Apolinary Klonowski: Wkrótce świętuje Pan 80-lecie, 27 lipca.
Zbigniew Balcewicz: Najprawdopodobniej 27 lipca – mama wspominała, że mogłem urodzić się w czerwcu, musiałbym sprawdzić dokumentację oddziału położniczego szpitala św. Jakuba w Wilnie w tym okresie. Przy chrzcie w Duksztach zapisano 27 lipca. Tego się trzymajmy.
Podpisanie Aktu Niepodległości Litwy to jeden z najważniejszych momentów w Pana działalności. A jednak o Litwie i Litwinach wypowiada się Pan często krytycznie. Czy takiej Litwy Pan oczekiwał 11 marca 1990 r.?
Może nie „o Litwie i Litwinach”, natomiast o tym, jakie państwo tworzymy – obywatelskie, otwarte na wielokulturowość czy narodowe, skupione na dominacji jednej grupy etnicznej. Nie zaskoczę: oczekiwaliśmy zupełnie innej. Mówiono o prawach mniejszości narodowych, w tym Polaków, że nie będzie nacjonalizmu – a nie zawsze było i jest tak kolorowo. Mamy jednak swoje państwo i w nim te problemy możemy i powinniśmy rozwiązywać.
Jest Pan nauczycielem, ale i prawnikiem. Czy dziś Litwa jest państwem prawa?
Jest. Wiele rzeczy w czasach sowieckich było nie do pomyślenia, a dziś mamy. Choć nic nie przyszło lekko i wiele pozostaje do zrobienia. O prawa, jak i o wolność, trzeba walczyć, a potem je pielęgnować. Nikt niczego ot tak nie da. Nawet przegłosowana ustawa nie realizuje się sama.
Jak trafił Pan do polityki, skoro bliżej Panu było zawsze do działalności społecznej?
Sprawy społeczne zawsze mnie interesowały, a stąd do polityki blisko. Przyczynił się też ku temu „Czerwony Sztandar” – czytałem go od jakiegoś 15. roku życia, pisałem, zabierałem głos w dyskusjach. Wielu z nas, słuchaczy Wileńskiej Szkoły Pedagogicznej, było bardzo aktywnych.
Po jej ukończeniu pracowałem w 26. Szkole Średniej w Nowej Wilejce [dziś Gimnazjum im. J.I. Kraszewskiego – przyp. red.] jako zastępowy pionierski [pionierzy – sowiecka organizacja dziecięca na wzór zuchów, harcerzy – przyp. red.], choć pionierem nie byłem. Powoli się wciągnąłem w politykę. Do dziś śledzę sprawy społeczne i czasem zabieram głos.
Nie kryje Pan w życiorysach, że był w Komsomole [Komunistyczny Związek Młodzieży – przyp. red.] i Komunistycznej Partii Litwy. Dlaczego?
Co tu ukrywać? Uważam, że najważniejsza jest prawda. Byłem w tych strukturach, dziwnie byłoby twierdzić inaczej. Żeby coś osiągnąć nie tylko dla siebie, lecz także dla ludzi, należy angażować się społecznie. Formalnie robiło się to, co trzeba, ale w duszy człowiek był sobą. Czułem się Polakiem i już wtedy znajdowałem zwolenników, którzy myśleli i działali tak samo.
Polskie szkoły były zagrożone, postępowała agresywna rusyfikacja. Trzeba było namawiać rodziców, by oddawali dzieci do polskich szkół. Nawet w tej samej 26. szkole oprócz polskich były klasy rosyjskie. Tak jak dziś próbuje się zamachiwać na polskie szkoły – wiemy chociażby, co się dzieje w Połukniu. Z władzą sowiecką dyskusji nie było, więc czasem pracowaliśmy nielegalnie.
Dobrze mi się współpracowało z nauczycielkami, Zofią Moroz, Ewą Warżagolis oraz wielu innymi patriotycznie nastawionymi rodakami, których nazwisk nie sposób tu wymienić. Groziły za to nieprzyjemności; posądzenie o nacjonalizm było wtedy bardzo poważnym oskarżeniem.

Jaka była Pana droga do stanowiska redaktora naczelnego?
Marzyłem o studiach dziennikarskich, ale poszedłem na prawnicze. Miałem doświadczenie współpracy z gazetą, pisałem listy, informacje – ale nie myślałem, że mógłbym zostać redaktorem. Redakcja była dla mnie, jak dla wielu, najwyższym autorytetem – bo innych organizacji, żadnych legalnych działaczy nie było.
Zaproponowano mi to trochę przypadkowo. Byłem wówczas, pod koniec lat 80., wicemerem Wilna. Gdy zwolniło się miejsce redaktora naczelnego „Czerwonego Sztandaru”, zaproponowano je mnie.
Co Pan zastał? Szok, partyjny beton?
Wielu ludzi znałem, chodziłem do klubu dyskusyjnego przy redakcji na spotkania. Przyglądali mi się, ja się przyglądałem, rozmawiałem z pracownikami, by zrozumieć nastroje. I powolutku wszedłem. Jak w każdym zespole – jedni popierali, inni nie ze wszystkim się zgadzali albo milczeli.
Później dostrzegliśmy prawdziwe oblicze każdego z członków jakże licznego zespołu – gdy redakcję zagarnięto i wypędzono nas z Domu Prasy w 1991 r. Powstała wtedy „Ojczyzna”, którą redagowali niektórzy nasi współpracownicy. Szczycę się, że z naszej redakcji tylko kilka osób odeszło do kolaborantów.
Oskarżali mnie, że „zmieniłem orientację i linię polityczną pisma, sprowadziłem z drogi cnoty, zmieniłem tytuł”, twierdząc, że „Kurier Wileński” nie może być spadkobiercą „Czerwonego Sztandaru” – tak w „Liście zespołu redakcyjnego »Ojczyzny« do redaktora naczelnego »Kuriera Wileńskiego« Zbigniewa Balcewicza” napisał nasz były długoletni dziennikarz B. Oszerow (pseud. B. Olszewski).
Zatem niemiejscowi stanęli po stronie sowieckiego okupanta?
W absolutnej większości prosowieccy byli pracownicy narodowości innej niż polska. W zagarniętym radiu kolaborował S. Medajski, który dotąd w „Czerwonym Sztandarze” był kierownikiem działu.
Gdy w 1953 r. zakładano „Sztandar”, przyszli przeważnie absolwenci uczelni leningradzkich, którzy dobrze znali polski. Miejscowych dziennikarzy ze znanych powodów brakowało. W chwili próby niektórzy stanęli otwarcie po stronie Związku Sowieckiego – bo z Litwą związani nie byli.
Dlaczego właśnie „Kurier”? Pasowałyby i inne tytuły – sam Pan redagował potem „Gazetę Wileńską”.
W realiach 1990 r. ideologiczny komunistyczny tytuł stał się dla Polaków nieakceptowalny. Czytelnicy proponowali „Kurier Wileński”, a i sercu był bliski. Nowa nazwa była bezpośrednim odwołaniem do bogatej historii polskiej prasy w Wilnie. Nawiązywała m.in. do przedwojennego „Kuriera Wileńskiego” oraz wcześniejszych XIX-wiecznych tradycji wydawniczych.
Wprawdzie „Czerwony Sztandar” nigdy nie był aż tak czerwony – choć drukował, co musiał. W tamtych warunkach propaganda była obowiązkowa dla całej prasy państwowej.
Do redakcji przyszedłem burzliwą jesienią 1988 r., trafiając w samo oko cyklonu politycznego i społecznego na Litwie. Sowiecka machina propagandowa zaczęła pękać pod naporem dążeń niepodległościowych Litwinów i odrodzenia narodowego Polaków. Nastąpiła eksplozja popularności Sąjūdisu. W październiku odbył się jego historyczny I Zjazd, na którym, à propos, wybrzmiały ostre napady na „Czerwony Sztandar”: że antypaństwowy, więc po co państwo na niego wydaje. Sala skandowała: „gėda, gėda” [pol. „wstyd, wstyd” – przyp. red.].
W tym okresie mniejszość polska zaczęła głośno się ubiegać o swoje prawa narodowe i kulturowe. Gazeta nie stała na uboczu – odeszła od sztywnej linii organu partii komunistycznej, przekształcając się w otwarte forum dyskusyjne dla lokalnej społeczności oraz (de facto) w niezależne medium. Sala redakcyjna stała się miejscem spotkań i dyskusji organizującej się społeczności polskiej.
Jeszcze przed zmianą tytułu, jak trafnie zauważyła Małgorzata Stefanowicz w jednej ze swoich publikacji, „powoli „Czerwony Sztandar” przestawał być polskojęzyczną gazetą dla ludu, a stawał się pismem mniejszości polskiej na Litwie. Przekształcił się z pisma „przemawiającego do ludu z pozycji władzy” w pismo „mówiące głosem polskiej mniejszości narodowej”.
A więc przyszedłem w czasie, kiedy gazeta była już zauważona, bo nie robiła tego, czego wymagał jej status oficjalny oraz czego od nas żądali nacjonaliści różnej marki. Słowem, działaliśmy zgodnie z własnym sumieniem, jak głosi przysłowie: „Psy szczekają, karawana jedzie dalej”.
I „Sztandar” stał się „Kurierem” ot tak, w ciągu nocy?
W grudniu 1989 r. była pierwsza przymiarka do zmiany tytułu. Zaproponowałem to na posiedzeniu biura KC już niezależnej KP Litwy, ale wniosek odrzucono. Justas Vincas Paleckis, sekretarz KC KPL ds. ideologii, orzekł, że taka gazeta ukazywała się w Wilnie w okresie międzywojennym, więc to nie do przyjęcia.
Zamówiłem wówczas artykuł o rodowodzie „Kuriera Wileńskiego” u Vytautasa Bogušisa – kierownika Wydziału Historycznego Uniwersytetu Wileńskiego. Okazało się, że tytuł ukazywał się już w 1840 r., a po przerwach – również w okresie międzywojennym. Ten argument przekonał – za następnym podejściem zgodzono się na zmianę tytułu. Pierwszy numer gazety pod nowym tytułem ukazał się 9 lutego 1990 r.
Czy później w Najwyższej Radzie Litwy odnoszono się do Pana źle jako do redaktora?
Było różnie, czasem chodziło o więcej niż zarzuty. Byłem wybrany pod hasłem „»Kurier Wileński« twoją gazetą, a jej redaktor twoim deputowanym”. Jako deputowany i sygnatariusz Aktu mogłem odważniej bronić gazetę i siebie.
Im więcej pisaliśmy o sprawach polskich, tym większe były ataki i skargi – do prokuratury, rządu, Rady Najwyższej. Były komisje i kontrole, ale sprawdzający wiedzieli, że byle jak tego nie zrobią. Zarzuty nigdy się nie potwierdziły. „Sowiecka Litwa” (potem „Echo Litwy”), o ile wiem, takich skarg nie doświadczyła.
Czy podpis pod Aktem Niepodległości uważa Pan dziś za błąd – skoro od Litwy tyle przyszło się nacierpieć?
Przykrości doznałem nie od Litwy jako państwa. Raczej – od niektórych polityków, urzędników oraz działaczy społecznych. Nie widziałbym tu związku z niepodległością Państwa Litewskiego. W warunkach demokracji oraz pluralizmu podobne zjawiska są rzeczą raczej normalną. Te ataki na gazetę oraz jej redaktora nie złamały mnie, wręcz odwrotnie – tylko zahartowały.
Zresztą wiele przykrości doznałem również od swoich rodaków, którzy nie akceptowali mojej działalności. W styczniu 1990 r. zawitał do Wilna sam Gorbaczow z małżonką, by przekonywać, że niepodległość jest niepotrzebna, a mrzonki o wolności przyniosą tylko problemy, chłód, głód i wszelkie plagi.
W ramach tej wizyty odbyło się spotkanie Michaiła Gorbaczowa na najwyższym szczeblu z przedstawicielami organów partyjnych obu partii, władz litewskich różnych szczebli, środowisk nauki, kultury, oświaty w gmachu KC KP Litwy (dziś to gmach rządowy). Byłem zaproszony jako redaktor. Podczas długiej oraz burzliwej dyskusji głos zabierali zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy niepodległości – przedstawiciele różnych środowisk oraz narodowości.
Uznałem, że trzeba zabrać głos. Nikt mi przedtem nie proponował, tekstu nie miałem – napisałem notatki na kolanie i poprosiłem o głos. Prowadzący zebranie mi go udzielił. Powiedziałem Gorbaczowowi, aby Kreml pozwolił Litwie samodzielnie decydować o swoim losie i rozwiązywać własne problemy bez nacisków Moskwy. Jako przedstawiciel polskiej mniejszości opowiedziałem się za dialogiem i współpracą z dążącymi do suwerenności Litwinami. Odrzuciłem radzieckie próby rozgrywania karty polskiej przeciwko ruchowi niepodległościowemu Litwinów.
„Panie Gorbaczow, w ZSRS żyje ponad 3 mln Polaków – na Ukrainie, Białorusi, Kazachstanie i innych terenach. Zróbcie coś dla nich, bo dla nas nic z tego, o co prosiliśmy, nie zrobiliście. Pozwólcie, że zaczniemy to załatwiać z władzą samodzielnej Litwy, skoro z wami nie mogliśmy. Zostawić tak, jak jest, nie chcemy” – powiedziałem między innymi.
Większość uczestników zebrania moje wystąpienie przyjęła oklaskami. Impreza była transmitowana na żywo nie tylko przez litewskie media, lecz także przez centralną telewizję oraz radio na cały ZSRS. Nazajutrz pełne teksty wystąpień ukazały się we wszystkich gazetach ogólnozwiązkowych (również w „Prawdzie”) oraz w prasie litewskiej.
Po zakończeniu podbiegł do mnie mocno oburzony ówczesny deputowany do Rady Najwyższej ZSRS [nie mylić z Radą Najwyższą Litewskiej SRS – przyp. red.] Anicet Brodawski. Omal nie chwytając mnie za pierś, zakrzyczał: „Kto pozwolił panu zabrać głos w imieniu Polaków?!”. Miał prawdopodobnie przygotowany tekst poparcia dla władzy moskiewskiej odnośnie do dążeń Litwy do samodzielności. Spokojnie odpowiedziałem, że zabrałem głos we własnym imieniu.
Moje wystąpienie spotkało się z głębokim podziałem wśród społeczności polskiej na Litwie. Działacze, którzy deskę ratunku widzieli w Moskwie, uznali moje słowa za zdradę interesów narodowych. Natomiast środowiska intelektualne i niepodległościowe poparły mnie. Uważały one, że droga do wolności Polaków wiedzie wyłącznie przez lojalność wobec samodzielnej Litwy, a nie przez paktowanie z Moskwą.
Dla Litwinów, którzy obawiali się, że cała mniejszość polska stanowi „piątą kolumnę Moskwy”, mój głos był dowodem na to, iż Polacy mogą być lojalnymi obywatelami i partnerami w budowaniu niezależnego państwa.
Michaił Gorbaczow i Kreml przyjęli moje wystąpienie z rozczarowaniem. Sowiecka strategia zakładała wykorzystanie karty mniejszości narodowych do szantażowania Litwy i powstrzymania jej dążeń niepodległościowych.
Była wtedy również aprobata wśród czytelników, ale i krytyka. Otrzymałem list od studenta Instytutu Technicznego, Waldemara Tomaszewskiego, z pytaniem o tym, że kto mi pozwolił na takie wypowiedzi. Uważał, że nie tracąc możliwości, trzeba iść z Moskwą, że Polacy zostali nijako „zmuszeni iść z Rosjanami” przez Litwinów.
Gdy przyszedł 11 marca, zagłosowałem w zgodzie z przekonaniami. Nie żałuję, innej drogi nie było. Mamy przecież dziś przykłady w innych republikach: Naddniestrze, Gagauzja, Abchazja – do dziś istnieją i krwawią. Lepszego życia tam nie ma, szerszych praw nie załatwili.
Czy ten list się zachował?
Wydrukowaliśmy go bez skrótów w „Czerwonym Sztandarze” jako list otwarty, z moją odpowiedzią w trzech odcinkach.
[OD REDAKCJI: Dokonaliśmy kwerendy w archiwum – chodzi o numer z 6 lutego 1990 r. Redakcja „Czerwonego Sztandaru” opublikowała listy Czytelników ze słowami poparcia i protestu. Jedni pisali, że „Balcewicz zawiódł nas”, inni, jak L. Olszewski z Ukrainy, że „wyrażają głęboką wdzięczność”. Dopuszczano wszystkie opinie, o ile były podpisane].
Zarzuty padały i pod adresem gazety. Sam Tomaszewski był wtedy jeszcze studentem, ale się udzielał – jako pomocnik i doradca deputowanego do RN RL Ryszarda Maciejkiańca [który wstrzymał się od głosu za Aktem, ale nie zagłosował przeciwko – przyp. red.].
Te poglądy i wartości – to z domu, z miejscowości rodzinnej? Jaka jest historia rodziny?
Pochodzę z Zawiasów. Ten zaścianek już nie istnieje – był obok państwowego majątku Legaciszki, gdzie w okresie międzywojennym założono ośrodek wypoczynkowy dla studentów Uniwersytetu Stefana Batorego. To ponad 2 km za Wilią do stacji Łoździany. Tamtędy przechodziła międzywojenna linia demarkacyjna między Polską a Litwą. Do dziś przy szosie do Kowna, w Łoździanach, zachowała się dawna strażnica. Ojciec nie był zbyt wykształcony, ale interesował się polityką, słuchał radia – Radio Wolna Europa było dla niego źródłem informacji.
Mówił mi wtedy coś, co uważałem za niemożliwe: „Poczekaj, wszystko wróci, wróci niepodległość, ustrój sowiecki się zachwieje”. Trudno było w to uwierzyć – wydawał się betonem nie do ruszenia. A jednak miał rację.
Mama pochodzi z dzisiejszej Białorusi, niedaleko Oszmiany. Bardzo wcześnie została sierotą. Jako dziecko trafiła do Wilna wraz z o cztery lata młodszą siostrą – za koleją był sierociniec założony przez Kościół dla dzieci z Białorusi, prowadzony po białorusku. Uczęszczała do gimnazjum białoruskiego przy Ostrej Bramie, gdzie dziś jest Brama Bazyliańska; skończyła 6 klas, zatem pracowała. Z ojcem pobrali się przed wojną, mieszkali w Wilnie. Gdy zaczęła się wojna, ojciec poszedł walczyć, a mama pojechała do jego rodzinnego domu na wsi.

Jak potoczyły się losy ojca w czasie wojny?
Był podobno nawet na Ukrainie, uciekł z niewoli sowieckiej, praktycznie pieszo, i wrócił do Wilna. Prześladowany nie był, bo o jego przeszłości nie wiedziano – choć chwalić się nią nie mógł ani przed Litwinami, ani przed Sowietami.
Jak wyglądała Pana edukacja?
Uczęszczałem do wielu szkół. Do początkowej – Antokalce – były 3 km pieszo przez lasy i pola; cztery klasy łączone: pierwsza z trzecią, druga z czwartą. Nauczycielką była Weronika Łukaszewicz, dla mnie ogromny autorytet. Ukończyłem szkołę wzorowo.
Potem była o 5 km od domu oddalona szkoła 7-letnia w Rostynianach. Skończyłem ją z wyróżnieniem. Nauczyciele widzieli zdolne dziecko, ale niewiele mogli poradzić – nie było wtedy takiej orientacji zawodowej jak dziś. Potem szkoła ośmioletnia w Suderwie – tam skończyłem 8. klasę i zdecydowałem, że trzeba uczyć się dalej. Za przykładem sąsiadki Władzi Sobolewskiej – absolwentki Wileńskiej Szkoły Pedagogicznej – mama zawiozła mnie z dokumentami do Nowej Wilejki. Po rozmowach i egzaminach trafiłem na studia. Uczelnię, którą do dziś uważam za najważniejszą w moim życiu szkołę, ukończyłem z czerwonym dyplomem i prawem wyboru pracy – nie musiałem, jak inni, odpracowywać 2–3 lata w według skierowania. Tak zaczęła się moja praca pedagogiczna w Szkole Średniej nr 26, gdzie oprócz zastępowego dali mi również godziny lekcji geografii w niektórych klasach.

Jak ocenia Pan poziom dzisiejszych polskich mediów na Litwie?
Cieszę się, że media istnieją, że „Kurier Wileński” się zachował – choć w innej postaci. Brakuje mi jednak publicystyki, spraw poważnych, nurtujących Polaków. Mówiło się kiedyś, że gazeta powinna być wręcz organizatorem: gdy nie było specyficznych organizacji, to „Czerwony Sztandar” był ośrodkiem polskości – walka o przedszkola, zakładanie nowych, programy, wszystko, co dotyczyło społeczności.
Dziś też można spróbować. Te sprawy, przynajmniej w poważnych, nieupartyjnionych wydawnictwach, powinny być podejmowane z głębi. Portale ograniczają się do reportaży o jubileuszach i koncertach – to też ważna cząstka życia, ale publicystyki jest za mało. Jestem jednak zadowolony, że gazeta w ogóle istnieje, w takich niegazetowych czasach.
Co Pan sądzi o niedawno powołanej Radzie Redaktorów, której jest Pan członkiem?
Nie sądziłem, że coś takiego powstanie, ale zawsze uważałem, że przy redakcji powinno istnieć ciało doradcze – by poważne sprawy przedyskutować, czasem nawet w szerszym kręgu. Teraz, gdy rada istnieje, cieszę się, że możemy wspólnie z obecnym kierownictwem gazety określić stanowisko odnośnie do ważnych spraw, podpowiedzieć społeczności drogi ich rozwiązania.
To publicystyka zbawi polskie media?
To nie takie proste, ale ludzie czekają na eksperckie opinie. Dziś mamy jedną oficjalną rację – a reszta to rzekomo antypolskość. Tak być nie może. Polacy nie myślą jednakowo; może w sprawach polskich niektórzy mają z tego profity, a reszta tego nie słucha. Razi mnie ostatnio – cieszymy się, że mamy przedstawicieli w rządzie, ale sama frakcja „Chłopów, Zielonych i Rodzin Chrześcijańskich” jest już bez „Akcji Wyborczej Polaków na Litwie” w nazwie. Z AWPL-ZChR zostały tylko „chrześcijańskie rodziny”. Zaczyna to sprawiać wrażenie jakichś konkretnych rodzin chrześcijańskich, konkretnie rodzin wodza, który zarządzać chce sprawami polskimi. A takie rządy nie mają perspektywy.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 29 (83) 25-31/07/2026









