymałem od życia, jest moja córka Basia.
Kiedy Pan Bóg zabrał mi żonę, wynagrodził mnie dobrym dzieckiem. Naprawdę nie wiem, jak poradziłbym sobie bez Basi. Pokładałem w niej całą nadzieję i ani razu się nie zawiodłem.
To nie tylko dobra córka. To przede wszystkim dobry człowiek — wrażliwy, współczujący, zawsze gotowy pomagać innym. Każdy rodzic powie, że jego dziecko jest najlepsze, ale kto zna Basię, ten wie, że nie przesadzam.
My również znamy Basię. Przez lata występowała z Panem na scenie, prowadziła koncerty i wydarzenia, a dziś pełni odpowiedzialną funkcję wiceministra sprawiedliwości Litwy. To chyba powód do ogromnej dumy.
Oczywiście. Jestem z niej bardzo dumny.
Basia od najmłodszych lat była niezwykle uzdolniona. Grała na skrzypcach, ukończyła szkołę muzyczną im. Dvarionasa, śpiewała w różnych zespołach, występowała na scenie, prowadziła koncerty. Z powodzeniem odnajdywała się zarówno w mniejszych, jak i dużych przedsięwzięciach artystycznych.
Zawsze myślałem, że może zostanie dziennikarką. Życie potoczyło się jednak inaczej. Wybrała prawo, ukończyła Uniwersytet Mykolasa Romera i dziś wykonuje zawód, który naprawdę lubi, choć doskonale wiem, jak jest wymagający.
Teraz, gdy pełni funkcję wiceministra, nie wypada już prowadzić koncerty czy występować na scenie tak jak dawniej. Każdy etap życia ma swoje miejsce. Cieszę się jednak, że odnalazła własną drogę.

Na scenie zawsze uśmiecha się Pan do publiczności. Potrafi Pan rozbawić ludzi. Ale czy były chwile, kiedy sam nosił Pan w sercu wielki smutek?
Oczywiście, że były. Przez sześć lat opiekowałem się mamą. Potem przez blisko dwadzieścia lat chorowała moja żona. Była sparaliżowana. Dla osoby, która przez całe życie była energiczna, lubiła ludzi i ciągle była w ruchu, było to niezwykle trudne doświadczenie.
Pod koniec życia praktycznie nie mogła już chodzić. Leżała w łóżku, a choroba odbierała jej siły. Opieka nad ciężko chorym człowiekiem to ogromne wyzwanie — fizyczne i psychiczne.
Na szczęście nie byłem z tym sam. Bardzo pomagała mi Basia. Potrafiła pogodzić naukę, studia i codzienne obowiązki z opieką nad mamą.
Kiedy Marysia odeszła, dopiero wtedy z Basią mogliśmy na chwilę odetchnąć. Wyjechaliśmy za granicę, zobaczyliśmy Rzym, Londyn, Lazurowe Wybrzeże. Po wielu latach mogliśmy po prostu pobyć razem.
Dopiero wtedy człowiek uświadamia sobie, jak bardzo życie podporządkowane było chorobie.

A później przyszły także własne problemy zdrowotne…
Niestety. Zdrowie już nie jest takie jak dawniej. Po amputacji nogi życie bardzo się zmieniło, ale staram się nie narzekać. Raz boli kolano, raz noga, czasem trudno normalnie stanąć. W domu mam nawet wózek inwalidzki. Dla żartu nazywam go „taczanką”. Staram się jednak do wszystkiego podchodzić z uśmiechem.
Zimą praktycznie nie wychodziłem z domu, bo śliskie chodniki były zbyt niebezpieczne. Basia przywoziła zakupy, pomagała we wszystkim. Teraz, kiedy przyszła wiosna i lato, jest trochę łatwiej.
Mimo to nie potrafię siedzieć bezczynnie. od czasu do czasu pojawiają się nowe spotkania, nagrania, wyjazdy. Dopóki zdrowie pozwala, chcę być aktywny.
Choć jest Pan już na emeryturze, trudno powiedzieć, że odpoczywa Pan od pracy.
Tak jakoś się składa. Nawet dziś miałem nagranie telewizyjne. Operator spojrzał na mnie i mówi: „Panie Dominiku, jak na siedemdziesiąt lat, to Pan naprawdę dobrze wygląda”. Odpowiedziałem, że to też chyba jakaś nagroda od życia.
Oczywiście trochę żartuję. Cudów nie ma — włosy posiwiały, łysina coraz większa, zdrowie też już daje o sobie znać. Ale kiedy człowiek pomyśli: „Siedemdziesiąt lat…”, to aż trudno uwierzyć. Mam wrażenie, jakbym dopiero wczoraj kończył szkołę.
To jest chyba najdziwniejsze w życiu. Nieważne, ile człowiek ma lat — w środku ciągle czuje się młody. A tu nagle siedemdziesiąt na karku. Jak mawia jeden z moich znajomych: „Trzeba już patrzeć, z której strony deski piłują”. Taki żart, ale coś w nim jest.
Co daje Panu siłę, by mimo tylu doświadczeń zachować pogodę ducha i poczucie humoru? Publiczność kojarzy Pana przede wszystkim z uśmiechem.
Myślę, że to przede wszystkim kwestia charakteru i wychowania.
Moi rodzice nigdy się nie poddawali. W życiu bywało różnie, ale nie pamiętam, żeby narzekali albo użalali się nad sobą. Ojciec był pogodnym człowiekiem. Mama również, mimo wszystkich trudności, nie należała do osób, które ciągle biadolą.
A może coś jest też w genach. Mój dziadek ze strony mamy, Wincenty, był znanym gawędziarzem w swojej okolicy, w rejonie szyrwinckim. Spoczywa teraz na Rossie. Niewiele go pamiętam, bo zmarł, gdy byłem jeszcze dzieckiem, ale zapamiętałem jego pogodę ducha i ten charakterystyczny, figlarny uśmiech.
Może właśnie po nim odziedziczyłem zamiłowanie do opowiadania i żartowania.
Zawsze powtarzam, że człowieka najbardziej ratuje poczucie humoru. Kiedy jest ciężko, trzeba znaleźć siłę, żeby się uśmiechnąć. To pomaga przetrwać.

Panie Dominiku, dziś coraz częściej mówi się o potrzebie pielęgnowania gwary, czy też dialektu wileńskiego. Pan jest jednym z jej najbardziej rozpoznawalnych ambasadorów. Na co dzień mówi Pan literacką polszczyzną czy raczej naszą, wileńską mową?
Raczej naszą. Szczerze mówiąc, trudno byłoby mi się przestawić. Zresztą do dziś słyszę czasem uwagi, że zniekształcam język polski. Dla mnie to trochę dziwne. Bo kto powiedział, że istnieje tylko jedna „czysta” polszczyzna?
Przecież język żyje. Mówi się tak, jak się żyje, w takim środowisku, w jakim człowiek dorasta. My tutaj na co dzień rozmawiamy po polsku, po litewsku, po rosyjsku, młodzi coraz częściej także po angielsku. To naturalne, że nasza polszczyzna ma swój charakter.
Czy warszawski akcent jest jedynym poprawnym? A Kaszubi? A górale? Przecież oni również mają swoje gwary i są z nich dumni.
Ja nikogo nie udaję. Mówię tak, jak mówiło się u mnie w domu i w moim otoczeniu. Tak zostałem wychowany.
Dzisiaj wielu ludzi lubi pouczać innych. Każdy uważa się za specjalistę od języka i chętnie wskazuje, jak powinno się mówić. Przez lata nasłuchałem się różnych uwag.
A jednocześnie obserwuję coś zupełnie innego. Niedawno oglądałem litewską telewizję. Występowała nauczycielka języka litewskiego i z ogromną dumą mówiła swoją żmudzką gwarą. Była szczęśliwa, że potrafi ją zachować i pokazywać innym.
Pomyślałem wtedy: dlaczego Litwini nie wstydzą się swoich gwar, a my często się wstydzimy własnej?
Na szczęście coś się zmienia. Coraz częściej słyszę w radiu i telewizji, że naszej mowy nie trzeba się wstydzić.
Bo przecież człowiek z Wileńszczyzny, który całe życie mówił po swojemu, kiedy nagle zobaczy mikrofon albo kamerę, często zamyka się w sobie. Myśli, że jego język jest gorszy od języka profesora czy nauczyciela. A to nieprawda.
Nasza mowa jest częścią naszej historii. To nasze dziedzictwo.
Dzisiaj mówi się nawet o renesansie polszczyzny kresowej. Coraz więcej osób uważa, że trzeba ją chronić, bo może zniknąć.
Oby tak było. Ale powiem pani coś. Zaledwie dwa tygodnie temu usłyszałem słowa, które bardzo mnie zabolały. Pewien młody człowiek, który interesuje się gwarą wileńską i czasami przychodzi do mnie po radę, opowiadał, że usłyszał od znanego twórcy: „Daj spokój. Nie naśladuj Wincuka. Niech Wincuk umrze razem ze swoim językiem”.
A ja uważam zupełnie inaczej. Niech ten język żyje. Niech młodzi go poznają, jeśli mają na to ochotę. Nikogo przecież nie zmuszamy. Ale dlaczego odbierać komuś prawo do pielęgnowania własnej tradycji?
Niestety, czasami najwięcej krytyki przychodzi właśnie od swoich.

Czy jest jeszcze jakieś marzenie artystyczne, które chciałby Pan spełnić?
Wielkich marzeń już chyba nie mam. Chciałbym jedynie, żeby moja twórczość docierała do większej liczby ludzi.
Mam przygotowanych wiele opowieści, chciałbym, żeby jeszcze gdzieś wybrzmiały — może w radiu, może w internecie.
Przez czterdzieści lat byłem obecny na antenach radiowych. Potem nagle wszystko się skończyło. Bez wyjaśnień. Po prostu przyszedł moment i usłyszałem, że mój program zostaje zlikwidowany.
Dzisiaj mogę spotkać się z publicznością już właściwie tylko podczas koncertów, a tych jest coraz mniej.
Zbliża się także piękny jubileusz Pana pracy artystycznej.
Właściwie już minął. Jeżeli liczyć od czternastego roku życia, kiedy stanąłem na scenie Teatru Ludowego, to dziś jest już ponad pięćdziesiąt sześć lat.
Myślałem kiedyś o jubileuszu pięćdziesięciolecia, ale życie potoczyło się inaczej. Może uda się zorganizować coś za kilka lat, przy sześćdziesięcioleciu pracy scenicznej.
Na szczęście przez całe życie miałem wokół siebie dobrych ludzi. To oni otwierali przede mną kolejne drzwi.
Byli nauczyciele, którzy dostrzegli we mnie talent. Byli ludzie radia, dzięki którym Wincuk powstał i trafił do słuchaczy. Byli świętej pamięci Władek Strutyński i Krystyna Adamowicz, z którymi przez wiele lat współpracowaliśmy i jeździliśmy po Polsce.
To dzięki dobrym ludziom mogłem występować nie tylko na Wileńszczyźnie, ale także w Polsce, Ameryce i wielu innych miejscach.
Nie sposób wymienić wszystkich nazwisk, ale wszystkim jestem ogromnie wdzięczny i kłaniam się nisko.
Czyli to właśnie ludzie są największym bogactwem?
Zdecydowanie. Człowiek nie potrafi żyć samotnie. Potrzebuje drugiego człowieka. Oczywiście, ludzie bywają różni. Jak mówi przysłowie — są ludzie i są ludziska. Ale bez ludzi nie da się żyć.
Tak samo jak w życiu nie ma samych radości. Muszą być także trudności. Gdyby nie było smutku, nie potrafilibyśmy docenić szczęścia.

A jakie jest Pana życiowe motto?
Nie poddawać się. Bardzo lubię jedną z myśli przypisywanych Napoleonowi. Mówi ona, że armia baranów dowodzona przez lwa jest silniejsza niż armia lwów dowodzona przez barana. Jest w tym sporo prawdy.
Życie nigdy nie składa się wyłącznie z sukcesów. Najważniejsze to iść naprzód. Dopóki człowiek oddycha, dopóki czuje, dopóki może spotykać ludzi — trzeba iść do przodu. Bo do tyłu iść nie ma sensu.
Panie Dominiku, dziękuję za rozmowę. Życzę przede wszystkim zdrowia, wielu kolejnych spotkań z publicznością i tego, by Wincuk jeszcze przez długie lata wywoływał „uśmiechnięte gembulki” u swoich wiernych widzów. Bo takich ludzi, którzy potrafią mówić ludziom „z renku na sercy”, jest dziś coraz mniej.









