Stąd wyfrunęła w świat
Hanka Bielicka. Właściwie Anna Weronika Bielicka. Dziewczyna z inteligenckiego domu, córka przedwojennego posła na Sejm, która zamiast paryskich salonów i kariery romanistki wybrała deski teatru w Wilnie, a potem estradę, stając się najsłynniejszą warszawską przekupką — Dziunią Pietrusińską.
Choć urodziła się w Ukrainie, to Łomża uformowała jej pierwsze wspomnienia. Spędziła tu dzieciństwo, zdała maturę (mimo legendarnej już u niej drogi przez mękę z matematyką) i stąd wyfrunęła w świat. Przez lata jednak to wielki świat — Warszawa, Polska i zagraniczne tournée — absorbował ją bez reszty. Łomża, jak sama przyznawała, była traktowana nieco po macoszemu. Aż do momentu, gdy miasto postanowiło upomnieć się o swoją wielką rodaczkę. I to za pomocą dość karkołomnego, niemal filmowego fortelu.
Misja: Amazonki i „rezerwowa dziewczynka”
Wszystko zaczęło się niemal trzy dekady temu. Medycyna była wtedy w zupełnie innym miejscu, a lokalne szpitale zbierały fundusze na sprzęt za pomocą popularnych cegiełek. W Łomży prężnie działało stowarzyszenie Amazonek — kobiet walczących z chorobami nowotworowymi. Potrzebowały przystawki do mammografu, a kwota była zawrotna. Wtedy w Towarzystwie Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej zrodził się pomysł: namówmy Hankę Bielicką na charytatywne, biletowane koncerty.
Artystka nie wahała się ani chwili. Przyjechała, dała kilka występów, a zebrane fundusze pozwoliły na zakup sprzętu. Ta akcja zmieniła coś w samej Bielickiej. Poczuła, że zrobiła dla tego miasta coś naprawdę ważnego, namacalnego. Stała się łomżanom bliższa niż kiedykolwiek.
Lokalni działacze postanowili pójść za ciosem. Pojawił się jednak delikatny, czysto ludzki problem. Chcieli stworzyć miejsce, które ocali pamięć o niej dla przyszłych pokoleń — muzeum, salonik, izbę pamięci. Tylko jak rozmawiać o pośmiertnych pamiątkach z kimś, kto tryska energią i uśmiechem? Jak rozmawiać o śmierci z Hanką Bielicką?
Wymyślono strategię. Zamiast oficjeli w garniturach, po jednym z koncertów wysłano do garderoby małą, sprytną, „rezerwową dziewczynkę”.
„Pani Haniu, bo my byśmy chcieli mieć po pani taką pamiątkę… jakąś izbę pamięci” — wypaliło prosto z mostu dziecko. Bielicka nastawiła uszu, spojrzała na dziewczynkę i po chwili zadumy odpowiedziała z właściwym sobie rezonem: „Kochanie, ale jest jeden problem. Ja jeszcze żyję”. Mała łomżanka nie dała się jednak zbić z tropu: „To co my mamy robić?”. Bielicka uśmiechnęła się szeroko: „Czekać”.

Negocjacje w oparach słowotoku
Sygnał jednak poszedł, a machina ruszyła. Temat powrócił podczas oficjalnej wizyty w warszawskim mieszkaniu artystki, gdzie odwiedzili ją ówczesny prezydent Łomży Jan Turkowski, przedstawiciele Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej oraz ksiądz proboszcz.
Rozmowa z Bielicką była wyzwaniem logarytmicznym. Aktorka potrafiła mówić bez przerwy. Goście siedzieli w saloniku, zaciskali zęby, potakiwali i próbowali wyłapać moment na wtrącenie choćby słowa. W pewnym momencie zdesperowany ksiądz proboszcz dosłownie podniósł nieśmiało palec do góry, niczym uczeń w szkole, i rzucił: „Bo ja chciałbym coś powiedzieć”. Bielicka, nawet na sekundę nie zwalniając tempa, rzuciła tylko: „To niech ksiądz próbuje!” — i mówiła dalej.
Udało się. Artystka dała się przekonać i podjęła decyzję, która zabezpieczyła przyszłość jej spuścizny. Jeszcze za jej życia, notarialnie, przepisała część swoich rzeczy miastu. Chodziło o to, by po jej śmierci nikt z bliskich czy spadkobierców nie mógł zapytać łomżan: „A czego wy właściwie chcecie? Poszli stąd!”. Wszystko zostało formalnie usankcjonowane.

Dziedzictwo zamknięte w szafach i nie tylko
Dzięki tamtej odwadze i sprytowi małej dziewczynki, w łomżyńskim Centrum Katolickim powstało miejsce wyjątkowe — żywy salonik pamięci. Przez przeszklone szafy można tu podziwiać jej najsłynniejsze, barwne suknie sceniczne oraz całą kolekcję nakryć głowy. Wśród nich błyszczy ten absolutnie wyjątkowy — wielki, dekoracyjny kapelusz z pawich piór, który Bielicka otrzymała od samej Niny Andrycz. Obok ubrań stoją jej prywatne meble, w tym wysublimowany sekretarzyk, tworząc intymną atmosferę, jakby pani Hania przed momentem wyszła tylko na chwilę przypudrować nos.
Śmierć zastała ją w 2006 r., w wieku 91 lat. Choć operacja usunięcia tętniaka powiodła się znakomicie, jej organizm pod narkozą podjął własną decyzję — artystka po prostu się nie wybudziła. „Szef na górze mityczny powiedział: Ania, dosyć tego, zabieram cię do siebie” — wspomina się dziś w Łomży.
Pamięć o niej jednak nie umarła. Co roku do Centrum Katolickiego zjeżdżają tłumy z całego kraju na ogólnopolski konkurs „Radość spod kapelusza”. Młodzi i starsi recytują jej kultowe monologi, śpiewają i próbują naśladować ten niebywały, estradowy temperament. W jury zasiadają uznani aktorzy, związani chociażby z popularną serią filmową „U Pana Boga za piecem”.
Również na ulicach miasta Hanka Bielicka wciąż „rozmawia” z przechodniami. Słynna ławkowa rzeźba artystki stała się jedną z największych atrakcji turystycznych. Co ciekawe, ławka musiała zostać… przesadzona. Początkowo usytuowana na ulicy Farnej naprzeciwko katedry, została ostatecznie przeniesiona na Stary Rynek, bliżej fontanny i ratusza. Mieszkańcy żartują nieoficjalnie, że w starym miejscu Bielicka zbyt mocno „zaczepiała” przechodniów, z tyłu miała sklep monopolowy, a po obróceniu — mało atrakcyjny widok na odrapaną ścianę. Dziś, w otoczeniu tryskającej wody i zabytkowego ratusza, prezentuje się dumnie, stanowiąc idealne tło do pamiątkowych fotografii.
Hanka Bielicka kazała Łomży czekać. Ale gdy miasto wreszcie się doczekało, przyjęło pod swój dach pamiątki po kobiecie, która — choć kochała warszawski bruk i światowe estrady — ostatecznie swoje najcenniejsze sekrety i kapelusze zostawiła tam, gdzie uczyła się życia.






