Historia i podręczniki do historii

„Odyseja” Christophera Nolana bije rekordy oglądalności. W chwili pisania tego felietonu film zarobił już niemal 700 mln dolarów. Dzieło brytyjskiego reżysera podbiło serca widzów i zdobyło uznanie krytyków. „To absolutny triumf i zwieńczenie filmowych dokonań jednego z najwybitniejszych reżyserów naszych czasów”; „Scenografia jest niesamowita, sceny akcji zapierają dech w piersiach, a skala przedsięwzięcia nie przypomina niczego, co Nolan zrobił wcześniej”; „Nolan wchodzi na poziom bogów” – podobnych zachwytów nie brakuje.

Nie brakuje jednak także krytyki. Część komentatorów zarzuca reżyserowi niedbałość w odtwarzaniu realiów historycznych. Jedni wyliczają, że hełmy, pancerze i tarcze nie odpowiadają temu, co archeologia wiąże z epoką mykeńską. Inni zwracają uwagę, że okręty bardziej przypominają późniejsze jednostki, a nawet statki inspirowane kulturą wikińską niż te, które mogły pływać po Morzu Egejskim w czasach legendarnych bohaterów Homera.

Odnoszę jednak wrażenie, że problem leży gdzie indziej. Nie w filmie Nolana, lecz w sposobie, w jaki myślimy o historii. Zbyt wielu ludzi traktuje dzieło artystyczne tak, jakby było podręcznikiem szkolnym. Jeszcze gorzej – oczekuje od filmu fabularnego, że będzie pełnił funkcję podręcznika. To nie jest błahy problem. Pokazuje on bowiem, jak słabo rozumiemy, czym właściwie jest historia.

Przez dziesięciolecia szkolna edukacja historyczna sprowadzała ten przedmiot do nauki dat, nazwisk i bitew. Historia miała być opowieścią o narodowych triumfach i klęskach, listą wydarzeń do wykucia na pamięć oraz katalogiem bohaterów, których należy podziwiać. Znacznie rzadziej uczono, że historia jest przede wszystkim nauką opartą na źródłach, ich krytycznej analizie i nieustannym kwestionowaniu utartych przekonań.

Efekt jest taki, że część odbiorców nie potrafi już odróżnić fikcji od rekonstrukcji historycznej. Film staje się dla nich lekcją historii, serial – dokumentem, a powieść źródłem wiedzy o przeszłości. Na początku XXI w. świat oszalał na punkcie „Kodu Leonarda da Vinci” Dana Browna. Powieść będąca sprawną mieszanką legend, teorii spiskowych i historycznych półprawd była przez wielu czytelników traktowana niemal jak reportaż. Pamiętam ludzi inteligentnych, oczytanych, z wyższym wykształceniem, którzy dyskutowali o niej tak, jakby odsłaniała ukryte fakty z dziejów chrześcijaństwa. To, że była przede wszystkim literacką fikcją, schodziło na dalszy plan. Dlatego spór o „Odyseję” mówi nam znacznie więcej o stanie edukacji historycznej niż o samym filmie Christophera Nolana.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 30 (86) 01-07/08/2026