Zaśpiewać o dwudziestoleciu

„Nie ma jak lata 20., lata 30.” – taki tytuł nosi spektakl muzyczny opowiadający o przedwojennej Polsce, który będzie można zobaczyć 20 października w Centrum Kultury w Solecznikach oraz 21 października w wileńskim Teatrze na Pohulance. „Kurier Wileński” rozmawia z Anną Lasotą, aktorką Teatru Muzycznego w Poznaniu i jedną z solistek w tym musicalu.


Anna Lasota w kostiumie do musicalu „Evita” Andrew Lloyd Webbera, premiera: 26 września 2015 r., Teatr Muzyczny w Poznaniu
| Fot Piotr Piaseczny

Miałam już okazję Panią posłuchać. Śpiewa Pani pięknym sopranem. Skąd tak piękny i silny głos w tak drobnej kobiecie?

Dziękuję za komplement. Głos to dar, więc mogę za niego tylko dziękować – i ja dziękuję bardzo. Natomiast niezwykle ważna jest praca nad głosem, jego ciągłe szkolenie i rozwijanie, a w moim przypadku poszukiwanie jego nowych możliwości. Taka drobna też się nie czuję. Rozmiar naszych sylwetek bardzo często nie wskazuje na siłę i nośność głosu. To są sprawy indywidualne.

Teraz jest Pani wielką artystką. Kocha Pani śpiewać, scena kocha Panią. A skąd zamiłowanie do śpiewu i jakie miało początki?

Śpiewam, odkąd pamiętam. Nawet kiedy recytowałam, to zawsze wplatałam w wersy fragmenty śpiewane albo wokalizowane. Śpiewanie to dla mnie oddychanie, coś nieodłącznego i mojego.

Zdobyła Pani wykształcenie muzyczno-aktorskie. Aktorstwo niewątpliwie pomaga na scenie muzycznej. W teatrze, np. w musicalu, czy w rewii musi być Pani również sprawna tanecznie.

Skończyłam wydział wokalno-aktorski w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy w cyklu sześcioletnim. Aktorstwo było dla mnie zawsze bardzo ważne w śpiewaniu, raziły mnie sztuczne odgrywanie na scenie i nienaturalne pozy. Spójność ciała z głosem niesie ze sobą prawdę sceniczną granej przez nas roli. Emocja musi być w głosie oddana, wówczas wiem, że nie oszukuję widza, słuchacza. Nawet najpiękniejszy dźwięk zaśpiewany tylko dla zaśpiewania zrobi wrażenie na chwilę, ale już nie zatrzyma, nie poruszy, nie wzruszy. Łączenie wszystkich elementów na scenie to dla mnie największa radość.

Jak wyglądają Pani przygotowania do śpiewu? Słyszy się o różnych cudownych eliksirach… Czy trzeba dbać jakoś wyjątkowo o mięsień głosu? Jak uruchamia się głos przed wyjściem na scenę?

Przede wszystkim nie można się zbytnio napinać i nastawiać, należy się rozluźnić i zyskać poczucie, że nasz głos ma przestrzeń. Na mnie najlepiej działa rozluźnienie strun głosowych i poczucie, że są swobodne, wtedy współpracują ze mną najlepiej. Te wszystkie eliksiry to tylko jakieś substytuty, raczej nie polecam…

Pochodzi Pani z Bydgoszczy, ale obecnie mieszka w Poznaniu i tam też pracuje w Teatrze Muzycznym. Poznaniacy szanują wierność Pani do tej sceny?

Teatr Muzyczny i Poznań to mój drugi dom. Dbam o tę przyjaźń i doceniam moich wiernych fanów, którzy kilkakrotnie chcą przychodzić na jeden tytuł. To robi na mnie duże wrażenie. Jestem im bardzo wdzięczna i liczę na dalszą miłą współpracę.

Śpiewa Pani różne gatunki muzyki – poważną, klasyczną, ale i wywodzącą się z muzyki dawnej, filmowej, musicalu, wodewilu. Czy może Pani zaśpiewać wszystko? Czy któryś gatunek lubi Pani szczególnie?

W śpiewaniu właśnie to jest piękne, że można poeksperymentować. Zazwyczaj uciekam od szufladkowania. Słucham swojego głosu, jeżeli jest mu dobrze w danym gatunku, to w nim zostaję. Doskonale też wyczuwam, co nie jest dla mnie dobre, wówczas nie próbuję sobie ani nikomu na siłę udowadniać, że zaśpiewam wszystko. Umiem powiedzieć „nie”. Świadomość w wykorzystywaniu głosu jest bardzo ważna, żeby nie zrobić sobie krzywdy i by nasze struny głosowe nie cierpiały.

Śpiewała Pani w „Evicie”, w musicalu o Evie Perón. To bardzo charakterystyczna postać i ambitna rola. Czy lubiła Pani wcielać się w tę rolę?

„Evita”! Kocham ten spektakl i tę rolę za jej różnorodność i niejednoznaczność. To też duże wyzwanie aktorskie i wokalne. Praca nad tą rolą bardzo wiele mnie nauczyła, często sięgam do tej spuścizny. Eva Perón jest kobietą o wielu twarzach, raz bardzo silna, czasem wyrachowana, a czasem słaba i krucha, przyznająca się do swojej niemocy. Jest o czym śpiewać.

Czytaj więcej: „Odrodzeni Duchem”, adaptacja filmowa po 12 latach od premiery teatralnej

Występowała też Pani w „Rodzinie Addamsów”, z którą Państwa teatr podróżował po Polsce z sukcesami. I do tego spektaklu trzeba było mieć nie byle jaką kondycję fizyczną.

„Rodzina Addamsów” to z kolei spektakl bardzo precyzyjny, wymagający grania formą. Na tym polega jego siła, choć z drugiej strony emocje wszystkich postaci są niezwykle ważne. Ta rodzinka jest zwariowana, ale też kochająca, i to ją wyróżnia, scala i sprawia, że cały świat ją zna i bardzo lubi. Każdy ruch ręką i przejście przez scenę jest zaplanowane, po spektaklu czuję się jak po porządnym treningu.

Występowała Pani na dużych scenach, np. na Tauron Arenie w Krakowie, przed ponad 10 tys. ludzi. Nasza scena w Wilnie jest dużo mniejsza, kameralna, ale z duszą. Teatr na Pohulance przeszedł trudną drogę. Czy była Pani już kiedyś w Wilnie? Poznała tutejsze klimaty?

Byłam w Wilnie, ale występ na Pohulance to będzie mój pierwszy raz. Nie mogę się doczekać, słyszałam, że to piękne miejsce, więc spodziewam się wspaniałych przeżyć. Wielkość sceny nie ma znaczenia, ważne, żeby stworzyć klimat, przenieść widza do innego wymiaru, sprawić, by czuł i przeżywał razem z nami, artystami.

„Nie ma jak lata 20., lata 30.” to musical, z którym zawitacie do Wilna. Proszę powiedzieć coś o tym spektaklu. Oczywiście, najważniejsze będzie to, co usłyszymy 20 i 21 października.

„Nie ma jak lata 20., lata 30.” to spektakl, który graliśmy w wielu miejscach i wszędzie cieszył się ogromnym aplauzem publiczności. Oprócz mnie wystąpią: Lucyna Winkel-Sobczak, Jarosław Patycki, Wiesław Paprzycki, Łukasz Brzeziński, Maciej Ogórkiewicz, Radosław Elis oraz chór i balet Teatru Muzycznego z Poznania. To taki inscenizowany koncert z wielkimi przebojami okresu międzywojennego. To są perełki do wykonania, dzieła, które za chwilę będą mieć po 100 lat, a mimo to się nie starzeją, wręcz przeciwnie, stają się jeszcze bardziej aktualne i zachwycające.

Słowo spójne z melodią zabiera zarówno słuchacza, jak i samego wykonawcę do innej przestrzeni, magicznej i bardzo klimatycznej. Ten repertuar jest niepowtarzalny i możemy być z niego dumni, jestem pewna, że kolejne pokolenia również bardzo często będą sięgać po ten repertuar. Ja wykonam m.in. „Miłość ci wszystko wybaczy” i „Na pierwszy znak”. Teksty niezwykle kobiece i bardzo bliskie mojemu sercu. Postaram się, by już na miejscu, w wileńskich progach, zabrzmiały najpiękniej, jak to jest możliwe.

Czytaj więcej: Teatr grany wciąż od nowa


O latach 20. i 30. mówi się, że były to najbardziej szalone lata w historii. To era wyzwolonych kobiet, chodzących w garniturach i strzygących się na chłopczyce. To złoty okres kinematografii i filmowych amantów, rewii i kabaretów. To okres rewolucji kulturalnej. Wszyscy odetchnęli z ulgą po zawirowaniach Wielkiej Wojny, otwierając się na nowe doznania w modzie, filmie, muzyce czy sztuce. Na polskich ekranach królował Eugeniusz Bodo, a na estradach – Ordonówna.

Początek XX w. kojarzony jest z intensywnym rozwojem muzyki rozrywkowej. Nie miałby on szans rozwinąć skrzydeł, gdyby nie blues. W tym czasie kształtował się, wywodzący się z Nowego Orleanu, jazz. Coraz częściej słyszało się swingowe brzmienia, które zyskały popularność w latach 30.

W paryskiej dzielnicy Montmartre, jeszcze w końcu XIX w., powstaje pierwszy kabaret. Początkowo nie cieszył się dobrą sławą i był bardziej kojarzony z rozpustą niż ze sztuką. Lokal nazywał się Czarny Kot (Le Chat Noir).

I w Polsce, na wzór zachodni, zaczęło kwitnąć życie kulturalne. Pierwszym polskim kabaretem był Zielony Balonik, założony w 1905 r., a jego siedzibą została słynna krakowska kawiarnia Jama Michalika. Kabaret współtworzyli Juliusz Osterwa, Tadeusz Boy-Żeleński, Leon Schiller. Podstawą dobrej satyry stało się słowo i inteligentny żart oraz lekka, wesoła, ale i nostalgiczna piosenka. W dwudziestoleciu życie artystyczne przeniosło się do Warszawy, a wiodącymi polskimi kabaretami zostały Qui Pro Quo i Morskie Oko. Stały się one ośrodkami kultury ze względu też na swoich twórców, do których należeli: Julian Tuwim, Jarosław Iwaszkiewicz, Jan Lechoń, Antoni Słonimski. Qui Pro Quo, działające w latach 1919–1931, było flagowym kabaretem stolicy. Teksty do niego pisali Marian Hemar i Julian Tuwim, a występowali w nim: Eugeniusz Bodo, Tadeusz Osterwa, Hanka Ordonówna, Mira Zimińska, Zula Pogorzelska, Mieczysław Fogg czy Adolf Dymsza.

Także na scenach wileńskiej Pohulanki gościli niektórzy z nich. Teatr w czasie zaboru carskiego był jedną z najbardziej znaczących scen dla kultury. W latach 1925–1929 budynek Teatru na Pohulance był siedzibą teatru Reduta, kierowanego przez Juliusza Osterwę. Na jego scenie w kolejnych latach występowała czołówka polskich artystów: Irena Eichlerówna, Nina Andrycz, Aleksander Zelwerowicz, Hanka Bielicka, Zdzisław Mrożewski, Danuta Szaflarska, Loda Halama czy Hanka Ordonówna.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 42(121) 16-22/10/2021