Jarosław Tomczyk: Od 20 lipca Wielka Brytania ma nowego premiera – Andy’ego Burnhama, byłego burmistrza metropolitalnego Manchesteru. W wyniku czego znalazł się on na tym stanowisku?
Przemysław Biskup: W wyniku słabości grupy parlamentarnej Partii Pracy pod rządami Keira Starmera. Laburzyści przez 14 lat, między 2010 a 2024 r., byli w opozycji. Wystarczająco długo, by wszyscy, którzy pamiętali wcześniejszy okres rządzenia, przeszli na emeryturę albo znaleźli sobie alternatywne ścieżki rozwoju. Grupę parlamentarną Partii Pracy po wyborach w 2024 r., w których laburzyści uzyskali rekordową liczbę mandatów w oparciu o słaby wynik mierzony głosami, stworzyli mniej więcej po połowie posłowie, którzy pierwszy raz znaleźli się w parlamencie, i ci zasiadający w nim niemal wyłącznie w okresie opozycji. Dwa lata premiera Starmera pokazały ich brak doświadczania w procesie rządzenia. Popełniano mnóstwo, czasem szkolnych błędów. Na tym tle Andy Burnham bardzo dobrze się pozycjonował.
Dlaczego, przecież jeszcze dwa miesiące temu nie był nawet posłem Izby Gmin?
Mógł się pochwalić praktycznym doświadczeniem w rządzeniu. W czasach opozycyjnych dla laburzystów świadomie zrezygnował z mandatu do Izby Gmin, by wygrać wybory na burmistrza metropolitalnego Manchesteru. W parlamencie jego partia nie miała wtedy wiele do powiedzenia, a on mógł się wykazać, podejmować decyzje, budować swoją pozycję i tworzyć swój sztab. To jest baza jego sukcesu.
Andy Burnham, zanim odszedł do Manchesteru, miał za sobą bogatą karierę parlamentarną, spędził w Izbie Gmin 16 lat. Przeszedł dużą część klasycznej ścieżki awansu, przed 2010 r. był asystentem ministra, wiceministrem, ministrem, a potem w okresie opozycji krótko zasiadał w tzw. gabinecie cieni. Nie jest osobą, która przeszła z samorządu do polityki ogólnokrajowej, nie będąc w niej wcześniej. Do tego trzeba podkreślić, że pozycja burmistrza metropolitarnego Manchesteru – drugiej największej metropolii po Londynie – przypomina pozycję prezydenta Warszawy czy Krakowa w Polsce, czy mera Wilna na Litwie, choćby pod względem budżetu, jakim się zarządza.
Oczywiście w systemie brytyjskim premierem może być tylko poseł do Izby Gmin, więc Burnham musiał ponownie uzyskać mandat. Nastąpiło to w sposób tradycyjny dla Wielkiej Brytanii. Znalazł się zaprzyjaźniony poseł, który zdecydował się ustąpić z mandatu w okręgu na terenie wielkiego Manchesteru. Rezygnacja uruchomiła wybory uzupełniające, Burnham w nich wystartował, uzyskał mandat i w zasadzie w tym momencie objęcie przez niego teki premiera było przesądzone. Nie miał konkurentów, osoby wcześniej pretendujące do objęcia przywództwa w Partii Pracy ustąpiły, a nawet część z nich przystąpiła do jego obozu.
Keir Starmer, który dwa lata temu poprowadził Partię Pracy do zwycięstwa w wyborach, ustąpił jako jeden z najmniej popularnych premierów w historii.
Przesądził o tym styl wygranej w 2024 r., zwłaszcza ogromna dysproporcja między głosami a mandatami, o której wspomniałem – było to mniej więcej 62 proc. mandatów za 34 proc. głosów. Była ona bezpośrednim skutkiem przyjętej strategii wyborczej, której filarem było obiecywanie wszystkiego wszystkim. W efekcie po objęciu władzy trudno było te obietnice zrealizować. Jakąkolwiek decyzję Starmer by podjął, zrażał do siebie część wyborców, ale także posłów Partii Pracy, którzy musieli bronić decyzji rządu w swoich okręgach. Często mieli poczucie, że muszą się tłumaczyć z dziwnych rzeczy, które robi rząd, a które miały wyglądać inaczej. Doszło do tego trochę pecha, Starmerowi na pewno nie pomogła wojna w Zatoce Perskiej, która wywindowała ceny ropy naftowej, tak jak jego poprzednikom nie pomogła pandemia czy agresja Rosji na Ukrainę skutkująca skokiem cen energii.

Andy Burnham deklaruje, że chce się skupić na odbudowie infrastruktury kraju, zmianie systemu edukacji skoncentrowanego na elitarnych uniwersytetach, modernizacji służby zdrowia, decentralizacji. Czy w Pana ocenie ma to realne szanse realizacji?
O ile zmiana premiera przez partię rządzącą bez procesu wyborczego jest całkowicie zgodna z brytyjską „konstytucją”, o tyle zmiana mandatu politycznego już nie jest. Innymi słowy, Burnham, niezależnie od tego, co być może sam na ten temat myśli, wchodzi w buty Starmera z 2024 r. Większość, którą dysponuje, jest wybrana na podstawie tego manifestu, który obiecuje wszystko wszystkim, i premier jest nim związany. A wydaje się on nie do „dowiezienia”.
Dochodzi do tego czynnik mocno ograniczający swobodę manewru w zakresie finansów publicznych. Wielka Brytania ma najwyższy w historii wskaźnik opodatkowania w okresie pokoju. Trudno sobie wyobrazić jeszcze wyższe podatki, a z drugiej strony – jest bardzo wysoki deficyt i po covid-19 bardzo wysoki poziom długu. Jeśli premier będzie chciał dokonywać poważniejszych zmian i gdzieś dołożyć pieniędzy, będzie musiał gdzie indziej ciąć wydatki. Moim zdaniem ma się to nijak do jego bardzo ambitnych planów. Będzie miał dużo szczęścia, jeśli zrealizuje jedną piątą zapowiedzi.
Na horyzoncie wyraźnie widać, że jeśli Burnhamowi się nie uda, Wielka Brytania może znaleźć się w rękach populistycznej, nacjonalistycznej Partii Reform Nigela Farage’a.
To prawda. To jest od półtorej roku wiodąca partia w sondażach.
Nowy premier do wyborów ma trzy lata.
Maksymalnie. W zależności od tego, co będzie robił. Jeśli będzie chciał podejmować działania niezapowiedziane w manifeście wyborczym, może mieć znacznie mniej. W skrajnym przypadku możemy mieć wybory jeszcze jesienią tego roku.
Paradoksem jest, że to Farage w referendum przed dziesięciu laty pchnął Brytyjczyków do brexitu, o którym dziś, pięć lat po wystąpieniu z Unii Europejskiej, powszechnie mówi się, że przyniósł negatywne skutki.
Trzeba tu odróżnić dwa pola. To, co jest wymiarem gry politycznej, rywalizacji międzypartyjnej, i to, co stanowi politykę publiczną, sektorową. W tym pierwszym zakresie brexit był rodzajem rewolucji. Na pewno wstrząsnął systemem politycznym i trwale zdestabilizował scenę partyjną. Fakt, że Burnham jest siódmym premierem w ostatnich dziesięciu latach, jest bardzo daleki od standardów brytyjskich sprzed brexitu.
Z drugiej strony, jeśli spojrzeć na sferę regulacji, Wielka Brytania pięć lat po brexicie… ciągle jest krajem Unii Europejskiej. Regulacji europejskich ma nadal na poziomie ponad 90 proc. W rezultacie trudno mówić, że w tym zakresie brexit miał jakiś szczególnie silny wpływ. Gospodarka brytyjska w ciągu ostatnich dziesięciu lat radziła sobie przeciętnie lepiej niż niemiecka, okresowo trochę lepiej lub gorzej niż francuska i podobnie do włoskiej. Niewątpliwie nastąpiło podniesienie kosztów transakcyjnych w handlu z Unią Europejską, ale z drugiej strony, z tego samego powodu, państwem, które najbardziej straciło na brexicie pod względem wymiany towarowej, są Niemcy. Wielka Brytania, w relatywnym ujęciu, od 25 lat obniżała swój eksport do Unii Europejskiej, natomiast zwiększała do państw trzecich, i ten eksport nieustannie rośnie.
Jednoznaczny bilans brexitu jest w tej chwili bardzo trudny z powodów metodologicznych i nie należy go wyolbrzymiać, bo Wielka Brytania w zakresie polityki regulacyjnej jeszcze brexitu nie skonsumowała. Natomiast niewątpliwie zafundowała sobie duży i kosztowny szok adaptacyjny, acz jednorazowy. W mojej ocenie dużo większy udział w problemach gospodarki brytyjskiej, analogicznie jak unijnej, odgrywają obecnie ceny energii wynikające z utrzymanej, nawet po brexicie, unijnej polityki Zielonego Ładu.
Tymczasem rośnie liczba osób uważających, że brexit był pomyłką.
To jest paradoks, że niewiele osób zmieniło zdanie na temat brexitu, a jednocześnie obserwujemy wzrost poparcia dla oceny, że brexit był błędem. Faktem, który pomaga to wyjaśnić, jest to, że w 2016 r. wśród głosujących za brexitem była bardzo wyraźna przewaga osób dojrzałych i starszych, a za pozostaniem w Unii – młodszych. Upływ dziesięciu lat oznacza pewną zmianę demograficzną, jednych wyborców z powodów biologicznych ubyło, a drugich przyrosło. Na poziomie osiemdziesięciu paru procent ludzie trzymają się jednak swojego zdania sprzed dziesięciu lat. To oznacza, że ci, którzy dzisiaj popierają Farage’a, to taki brexitowy beton, oczekujący, że jak dojdzie on do władzy, to będzie prawdziwa rewolucja w tym zakresie.

Czytaj więcej: Brexit i jego powody
Nad Wielką Brytanią wisi jeszcze jedna groźba. Majowe wybory do parlamentów krajowych w Szkocji i Walii zdają się potwierdzać tezę głoszoną przez prof. Normana Davisa, że Zjednoczone Królestwo zmierza ku rozpadowi.
One potwierdzają potencjał rozpadu, a jednocześnie czynią tę tezę bardziej warunkową. Partia Farage’a zajęła drugie miejsce w wyborach w Szkocji i Walii, za główną partią nacjonalistyczną. W warunkach lokalnych Walii czy Szkocji Partia Farage’a konsoliduje elektorat unionistyczny – popierający jedność Wielkiej Brytanii. Moim zdaniem ta kwestia nie jest rozstrzygnięta w sposób fatalistyczny, ale oczywiście sukcesy partii narodowych świadczą o realnej możliwości rozpadu państwa brytyjskiego.
Ponadto faktem jest, że sympatie unionistyczne są rozbite na wiele partii, a nacjonaliści w Szkocji i Walii faktycznie skupiają się w pojedynczych ugrupowaniach, co pozwala im łatwiej osiągnąć wyborczo efekt masy krytycznej. Na chwilę obecną partia Farage’a wydaje się nową nadzieją brytyjskich unionistów.
W polityce międzynarodowej Wielka Brytania, bez względu na to, kto jest przy władzy, konsekwentnie popiera Ukrainę w wojnie z Rosją. Nastroje społeczne odpowiadają stanowisku rządu?
W Wielkiej Brytanii w zasadzie nie ma sił kontestujących poparcie dla Ukrainy. To poparcie zawsze było relatywnie wysokie w porównaniu z innymi dużymi państwami zachodnioeuropejskimi, ale z jednym zastrzeżeniem. W przeciwieństwie do Polski czy Litwy, kwestia wojny w Ukrainie i jej konsekwencje nie są tak wysoko na agendzie. Brytyjczycy spytani o zdanie na ten temat deklarują antyrosyjskość, ale niepytani wskażą tę kwestię może na dziesiątym miejscu.
Do tego, co niezwykle istotne, dochodzą problemy budżetowe państwa. Jednym z gwoździ do trumny Keira Starmera była postawa Johna Healeya, ministra obrony, który zdecydował się podać do dymisji po publikacji przez ministerstwo finansów Planu Inwestycji Obronnych. Stwierdził, że brakuje w nim mniej więcej połowy środków na zbrojenia, jego zdaniem niezbędnych, by uznać Wielką Brytanię za państwo bezpieczne. Mówimy więc o naprawdę znaczących sumach. Teraz Healey został ministrem finansów. Jeśli zechce dosypać do zbrojeniówki, musi albo jeszcze podnieść podatki, albo ciąć wydatki socjalne, kilkukrotnie wyższe niż na zbrojenia. Awantura pewna. Tym samym łatwo sobie wyobrazić, jak realnie będzie wyglądać kwestia pieniędzy dla Ukrainy.
Równie łatwo można też sobie wyobrazić, że traktat z Polską o partnerstwie w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony, zawarty 27 maja w Northolt, ma wymiar bardziej symboliczny niż realny.
Wbrew pozorom – nie. Ma bardzo szeroko zakrojone pola współpracy zbrojeniowej, przemysłowej, bezpieczeństwa ekonomicznego, w zakresie ochrony infrastruktury krytycznej czy zwalczania nielegalnej imigracji. Wielka Brytania jest niewątpliwie w kryzysie tradycyjnych sił zbrojnych. Są one w tej chwili najmniejsze od… epoki napoleońskiej. Na wojnę falklandzką wysłano więcej okrętów, niż w tej chwili ma cała marynarka wojenna, a na wojnę o Kuwejt w 1990 r. – więcej wojsk lądowych, lotnictw i okrętów niż całe dzisiejsze siły zbrojne. Gdyby traktat ograniczał się do wąsko rozumianej obrony, w zasadzie powielałby pewne zobowiązania w ramach NATO, o których ważności ostatecznie i tak decyduje to, czy dany kraj ma armię, czy nie. Ale w zawartej postaci ma sens, bo Wielka Brytania wciąż ma ciekawe technologie czy największe centrum finansowe dla szukania środków choćby na start-upy technologiczne.

Jak Brytyjczycy rozwiązali problem rosyjskich wpływów w ich kraju po wybuchu wojny w Ukrainie? Londyn nazywany był przecież „Londongradem”.
Co do oligarchatu postsowieckiego, to ludzi najbardziej rozpoznawalnych, vide Roman Abramowicz, właściciel klubu piłkarskiego Chelsea, zmuszono do wycofania się z Wielkiej Brytanii. Tym, którzy jednoznacznie odcięli się od Putina, pozwolono nadal funkcjonować. Wciąż jest bardzo wielu Rosjan w Londynie, ale już nie funkcjonują tak jak 15–20 lat temu, gdy mogli być jedną noga tu, a drugą w Rosji. Wywarto presję, by dokonali wyboru, po której stoją stronie. Wielka Brytania ma politykę sankcyjną niezależną od Unii Europejskiej, ale od wybuchu pełnoskalowej wojny kluczowym ciałem decyzyjnym w tym zakresie jest G7 [nieformalne forum polityczne zrzeszające siedem największych rozwiniętych gospodarek i demokracji na świecie: USA, Japonia, Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Włochy i Kanada – przyp. red.] pod przywództwem amerykańskim. Wielka Brytania lojalnie się do uzgodnionych sankcji stosowała, bywa w ich zakresie dalej posunięta niż Unia Europejska. Co do kapitału zainwestowanego w Wielkiej Brytanii, on oczywiście pozostał.
Na koniec powiedzmy jeszcze krótko o obecnych relacjach brytyjsko-amerykańskich.
Są w pewnym zawieszeniu. Brytyjczycy i Amerykanie mają wyjątkowo ścisłą współpracę w zakresie bezpieczeństwa i obrony. To jest strukturalne, obie strony są od tej współpracy silnie uzależnione i to nie ulega łatwo zmianie. Wielka Brytania jest też drugim rynkiem dla Amerykanów i jednocześnie rynek amerykański jest największy dla Brytyjczyków w obszarze zarówno handlu, jak i inwestycji. To ogromny poziom wzajemnych powiązań, którego żaden pojedynczy premier czy prezydent łatwo nie zmieni. Patrząc konkretnie na relacje Starmera z Trumpem, ku zaskoczeniu bardzo wielu, mimo kompletnie rozbieżnych agend ideologicznych, mieli całkiem dobre stosunki przez mniej więcej pierwszy rok prezydentury Trumpa. W tzw. wojnie celnej Wielka Brytania wytargowała lepszy „deal” niż Unia Europejska, zwłaszcza w dziedzinie farmaceutyków. Podpisano też porozumienie o współpracy technologicznej. Z drugiej strony Trump był wyraźnie rozczarowany brakiem brytyjskiego poparcia w wojnie z Iranem i to ma swoje konsekwencje. Zobaczymy, co nowy premier będzie w stanie wytargować z Amerykanami.
Dr Przemysław Biskup jest analitykiem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych w programie Unia Europejska i wykładowcą Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Jego badania koncentrują się na polityce zagranicznej, europejskiej i wewnętrznej Wielkiej Brytanii i Irlandii, w tym na brexicie. Obejmują również: Wspólnotę Narodów, relacje transatlantyckie i ruchy eurosceptyczne.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 29 (83) 25-31/07/2026






