Nasza rozmowa z dyrekcją Szkoły w Leszczyniakach (Lazdynai) była bardzo serdeczna. Szkoła jest bardzo aktywną prenumeratorką polskiego dziennika na Litwie „Kurier Wileński”, przekazując uczniom wiarygodne autorskie treści w języku polskim. Jako gazeta uznana przez stronę polską i litewską, dowiedzieliśmy się o oczekiwaniach szkoły względem redakcji. Jednak najważniejsze było poznać stosunek szkoły do wyzwań XXI w.
Już na wstępie dołączyła do nas wicedyrektor Regina Abłom, która cieszy się zaufaniem pani dyrektor. Nie bez powodu, gdyż w trakcie rozmowy, gdy pani dyrektor mówiła o sprawach strategicznych, ale potrzebowała jakichś konkretnych danych – pani Regina Abłom niemal z głowy podawała dokładne liczby, daty i nazwiska. Podczas rozmowy można było odczuć, że administracja szkoły zna silne kompetencje swoich współpracowników i to wykorzystuje.
Apolinary Klonowski: Szkoła w Leszczyniakach świętuje 55-lecie, co niedawno opisywaliśmy naszym Czytelnikom na łamach „Kuriera Wileńskiego”. Zacznijmy od rzeczy prozaicznych: jak rozkładają się proporcje między klasami polskimi, litewskimi i rosyjskimi?
Maria Klimaszewska: Nie akcentowałabym tych procentów. Klasy polskie mamy od pierwszej do dziesiątej; tak samo jak rosyjskie i litewskie; są też klasy specjalne. Ale w liczbach Rosjanie wygrywają. Dlatego że w pobliżu nie mamy przedszkoli z nauczaniem w języku polskim. Te przedszkola są bliżej innych placówek, więc ciąg jest zaburzony i wygrywają te szkoły, które przedszkole polskie mają obok. Jeśli nie ma pełnego łańcucha polskiego kształcenia, to w pewnym momencie polskie klasy zaczynają „chudnąć”.
Do problemów jeszcze wrócimy. Jakimi sukcesami może pochwalić się szkoła przez te 55 lat?
Sukcesów jest wiele: w konkursach, olimpiadach, w działalności uczniów. Z tego roku podkreśliłabym kilka rzeczy i chcę wymienić parę nazwisk. Spośród ponad stu kandydatów do Młodzieżowej Rady przy Ambasadzie RP wybrano 20 osób; wśród wybranych znalazła się nasza uczennica siódmej klasy Sylwia Lutkiewicz.
Z kolei Milana Jurewicz zdobyła pierwsze miejsce w konkursie „My jesteśmy NATO”. Konkurs zresztą związany z redakcją „Kuriera Wileńskiego”. Mikołaj Żukow z ósmej klasy został finalistą zawodów trzeciego stopnia siódmej olimpiady literatury i języka polskiego; finał odbył się 30 marca w Warszawie.
Paulina Tomaszewicz z pierwszej klasy zdobyła trzecie miejsce w ogólnokrajowym konkursie „Czytamy litewską bajkę”.
Jesteśmy też w gronie 18 szkół Wilna wybranych do udziału w Akademii Planet Youth. To międzynarodowa inicjatywa oparta na islandzkim modelu profilaktyki.
Zaznaczę też, że w gronie 38 laureatów ogólnokrajowego projektu „Inteligentne czytniki dla dzieci” – projektu Litewskiego Stowarzyszenia Dysleksji i Klubu Rotary w Wilnie – szkoła otrzymała cztery inteligentne czytniki, które pomagają uczniom z trudnościami w czytaniu. Urządzenia odczytują i nagłaśniają tekst. Jesteśmy w ścisłym gronie szkół, które dostały aż tyle czytników na placówkę.
W sprawozdaniu rocznym Pani Dyrektor wspominała, że 97 proc. uczniów i pracowników przechodzi szkolenia. To tylko te wymagane przez ministerstwo?
Wychodzimy też sami z inicjatywą. Rozmawiamy z nauczycielami, czego potrzebują, sami patrzymy, co audyty pokazują jako obszary do dopracowania. Jest też współpraca z Polską: dyrektorzy i wicedyrektorzy jeździli na szkolenia, w tym nasza wicedyrektor Wiesława Kodz-Berezina. Inne nauczycielki uczestniczyły w szkoleniach przedmiotowych online.

W sprawozdaniu pisze też Pani, że szkoła obchodzi święta państwowe: 16 lutego, 11 marca. A jak jest z 3 maja, z którego okazji w tym roku pozdrawiała premier Inga Ruginienė?
Oczywiście również obchodzimy. Uczestniczymy aktywnie w Paradzie Polskości – to tradycja, mamy nawet stałe miejsce zbiórki. Tak samo 3 maja, 11 listopada. Bierzemy udział w akcji wspólnego śpiewania hymnu polskiego 11 listopada. Podtrzymujemy wszystkie te święta, i litewskie, i polskie.
Mówimy o świętach, które wymagają lawirowania między narodowościami. Jak to się łączy w jednej szkole z trzema językami nauczania?
Łączymy. Są święta państwowe, które obchodzimy razem. Są takie, które obchodzimy z polskimi klasami. Rosyjskich świąt narodowych jako takich nie akcentujemy, z wiadomych przyczyn. Z kolei słowiańską kulturę podkreślamy w sposób wspólny; uczestniczą wtedy zarówno polskie, jak i rosyjskie klasy. Mamy też tradycyjne święto bożonarodzeniowe – szopkę, zazwyczaj 23 grudnia. Co cieszy, spotykają się u nas nie tylko księża naszej parafii, ale przychodzi też ojciec Konstantin z cerkwi prawosławnej, już od wielu lat. Mamy też analogiczne święto dla prawosławnych. Bez narzucania, że ktoś koniecznie ma być. Zostawiamy to sumieniu, ale sala zawsze jest pełna.
Jak funkcjonuje rada rodziców?
Spotykamy się dość często, choć głównie online (mamy grupę). Do rady należy po jednym rodzicu z każdej klasy, więc szybko widzimy zdania.
Uczniowie też mają taką radę?
Bardzo mocną! Nie zawsze tak było, ale od jakiegoś czasu możemy pochwalić się bardzo aktywną reprezentacją uczniów. Co najmniej pięć, a może nawet siedem lat już ją mamy w takiej silnej formie.
Liderowanie przekazuje się z pokolenia na pokolenie; młodsi widzą, jak działają starsi. Rada nie tylko omawia dokumenty dotyczące nauczania, ale sama organizuje akcje: „bez papierosa, bez alkoholu”, jarmarki, akcję „bez tornistra do szkoły”. Organizują zbiórki na Dzień Dziecka, na hospicjum. Na ten pomysł przed Bożym Narodzeniem uczniowie wpadli sami; robią rzeczy do sprzedaży, sprzedają, a pieniądze przekazują na hospicjum. Są też pozdrowienia: dzieciaki rysują, piszą życzenia z okazji Nowego Roku, a rada uczniów rozwozi to do domu starców.
Czyli szkoła jest mocno wpleciona w tkankę społeczną – hospicjum, dom starców, dzieci.
Tak, ale chciałabym też zwrócić uwagę pana redaktora, że nie zapominamy o „swoich”. Zbieramy środki dla potrzebujących uczniów w naszej szkole. Nie akcentujemy, dla kogo zbieramy; dzieci nie znają ani nazwiska, ani klasy. Po prostu zbierają z dobroci serca. Bywa kiermasz, rzeczy wykonane swoimi siłami. Chętnie włączają się rodzice. Potem albo wychowawca jedzie z dzieckiem i kupuje to, czego potrzebuje, albo przekazujemy pieniądze rodzicom; zależy od przypadku i możliwości.

Można więc powiedzieć, że szkoła nikogo nie zostawia samego.
Na pewno nie. Zaczynamy zmieniać świat od swojego podwórka, chociaż to czasem bywa najtrudniejsze. U nas nikt nie zostaje sam.
Jaka jest polityka szkoły wobec telefonów? Liceum im. Adama Mickiewicza pozwala na nie na przerwach, ale nie na lekcjach. Według wiedzy redakcji „Kuriera Wileńskiego” inne szkoły wprowadziły zakazy, które dotyczą też przerw. Jak jest w Pani szkole?
Nie zabieramy. Omówiliśmy ten problem z uczniami i z rodzicami – i zapadła decyzja, że uczniowie, wchodząc do szkoły, wyciszają telefony i zostawiają je w szafce albo w plecaku. Ani na lekcji, ani na przerwie z nich nie korzystają. Wyjątek to sytuacja, gdy nauczyciel sam zdecyduje, że telefon jest potrzebny do nauki.
Idąc do gabinetu, widziałem uczniów z telefonami…
Ilu takich uczniów widział pan redaktor? Czy na pewno tak wielu?
Dwoje.
Dwoje, nawet troje jeszcze może być. Niech zwróci pan uwagę, że dziś akurat był egzamin z matematyki, może chcieli poinformować rodziców o wynikach [wywiad przeprowadzany był w dniu sprawdzianów – przyp. red.]. Jeśli jednak się im zwróci uwagę, to reagują bardzo normalnie – wystarczy przypomnieć, że jest umowa.
A czy wiemy, jaki język dominuje w telefonach uczniów? Czy jest tak, że uczniowie klas rosyjskich mają rosyjski, litewskich litewski, a polskich – polski?
Przyznam, sama nigdy się tym nie interesowałam. Jednak porozmawiałam z uczniami – i powiedzieli mi, że to angielski. Lepiej w nim funkcjonują, tak twierdzą (gry, aplikacje, technologie). Wiadomo, sprawdzać każdego telefonu nie mam prawa, ale twierdzą, że to angielski.
W Paradzie Polskości głównie biorą udział polskie klasy?
Tak. Ale nie odrzucamy Rosjan. W tym roku byli uczniowie z klas rosyjskich; klasy się ze sobą kolegują i chcieli poprzeć kolegów. Nie zabraniamy.
Podczas Parady miałem okazję rozmawiać z uczniami polskich klas – i niestety, w telefonach pojawiała się jednak rosyjski, nie angielski. Rodzice mówili, że nigdy nie uczyli dziecka cyrylicy, a dziecko ją zna i woli oglądać filmy po rosyjsku lub przynajmniej z napisami, redakcja potwierdzała takie przypadki z rodzicami. Pytaliśmy uczniów o pewne rosyjskie słowo: „carić”, znaczy „królować”, „panować”. Osoby w wieku powyżej 40. roku życia znały to słowo, młodzież nie, choć to właśnie młodzież twierdziła, że „po rosyjsku jej łatwiej”. Więc funkcjonuje po rosyjsku, ale nie wpływa to na realną znajomość języka. Z czego to może wynikać?
Może z rodzin mieszanych; uczą się u nas dzieci z różnych rodzin. Polskie klasy nie mają języka rosyjskiego. Mogę tylko powiedzieć, że jesteśmy placówką wielokulturową, uczniowie uczą się jeden od drugiego po prostu języka. Ale skąd konkretne dzieci to wiedzą – nie wiem. Za to wiem, że uczniowie innych klas już coś niecoś rozumieją po polsku. To naturalne.
Czy to znaczy, że niektórzy rosyjscy uczniowie też ustawiają sobie język polski?
Wątpię, aby rosyjski uczeń ustawił język polski. Raczej język angielski będzie nastawiony, a nie polski. Może jeszcze litewski, tak podejrzewam.
U polskich uczniów ten rosyjski jednak często przeważa. Media społecznościowe u uczniów, z którymi rozmawialiśmy, są praktycznie wyłącznie po rosyjsku. Czy nie widzi Pani Dyrektor zagrożenia, że w pewnym momencie zabraknie polskich uczniów?
Jak już mówiłam – nie. Są tradycje i tradycyjnie oddają dzieci do naszej szkoły. Bo wiedzą, jakie są u nas pielęgnowane wartości, i mając już wiedzę, czym żyje ta szkoła, oddają do tej szkoły. Sama jestem z takiej rodziny. Uczyłam się ja, uczyły się moje dzieci i uczy się tu moja wnuczka.
Czy zgodziłaby się Pani z twierdzeniem, m.in. ze społeczności szkoły w Jałówce (lit. Egliškės), że polskie dzieci dziś są często bardziej zrusyfikowane niż ich rodzice, którzy wychowali się przecież w Związku Sowieckim?
Nie. Nie zgadzam się.
Chciałbym podzielać optymizm Pani Dyrektor. A jak wygląda współpraca z polskimi instytucjami?
Mamy „Bon pierwszaka”, „Bon nauczyciela”, współpracę ze Wspólnotą Polską, Fundacją „Pomoc Polakom na Wschodzie”, z Instytutem Polskim. Składamy wnioski, pozyskujemy finansowanie. Możemy dzięki temu nabywać literaturę, podręczniki, książki, wyprawki dla dzieci. Mamy też program „Bon ucznia im. św. Maksymiliana Kolbego” – wsparcie dla najlepszych uczniów. Korzystamy z pomocy z Polski, jak tylko na to pozwalają nam możliwości administracyjne.
To wszystko wymaga właśnie wkładu administracyjnego. Znamy szkoły z tymi samymi szansami, które wykorzystały je gorzej niż Pani szkoła. Jak szkoła radzi sobie z pewnym poczuciem nierówności – polskie dzieci dostają „dary” z Polski, a rosyjskie i litewskie już nie? Szkoła w Niemieżu, jak twierdzi, sama dofinansowuje klasy litewskie, aby „wyrównać”. W Pani szkole prócz polskich są jeszcze litewskie i rosyjskie, więc byłoby to bardzo kosztowne. Jak szkoła się zachowuje w tym przypadku?
Takiego dofinansowania ze strony szkoły dla klas rosyjskich i litewskich – dlatego że polskie coś otrzymały – nigdy nie było. Podkreślamy, od kogo coś otrzymujemy. Na stronie szkoły zawsze jest ogłoszone, że to wsparcie wspólnoty czy strony polskiej. Ale jeżeli kupujemy wyposażenie do gabinetu, korzystają z niego wszystkie dzieci; byłoby dziwne zabraniać. Konfliktów na tym tle nie było ani razu. Po prostu uczniowie wiedzą, że część jest dla niektórych klas, a część jest dla całej szkoły i też na tym korzystają.
Czy wciąż odbywają się te słynne kiedyś dyskoteki w Leszczyniakach? Pamiętam, że 10–15 lat temu zjeżdżały się tu wszystkie szkoły.
Robimy, ale już tylko dla naszych uczniów. Bywają wieczory tematyczne – z krótką dyskusją, a potem dyskoteka. Ale podkreślam, tylko dla uczniów naszej szkoły. Dla porządku i bezpieczeństwa. Świat jest dziś trochę bardziej skomplikowany niż był 15 lat temu, niestety.
Wróćmy do tego, czym zaczęliśmy – szkoła w Leszczyniakach od 2000 r. zamawia „Kurier Wileński”, jak sama Pani wspomniała, niemal dla każdej klasy. Czego oczekiwałaby szkoła od polskich mediów na Litwie, konkretnie od „Kuriera”?
Zamawiamy, nauczyciele nawet omawiają niektóre ciekawsze numery czy artykuły na lekcjach. Czytanie po polsku, w tym też prasy, to część wychowania.
Z kolei jeśli mowa o tym, czego potrzebujemy, to mówiąc prosto – więcej reklamy samej szkoły. Więcej obecności, relacjonowania wydarzeń, koncertów, projektów. Realizujemy aktywny udział w międzynarodowych projektach – przez ostatnie trzy lata uczniowie odwiedzili wiele państw, m.in. za pośrednictwem programu Erasmus+ dla szkół, chociażby Polskę, Rumunię.
Nie każdy zajrzy na stronę szkoły czy na Facebooka. Gdyby jednak artykuł pojawił się w „Kurierze” – że ktoś gdzieś był, coś widział, czegoś się nauczył – to byłoby świetnie. Wtedy to trafi i do archiwum, i do szerszego grona.

Odnotowane! A jak wygląda sportowe życie szkoły? Wiemy, że boisko jest modernizowane.
W zeszłym roku zakończyliśmy modernizację. Wybudowano dwa nowe boiska piłkarskie ze sztuczną nawierzchnią, odnowiono 100-metrową bieżnię lekkoatletyczną, powstały boisko do koszykówki, siatkówki i gry w kwadraty, zainstalowano trybuny dla widzów (wcześniej ich nie było). Zamontowano oświetlenie i systemy zabezpieczające. Uporządkowany został teren wokół boiska, wybudowane nowe ścieżki piesze.
Faktycznie, prawdziwie stołeczna infrastruktura.
Udało się dzięki Samorządowi Miasta Wilna. Mamy pod tym względem dobre warunki.
Jak ogólnie układa się współpraca z samorządem? Wicemer Vytautas Mitalas był na uroczystości 55-lecia. Oficjalnie wszystko wygląda dobrze.
Współpraca idzie. My ich słyszymy, myślę, że oni nas też. Chciałoby się czasem, żeby słyszeli bardziej. Ale usłyszą. Więc myślę, że nie mamy pretensji większych, niż nakazuje „tradycja” [śmiech]. Jest naprawdę dobrze.
A sytuacja z nauczycielami? Braki kadrowe to problem ogólnokrajowy.
Udaje się jeszcze lawirować. Jedyne, czego nam brakuje, to nauczyciela języka litewskiego – ale wszędzie tak jest. Najbardziej brakuje lituanistów, bo liczba lekcji rośnie, a liczba nauczycieli niekoniecznie. Poza tym kadra jest stała. Nauczyciele, którzy do nas trafiają, rzadko odchodzą. Pomagamy sobie nawzajem. Są mentorzy dla młodych nauczycieli.
Badacze zagadnień pedagogiki często mówią, że żeby ocenić szkołę, wystarczy popatrzeć, jak często zmieniają się nauczyciele, jaka jest rotacja.
Według tych kryteriów wypadamy dobrze! Mamy rodzinną atmosferę. Nauczyciele nie wywyższają się. Słyszę to od uczniów, którzy do nas przychodzą z zagranicy albo zmieniają szkołę, że odczuwają różnicę. Może też dlatego, że nasi nauczyciele potrafią odkryć w uczniach talenty. Scena jest u nas otwarta dla każdego chętnego, mamy konkursy w stylu „pokaż swój talent”: sportowy, muzyczny, rysunek, deklamacja, cokolwiek. Nie jest zabronione, że wystąpi tylko ten, kto „potrafi”. Chcesz – proszę, chociażby dla samej praktyki, przełamania strachu. A że uczniowie wystąpienia na scenie mają codziennie (uroczystości wszystkie odbywają się w auli), to nie ma u dzieciaków tremy. Jeśli klasa występuje, staramy się zabierać wszystkie dzieci. Nikt nie jest odrzucony. Nie ma wykluczenia.
Zbliżając się do końca: ilu uczniów liczy dziś szkoła?
Łącznie 818 uczniów, mamy wzrost. Plus jeszcze klasy 11–12, choć o tym warto powiedzieć osobno. Uczą się u nas, ale formalnie należą do innej placówki. Gdyby je doliczyć, byłby tysiąc.
Czyli jako filia?
Nie filia. Samorząd pozwala, żeby starszacy uczyli się u nas. Jednak formalnie są absolwentami innej szkoły, która może wydawać klasy 11–12. Nasza szkoła oficjalnie ma 10 klas.
Czyli tak jak kiedyś było w ówczesnej Szkole Średniej im. Szymona Konarskiego?
Tak, wtedy uczniowie klas 11–12 otrzymywali dyplomy sąsiedniej „Mickiewiczówki”, choć uczyli się w „Konarskim”. To teraz mamy ten sam model. Oczywiście wtedy pieniądze za uczniów do naszej szkoły nie trafiają. Nauczyciele otrzymują pensje z tamtej szkoły, więc nie są poszkodowani. Ale myślimy, że to model, który warto zachować, bo uczniowie mają dobre warunki, nie chcą stąd wychodzić.
Szkoła zamierza kontynuować taki program?
Tak. A jeśli zmienią się dokumenty czy rozporządzenia Ministerstwa Oświaty, szkoła będzie dążyć do tego, żeby zostać gimnazjum.
A jeśli gimnazjum – to jaki profil?
O specjalizacji jeszcze za wcześnie mówić. Na dziś widzę kierunek artystyczny. Mamy słynny teatrzyk „Twardy Orzeszek”, mamy zespoły taneczne. Może być też etnokultura, to byłoby naturalne. Mamy mnóstwo zajęć z tego zakresu: tradycje wielkanocne, tydzień poświąteczny, kiedy zbieramy się i toczymy jajka, plecenie palm. Wszystkie polskie tradycje staramy się podtrzymywać.
Skoro o tradycjach mowa – czy szkoła bierze udział w polonezie maturzystów na Placu Katedralnym?
Tak. Nielicznie, ale bierze. Bo nie wszyscy chcą. Nikogo nie zmuszamy. Za to porządkowanie Cmentarza na Rossie – od 2008 r. tradycyjnie dwa razy w roku bierzemy w tym udział. Przed 1 listopada i na wiosnę. I co najważniejsze, chodzą nie tylko polskie klasy, lecz także rosyjskie. Staramy się uczyć zaangażowania, po to też mamy budżet partycypacyjny. Uczniowie wybierają, a my jako szkoła możemy dofinansować. Uczniowie uczą się podejmować decyzje, bronić ich i je przedstawiać, a my wychodzimy na spotkanie.
Życzę zatem, żeby w tym poszanowaniu kultur i wrażliwości społecznej szkoła kontynuowała pracę przez kolejne dekady!
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 21 (59) 30/05-05/06/2026














