Miłosierdzie silniejsze niż kryzys. Historia małżeństwa, które odzyskało siebie w chwili, gdy wszystko wydawało się stracone

Podczas Światowego Apostolskiego Kongresu Miłosierdzia, który odbywał się w Wilnie 7–12 czerwca, uczestnicy mogli wysłuchać poruszającego świadectwa Bożeny i Krzysztofa Pietraszkiewiczów z Wilna. Ich historia nie jest opowieścią o idealnym życiu ani łatwej wierze. To historia małżeństwa, które przeżyło głęboki kryzys, zmierzyło się z ciężką chorobą i odnalazło nową drogę dzięki wierze oraz doświadczeniu Bożego Miłosierdzia.

Czytaj również...

– Gdyby ktoś przed laty powiedział nam, że będziemy publicznie opowiadać o swoim życiu jako świadectwie działania Boga, trudno byłoby nam w to uwierzyć – przyznawał Krzysztof.

Oboje wychowali się w rodzinach związanych z Kościołem. Jak sami mówią, była to jednak przede wszystkim tradycyjna religijność. Przyjęli sakramenty, zawarli małżeństwo i rozpoczęli wspólne życie pełne planów oraz marzeń. Niedługo po ślubie pojawiły się dzieci, a codzienność szybko wypełniły obowiązki związane z pracą, domem i utrzymaniem rodziny.

– Żyliśmy tak jak wiele młodych rodzin. Chcieliśmy mieć dobrą pracę, samochód, mieszkanie, wakacje. Nikt jednak nie uczył nas, jak dbać o relację i jak nie zagubić siebie nawzajem w codziennym biegu – wspominali.

Z czasem pojawiły się wzajemne oczekiwania i pretensje: – Wymagaliśmy od siebie coraz więcej. Każde uważało, że daje z siebie wszystko, a drugie powinno zrobić jeszcze więcej.

Krzysztof przyznawał, że w tamtym okresie wiara schodziła na dalszy plan: – Wydawało nam się, że sami jesteśmy panami własnego losu. Kiedy jest się młodym i zakochanym, człowiek myśli, że kryzysy dotyczą innych.

Z uśmiechem wspominał nawet dzień ślubu: – Gdy składano nam życzenia miłości i zgody, bardziej myśleliśmy o tym, żeby życzono nam pieniędzy. Takie były wtedy nasze priorytety.

Żyliśmy obok siebie

Przez pewien czas wszystko wyglądało dobrze. Małżonkowie doczekali się własnego mieszkania, wychowywali dzieci i budowali stabilizację. Problemy narastały jednak pod powierzchnią.

Punktem zwrotnym okazał się kryzys gospodarczy z 2009 r. Sytuacja finansowa na Litwie była trudna, a Krzysztof podjął pracę kierowcy międzynarodowego. – Z jednej strony, była to możliwość zarobienia pieniędzy, ale dziś widzę, że częściowo była to także ucieczka od domu, od codziennych obowiązków i rutyny – przyznał.

Nieobecność męża zmieniła również życie Bożeny. – Mnie też było w pewnym sensie wygodnie – mówiła szczerze. – Wszystkie decyzje dotyczące dzieci i domu należały do mnie. Nikt mi nie przeszkadzał, sama ustalałam zasady.

To, co początkowo wydawało się praktycznym rozwiązaniem, stopniowo zaczęło prowadzić do coraz większego oddalenia między małżonkami. Każde z nich żyło własnymi sprawami, a wspólnota małżeńska zaczęła słabnąć.

– Kiedy wracałem do domu, coraz częściej przyjeżdżałem już ze swoimi oczekiwaniami – opowiadał Krzysztof. – Chciałem odpocząć, mieć spokój, ciszę, dobrze zjeść, spotkać się ze znajomymi. Tymczasem żona czekała na męża, który pomoże rozwiązać wszystkie nagromadzone problemy.

Bożena z kolei potrzebowała przede wszystkim rozmowy: – Chciałam, żeby mnie wysłuchał. Chciałam opowiedzieć o wszystkim, co wydarzyło się podczas jego nieobecności, ponarzekać, podzielić się tym, co mnie bolało. A on oczekiwał odpoczynku. I tak coraz bardziej się mijaliśmy.

Narastające napięcia były szczególnie bolesne dla Krzysztofa. Dorastał w rodzinie naznaczonej problemem alkoholowym i od dziecka marzył, że jego własne małżeństwo będzie wyglądało inaczej.

– Zawsze wyobrażałem sobie rodzinę pełną miłości i zgody – mówił. – Miałem zupełnie inną wizję niż ta, którą znałem z domu rodzinnego. Tymczasem coraz częściej widziałem, że nasze małżeństwo zmierza w bardzo niebezpiecznym kierunku. – Zdarzało się nawet mówić, że gdy dzieci dorosną, każde pójdzie swoją drogą. To były bardzo bolesne słowa.

– Nie było między nami zgody, szacunku ani prawdziwego porozumienia – dodawała Bożena. – Każde z nas uważało się za bardziej skrzywdzone. Ja czułam się samotna w wychowywaniu dzieci i prowadzeniu domu. On czuł się skrzywdzony ciężką pracą i odpowiedzialnością za utrzymanie rodziny. Oboje zamknęliśmy się w poczuciu własnej krzywdy.

Ten stan trwał przez lata.

Modlitwa człowieka bezradnego

Przełom nastąpił po jednej z kolejnych kłótni. – Pamiętam, że modliłem się wtedy własnymi słowami – opowiadał Krzysztof. – Powiedziałem: „Panie Boże, jeśli naprawdę jesteś, zrób coś. Pomóż mi. Przecież marzyłem o innej rodzinie. Widzę, że oboje się staramy, ale nie potrafimy się porozumieć. To wszystko prowadzi do bardzo złych skutków”.

Była to pierwsza tak szczera modlitwa w jego życiu. Kilka miesięcy później wydarzyło się coś, czego nikt nie przewidywał. Najpierw pojawiły się problemy zdrowotne. Lekarze podejrzewali zapalenie oskrzeli. Leczenie trwało miesiącami, a stan Krzysztofa nie poprawiał się: – Schudłem ok. 12 kg. Nie miałem siły pracować. Coraz częściej przebywałem w domu. Paradoksalnie było jeszcze więcej kłótni i napięć.

Lekarze długo nie potrafili znaleźć przyczyny choroby. W końcu przyszła diagnoza. Rak krwi. Chłoniak w trzecim stadium.

Światowy Kongres Bożego Miłosierdzia odbywał się w Wilnie 7–12 czerwca. Na zdjęciu: procesja eucharystyczna, 7 czerwca | Fot. Orestas Gurevičius, ELTA

Powrót do Boga

Lekarze dawali nadzieję. Tłumaczyli, że współczesna medycyna dysponuje skutecznymi metodami leczenia. Rozpoczęła się intensywna terapia: chemioterapia i naświetlania. W płucach pojawiły się liczne zmiany nowotworowe. Jednak organizm reagował bardzo ciężko. – Po trzech miesiącach chemii praktycznie przestałem chodzić. Nie miałem siły przejść nawet do łazienki. Leczenie całkowicie mnie wyniszczyło – wspominał Krzysztof.

W pewnym momencie lekarze wypisali go do domu na weekend. To właśnie wtedy wydarzyło się coś, co małżonkowie do dziś uważają za punkt zwrotny w swoim życiu.

Przyjaciele zaprosili ich na spotkanie modlitewne w kościele Ducha Świętego w Wilnie, przyjechał tam, by odprawić mszę, znany ksiądz charyzmatyk. Przyjechali wcześniej, aby znaleźć miejsce dla chorego, wyczerpanego Krzysztofa. Usiedli tuż obok konfesjonału.

– W pewnym momencie nasi znajomi powiedzieli: „Idźcie do spowiedzi” – wspominała Bożena. – A ja? Byłam u spowiedzi tylko dwa razy w życiu: przed Pierwszą Komunią Świętą i przed sakramentem małżeństwa. Potem już nie korzystałam z sakramentów, nie przyjmowałam Komunii Świętej, nie uczestniczyłam we Mszy Świętej. Dzisiaj wiem, że był to moment miłosierdzia. Pan Bóg przemówił wtedy do mnie przez innych ludzi. Jakby mówił: „Idź do tej spowiedzi. Może to ostatni raz, kiedy możecie razem przyjąć Komunię Świętą. Może to ostatni raz, kiedy jesteście razem”.

– To było trudne. Grzechów nazbierało się bardzo dużo. Jednak Pan Bóg w takich chwilach daje łaskę dobrej pamięci, otwiera serce i daje odwagę, by wszystko wyznać. To, co usłyszałam w konfesjonale, stało się dla mnie przełomem. „Pan Bóg już dawno ci wybaczył” – powiedział ksiądz. „Teraz ty sama musisz sobie wybaczyć”.

– Pamiętam, że kiedy odeszłam od konfesjonału, uklękliśmy do modlitwy i przez długi czas nie mogliśmy się podnieść. Trzeba było to wszystko wypłakać.

Krzysztof wspomina ten przełom podobnie: – We mnie także pojawiło się pragnienie spowiedzi. Wstałem z miejsca, na którym siedziałem, choć wiedziałem, że później ktoś je zajmie i mogę już nie mieć siły dalej stać. Dawno nie byłem u spowiedzi. Owszem, zdarzały się jakieś pojedyncze okazje – ślub czy ważniejsze uroczystości – ale przez lata żyliśmy bez regularnego korzystania z sakramentu pokuty. Nie pamiętam już dokładnie, co mówiłem w konfesjonale. Nie pamiętam też słów księdza. Pamiętam jednak, co wydarzyło się później. Kiedy odszedłem od spowiedzi, wypełniły mnie niezwykłe emocje: radość, miłość, pokój, cisza. Trudno to opisać. To był prawdziwy czas łaski.

– Wtedy jeszcze nie rozumiałem do końca, co się dzieje. Podczas modlitwy ksiądz mówił o przebaczeniu i zawierzeniu Bogu. Przyjąłem Jezusa jako swojego Zbawiciela. Modliłem się gorliwie, dziękując Bogu za wszystko.

Tego dnia wydarzyło się jeszcze coś, co szczególnie utkwiło im w pamięci: – Byłem bardzo słaby. Tymczasem podczas całej Mszy św. i modlitwy stałem prawie trzy godziny. Dopiero później uświadomiliśmy sobie, że jeszcze dzień wcześniej było to dla mnie niemożliwe.

Po powrocie do domu rozpoczęli nowy etap życia: – Zaczęliśmy szukać Boga. Jeździliśmy na rekolekcje, konferencje i spotkania modlitewne. Przede wszystkim jednak wróciliśmy do regularnego uczestnictwa we Mszy św.

Szczególne miejsce zajęły również w ich życiu Ostra Brama i Sanktuarium Miłosierdzia Bożego.

Uzdrowienie ciała i relacji

Mimo duchowego przełomu walka z chorobą trwała nadal. Krzysztofa czekał jeszcze na przeszczep szpiku kostnego i kolejne tygodnie spędzone w szpitalu: – Każdego dnia modliłem się o siłę, wiarę i ochronę. Był to czas całkowitego zawierzenia Bogu.

Dziś od pięciu lat pozostaje w całkowitej remisji. – Wiele rzeczy, które wydarzyły się podczas leczenia, odbieram jako prawdziwe cuda dokonujące się przez ręce lekarzy – mówił. – Kilka lat temu do Kalwarii Wileńskiej przyjechał ewangelizator Maciej Zieliński, który obecnie również uczestniczył w Apostolskim Kongresie Miłosierdzia w Wilnie. Podczas spotkania z okazji Zesłania Ducha Świętego zgromadziły się setki ludzi. Staliśmy z Bożeną zupełnie z tyłu. Był to dla nas trudny czas. Choroba pozostawiała ślad nie tylko w ciele, ale i w psychice. Pojawiały się chwile przygnębienia, zmęczenia i lęku. Nagle Maciej Zieliński spojrzał w naszym kierunku i wskazał palcem. „Słuchajcie, Bóg dał wam uzdrowienie. Żyjcie w pokoju i cieszcie się tym wszystkim, co macie”. Staliśmy tak daleko, że nawet nie przyszło nam do głowy, iż mówi właśnie o nas. Po chwili dodał: „Tak, ten łysy chłopak i ta dziewczyna z lokami”.

– Odwróciliśmy się, przekonani, że chodzi o kogoś innego. Wtedy powiedział jeszcze wyraźniej: „Ale wy już macie uzdrowienie. O co jeszcze się modlicie?”. Cała nasza wspólnota była poruszona. Ci ludzie znali naszą historię. Wiedzieli, przez co przeszliśmy. Towarzyszyli nam przez lata choroby, niepewności i walki o życie. Razem z nami usłyszeli kolejne potwierdzenie Bożego działania. Tym razem przyszło ono przez człowieka, który nas nie znał.

– Nie musimy powtarzać Panu Bogu dziesięć razy tego samego – mówi Bożena. – Jeśli naprawdę uwierzę, że On działa, to wystarczy jedna prośba.

Jeszcze większym zaskoczeniem okazało się to, co wydarzyło się później. – Kiedy Krzysztof zachorował, mieliśmy już dwójkę dzieci – wspominała Bożena. – Jedno z pierwszych pytań lekarza brzmiało: „Czy ma pan dzieci?”. Kiedy odpowiedział, że tak, usłyszał: „To dobrze, bo więcej dzieci mieć pan nie będzie”.

Dziś małżonkowie uśmiechają się na wspomnienie tamtej rozmowy. Po chorobie doczekali się jeszcze trojga dzieci. – Wszystkie były wyczekane i planowane – mówiła Bożena. – Dziękujemy za nie każdego dnia, bo są dla nas wielkim cudem.

Najmłodsze dzieci to bliźnięta, które mają dziś rok i osiem miesięcy. – Dają nam w kość – śmiał się Krzysztof. – Potrzeba dużo sił, czasu i cierpliwości. Ale Pan Bóg ma swój plan. Po chwili dodaje. – Gdybyśmy nie przeszli przez wszystkie te doświadczenia, nie wiem, jak wyglądałoby nasze życie. Być może nie mielibyśmy w sobie tyle miłości dla kolejnych dzieci. Być może nie umielibyśmy tak kochać siebie nawzajem. To właśnie dzięki wszystkim otrzymanym łaskom i Bożemu miłosierdziu wciąż mamy w sobie miłość dla siebie i dla naszej rodziny.

Krzysztof podkreśla również, jak ważnym sakramentem stała się dla niego spowiedź. – Przez spowiedź człowiek otrzymuje łaski miłosierdzia – mówił. – Nasze bliźnięta jeszcze chodzą w pampersach. Kiedy coś im przeszkadza, od razu dają znać, że trzeba je zmienić. Z człowiekiem jest podobnie. Kiedy w sercu coś zaczyna ciążyć, kiedy nagromadzi się zbyt wiele rzeczy, trzeba pójść do konfesjonału i pozwolić Bogu to oczyścić.

Jak wygląda ich życie dzisiaj? – Żyjemy normalnie – odpowiadała Bożena. – Nasze temperamenty się nie zmieniły. Nadal jesteśmy emocjonalni, nadal zdarzają się konflikty i różnice zdań. Czasem nawet bardzo głośne. Taka już jestem.

Jednak, jak podkreśla, zmieniło się coś znacznie ważniejszego: – Nauczyliśmy się pamiętać, że nie jesteśmy sami. Patrzę na człowieka, który stoi obok mnie, i widzę kogoś, kto otrzymał od Boga wiele łask. Widzę najlepszego człowieka, jakiego mogłam spotkać na swojej drodze.

Dodaje, że kiedy patrzy się na współmałżonka przez pryzmat Bożej miłości, codzienne trudności zaczynają wyglądać inaczej: – To, co wcześniej drażniło i irytowało, staje się łatwiejsze do przyjęcia. Kiedy patrzymy tylko po ludzku, wracamy do egoizmu. Wtedy pojawia się myślenie: „to on jest winny”, „to ona powinna się zmienić”. Ale na tym nie da się budować relacji. To prowadzi jedynie do oddalenia.

Jej zdaniem prawdziwa zmiana zaczyna się wtedy, gdy człowiek próbuje spojrzeć na drugą osobę oczami Boga.

Miłość po przejściach

Po zakończeniu spotkania zapytałam Bożenę i Krzysztofa, czy można powiedzieć, że choroba Krzysztofa uratowała ich małżeństwo?

– Zdecydowanie tak – odpowiada Bożena bez chwili wahania. – Choroba sprawiła, że zwróciliśmy się ku sobie nawzajem. Przestaliśmy skupiać się wyłącznie na własnych potrzebach, a zaczęliśmy pytać, czego potrzebuje druga osoba i jak możemy sobie pomóc.

Krzysztof przyznaje, że właśnie wtedy zrozumiał, co w życiu jest naprawdę ważne.

– Największym moim żalem było poczucie, że nie zdążyłem zrobić wielu rzeczy dla rodziny. Zastanawiałem się, czy byłem wystarczająco dobrym mężem i ojcem. Kiedy człowiek staje twarzą w twarz z możliwością odejścia, inaczej patrzy na życie. Pieniądze, kariera czy codzienne problemy przestają mieć znaczenie. Najważniejsi stają się ludzie, których kochamy.

W czasie choroby modlił się przede wszystkim o czas: – Prosiłem Boga o jeszcze pół roku życia. Chciałem po prostu pobyć trochę dłużej z dziećmi i żoną. Chciałem być dla nich lepszym ojcem i lepszym mężem.

Zmieniła się również ich codzienność. – Po chorobie zaczęliśmy znacznie więcej czasu spędzać razem z dziećmi – mówi Krzysztof. – Wcześniej człowiek ciągle gdzieś biegł. Później odkryliśmy, że największą wartość mają zwyczajne chwile spędzone razem.

– To nie były egzotyczne podróże ani kosztowne atrakcje – dodaje Bożena. – Najczęściej wspólne spacery, wycieczki rowerowe czy dzień nad jeziorem. Po prostu obecność.

Małżonkowie zaczęli także świadomie pracować nad komunikacją: – Uczyliśmy się rozmawiać ze sobą i z dziećmi. Odkryliśmy, jak wiele wynosi się z domu rodzinnego i jak bardzo wpływa to później na życie. Zrozumieliśmy, że relacja nie rozwija się sama. Trzeba o nią dbać każdego dnia.

Na zakończenie zapytałam moich rozmówców, jaką radę daliby małżeństwom przeżywającym kryzys, a także osobom ciężko chorym, które tracą nadzieję na wyzdrowienie. – Przede wszystkim nie tracić wiary – odpowiada Krzysztof. – Modlić się i nie przestawać prosić Boga o pomoc. Wierzę, że Pan Bóg wysłuchuje nasze modlitwy. Czasem odpowiedź przychodzi inaczej, niż się spodziewamy, ale zawsze przychodzi.

Bożena zwraca uwagę na coś jeszcze: – Nie bójmy się prosić o pomoc innych. Nie bójmy się powiedzieć i przyznać: „Jest mi trudno. Nie radzę sobie. Potrzebuję wsparcia”. Nie każdy nas zrozumie, ale znajdą się osoby, które wyciągną pomocną dłoń. Trzeba dać im szansę.

– Warto wierzyć, że każdy trudny etap ma jakiś sens. Bóg potrafi wyprowadzić dobro nawet z najbardziej bolesnych doświadczeń. Czasami trzeba po prostu przetrwać ten czas. Ale razem. Nie – osobno – podsumowuje Krzysztof.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 28 (80) 18-24/07/2026

Afisze

Więcej od autora

Kard. Ryś po wykładzie w Wilnie: „Życzę Polakom na Litwie, aby pozostali sobą”

https://kurierwilenski.lt/2026/06/11/sprawiedliwosc-bez-milosierdzia-jest-okrucienstwem/Eminencjo, jakie przesłanie chciałby Ksiądz Kardynał przekazać naszym Polakom, mieszkającym na Wileńszczyźnie, którzy pielęgnują od pokoleń tutaj swoją wiarę, kulturę i język?Życzę im przede wszystkim, żeby pozostali sobą, żeby byli...