Parada Polskości. Było pięknie, ale muszę powiedzieć głośno to, co boją się, choć widzą [REPORTAŻ]

To okazja dodatkowo sprawdzić stan społeczności Polaków na Litwie. Wrażenia niemal do końca były pozytywne. Mój smutek jednak nie wyniknął z udziału czy braku jakichś gości, a z rozmów z uczestnikami.

Czytaj również...

Mówić o pewnych rzeczach głośno to sprowadzić na siebie złość społeczności. Będę więc opisywał tak, jak widziałem i słyszałem, ocenę pozostawiając Czytelnikowi, zachowując jednak prawo do swojej opinii na temat informacji, które zebrałem.

Po drodze zapraszałem na paradę

Parada Polskości odbyła się w sobotę 2 maja. Tradycyjnie ruszała spod gmachu Sejmu RL. Więc poszedłem naszą „Giedyminką”, czyli Prospektem Giedymina, żeby po drodze zaobserwować grupy miejscowych i mniej miejscowych Polaków zmierzające na wydarzenie.

Miasto pełne było turystów z Polski. Słysząc charakterystyczny koroniarski akcent, zagadywałem, żeby dowiedzieć się, skąd i czy na paradę, czy z innej okazji przyjechali.

– Usłyszeliśmy o tym dopiero dzisiaj, teraz pan nam przypomniał. Przyjechaliśmy na majówkę, po prostu, nie wiedzieliśmy, że tu będzie jakaś parada. Może dołączymy – odpowiedziała mi jedna z pań na zaproszenie, aby rozważyli dołączyć do naszego polskiego pochodu.

– Oj wie pan, my jesteśmy z Polski, to nie chcemy tutaj w niczym przeszkadzać – powiedziała inna. Na szczęście, zapewniona, że w paradzie są mile widziani wszyscy Polacy, zmieniła zdanie i zapowiedziała, że najpewniej się na paradzie pojawi.

Nie rusyfikacja, ale ukrainizacja?

Spotkałem też innych gości, którzy przyjechali właśnie na paradę. Jedna prowadzona przez księdza z Polski, inna po prostu czekająca w jednym z ogródków kawiarnianych na wybicie godziny parady.

– My już przyjeżdżamy na Wileńszczyznę od 30 lat. Najczęściej jeździmy do Solecznik, ale też na majówkę do Wilna. Z naszymi wycieczkami przewinęło się już ponad tysiąc osób przez te wszystkie lata – mówił Dariusz z Polskiego Stowarzyszenia Rodak. Była to bardzo miła wymiana z, nomen omen, rodakiem na tematy okołomajówkowe. Choć nie ze wszystkim mogliśmy się zgodzić. Pytali o nasze problemy i z częścią diagnoz się zgadzali, jednak gdy zacząłem mówić o problemie rusyfikacji wśród Polaków na Litwie, mieli odmienne zdanie.

– Chyba ukrainizacji. Ukrainizują się Polacy, za dużo ich [Ukraińców w Polsce – przyp. red.] jest. Bo w Polsce to wie pan, ukrainizacja następuje – dodał stojący obok Kamil.

Wiedząc jednak, że w tym miejscu możemy mieć odmienne spojrzenia, chociażby z faktu, że inaczej się widzi problemy będąc na Litwie, a inaczej z Polski, nie zatrzymaliśmy się na tym temacie.

Mówili o tym, że „tutaj, na Litwie jest prawdziwa polskość, której w Polsce nie zostało, tej prawdziwej polskości”. Podzielili się też pewnymi – dyplomatycznie nazwę – nadziejami na zmianę granic tak, aby Wilno stało się częścią innego państwa. Jednak tutaj musiałem dodać, że zdecydowana większość wśród Polaków na Litwie, pod takimi nadziejami by się nie podpisała.

Przypomniały mi się słowa jednej z polskich kierowniczek polskich zespołów na Litwie, że „Polacy z Polski lubią przyjechać i mówić nam, jacy jesteśmy, czego my chcemy i na jakie wojska czekamy, nie pytając nas o to”, ale wstrzymałem się z tą uwagą. Ponieważ Polacy z Polski są bardzo w dyskusjach politycznych porywczy, znacznie bardziej, niż my na Litwie – a czas gonił. Zatem nasza, bardzo miła zresztą, dyskusja dobiegła końca. Bardzo cenię takich zaangażowanych Rodaków, gdyż są bardzo życzliwi do naszej społeczności nastawieni, a poza tym często wspierają nasze szkoły, choć wcale nie mają takiego obowiązku. Do takiej działalności mogę mieć tylko szacunek. Życzyłem udanej parady i ruszyłem dalej.

„Czerwone maki” przed Sejmem litewskim

Docierając do parady, zagadywałem jeszcze po drodze młodych ludzi zmierzających w czarnych koszulkach z biało-czerwonym orłem. To nasi miejscowi, z „Mickiewiczówki”, zespół „Sto Uśmiechów”. Nastroje dopisywały, bo i pogoda była błogosławiona.

Już z daleka słyszałem lecące spod Sejmu „Czerwone Maki pod Monte Cassino”. „Ciut niewileńskie, no, ale polskie”, pomyślałem. Gdy dotarłem, natknąłem się jeszcze na studentów wileńskiej Filii Uniwersytetu w Białymstoku.

– Część naszych znajomych zrezygnowała z udziału, przez te kontrowersje, które nagłośniono wcześniej. Nikt nie chce z tym kojarzyć się czy być złapany na zdjęciu z pewnymi osobami, to i nie przyszli. My jednak przyszliśmy, bo nie trzeba bać się, co będzie to będzie – mówił nam jeden z odważniejszych studentów.

Zapytałem, czy nie boją się prowokacji. Powiedzieli, że nie. Gdy powiedziałem, że w takim razie ja będę prowokował, żeby nie byli tacy pewni, to zaśmiali się, że mogę próbować, ale oni są odporni. Coraz częściej dookoła słyszałem język rosyjski (nie mylić z mieszanką językową z rusycyzmami, tutaj będę precyzyjny). Z zasady rosyjski słyszałem częściej z ust młodzieży niż starszych.

Byli też baaaardzo liczni harcerze ze Staropolskiej Chorągwi Harcerzy ZHR z Pionek w Polsce. – Jesteśmy jedną z największych, jeśli nie największą, grupą harcerzy z Polski, która przyjechała tutaj na paradę – pochwaliła się jedna z liderek harcerzy. Byli zorganizowani i szybko przystąpili do ustawiania się w kolumny.

Mażoretki, orkiestra dęta z Solecznik

Organizatorzy odczytywali listy od sympatyków i partnerów. Paradę otworzył Waldemar Tomaszewski, prezes partii politycznej Akcja Wyborcza Polaków na Litwie – Związek Chrześcijańskich Rodzin oraz organizacji społecznej Związek Polaków na Litwie (ZPL). To właśnie ZPL jest organizatorem tego wielkiego przedsięwzięcia.

Powitał uczestników, parada ruszyła. Ludzie szli z biało-czerwonymi flagami, z flagami ZPL i AWPL-ZChR, a także z ogłoszonymi przez „Tygodnik Wileńszczyzny” w 2018 r. „flagami Wileńszczyzny”. Tradycyjnie, pytając o „flagę Wileńszczyzny”, uczestnicy nie potrafili wyjaśnić jej znaczenia, najczęściej mówili, że to „flaga rejonu wileńskiego”, albo „Rzeczpospolitej Obojga Narodów”.

Ton paradzie nadała orkiestra z Solecznickiej Szkoły Sztuk Pięknych im. S. Moniuszki. Jej udział na czele pochodu to już tradycja. Mażoretki machały pomponami, dyrygent – rękami, muzycy dmuchali tubami. Było głośno, było radośnie.

Widzę konsula generalnego Polski, Dariusza Wiśniewskiego. Nie będzie przesadą stwierdzić, że bardziej ukochanego konsula na Litwie dawno nie mieliśmy. Niezależnie od poglądów, każdy ma z nim życzliwe relacje. Do profesjonalnego dyplomaty podchodzę ostrożnie, bo pan Wiśniewski jest bardzo dobrym obserwatorem z dobrze wyćwiczoną pamięcią, naturalnie więc wolę, aby zapamiętał mnie jako tego mniej natrętnego reportera. Pytam, jak się czuje na paradzie.

– Jak mam się czuć, jestem prawie wasz! – z dużą dozą humoru odpowiada mi konsul generalny Dariusz Wiśniewski.

– To moja druga parada, ale odczuwam to samo wzruszenie, kiedy mogę tutaj z wami, Wilniukami, z Polakami mieszkającymi na Litwie, maszerować Prospektem Giedymina. To wasze wielkie święto, ale także to święto wszystkich Polaków, bo to święto flagi, to Dzień Polonii i Polaków za Granicą, więc cieszę się, że świętujemy razem. W momencie, kiedy zakończą się te oficjalne uroczystości, mam zamiar wziąć udział w uroczystościach w „Kablysie” (lokal przy ul. Kauno), w koncercie naszych – waszych! – zespołów – z radością opowiadał konsul.

parada-2026-05-09-3
W paradzie aktywny udział biorą organizacje polskie na Litwie, ale też te z Polski | Fot. Marian Paluszkiewicz

Waldemar Tomaszewski o gościach parady

Zauważyłem idącego prezesa organizacji-organizatora ZPL i partii AWPL-ZChR, Waldemara Tomaszewskiego. Zapytałem o frekwencję, gdyż w tym roku jest mniejsza, jednocześnie zauważając, że to bezsprzecznie najlepiej zorganizowane masowe wydarzenie Polaków na Litwie, co trzeba przyznać. Na żadnym innym wydarzeniu nie ma takiej dyscypliny dotyczącej obecności – co akurat w czasach obojętniejącego społeczeństwa jest w mojej opinii dobre.

– Frekwencja z każdym rokiem jest nawet większa – w poprzednim roku organizowaliśmy, a w tym roku jeszcze jest więcej. Jest bardzo dużo dzieci, bardzo dużo młodzieży. Ludzie pokonali określone obawy – mówił mi Waldemar Tomaszewski. Zwróciłem jednak uwagę, że obaw było dużo, ze względu na pewnych gości z Polski, o których było głośno jeszcze przed paradą.

– Byli tu prowokatorzy od Partii Wolności z jakimiś głupimi plakatami. To jest nie do zrozumienia. Opuścili tę paradę, bo zobaczyli, jaka tu jest jedność, jaki tu jest zamiar pokojowy, jaka tu jest biało-czerwona – mówił o obecności radnego Daniela Ilkiewicza i wicemera Wilna Vytautasa Mitalasa na początku wydarzenia.

Plakat „Korony” nie był uzgodniony

Poproszony o komentarz dotyczący innych uczestników z plakatami, Waldemar Tomaszewski odniósł się także do wcześniej zapowiadanych gości z Polski.

– Nie był uzgodniony [plakat partii z Polski, Konfederacja Korony Polskiej – przyp. red.] i oczywiście pracują nasze służby porządkowe, żeby ten plakat był usunięty – już im została zwrócona uwaga. Nikt tutaj nie będzie ściągać za rękaw, bo to też byłoby prowokowanie. Jeżeli ktoś nie usłucha organizatorów, to następny rok po prostu już na wstępie wykluczymy z udziału – wyjaśniał Waldemar Tomaszewski.

– My nie wchodzimy w żadne podziały partyjne – tu nie ma logotypów partyjnych – zapewnił mnie organizator. Jednak w ręku trzymał chorągiewkę, na której z jednej strony był logotyp ZPL, a z drugiej na tej samej chorągiewce – partii politycznej AWPL-ZChR.

– Organizatorem jest Związek Polaków [na Litwie – przyp. red.], a partia – jak pan redaktor wie – jest ze związkiem jednym, i to dlatego, że ustawodawstwem antymniejszościowym Związek Polaków został pozbawiony udziału w wyborach [w latach 90. – przyp. red.], chociaż przez sześć lat uczestniczył jako Związek Polaków i nikomu to nie przeszkadzało. (…) Wszyscy członkowie partii są członkami związku, nawet nazwa była Akcja Wyborcza Związku Polaków na Litwie, nie plączmy – związek i partia to w zasadzie jedno. Wynika to z bardzo silnej i obiektywnej argumentacji – twierdził w rozmowie z „Kurierem Wileńskim” Tomaszewski.

Zapytaliśmy też, czego życzy Polakom na Litwie w dniu ich święta. – Przede wszystkim życzę bycia dumnym. Z tego, że jesteśmy Polakami, że należymy do wielkiego polskiego narodu – 60 mln osób na świecie, 40 mln w kraju, 20 poza granicami. Wolność i godność jest wpisana w kod genetyczny Polaków. Nie taka wolność, jaka przyszła z Partią Wolności, którzy nie wiadomo, o czym mówią. Bóg, wolna ojczyzna, wolność i godność, tolerancja – to wszystko jest przepiękne! – zapewnił mnie prezes ZPL i AWPL-ZChR.

parada-2026-05-09-2
Na paradę z zaproszenia organizatorów przybyła Podlaska Chorągiew Husarska z Polski, rekonstruktorzy | Fot. Marian Paluszkiewicz

Husaria!

Poszedłem dalej. Obok mnie szły konie. Na koniach – husarze.

– Jesteśmy rekonstruktorami z Podlaskiej Chorągwi Husarskiej, z Białegostoku. Trzy lata temu szliśmy w tej paradzie pieszo, w tym roku po raz pierwszy konno. Przyjechaliśmy na zaproszenie organizatorów. Oczywiście wymagało to wielu pozwoleń, ale trudności nie wystraszyły nas, atmosfera jest cudowna – dowiedzieliśmy się od Ewy z chorągwi husarskiej. Łącznie „konnych” na paradzie była piątka.

Po drodze bardzo wielu gości stolicy machało i uśmiechało się do uczestników. Podszedłem do dwóch pań wyraźnie zaskoczonych tym wydarzeniem.

– Nie spodziewałyśmy się, nie wiedziałyśmy, że coś takiego ma tu miejsce. Superinicjatywa. Gdyby mniejszość niemiecka zorganizowała podobny pochód we Wrocławiu, nie spotkałby się z tak serdecznym przyjęciem – mówiła mi Aleksandra. Stojąca obok Anne-Sophie zaznaczyła, że są z Wrocławia i przyjechały na majówkę.

Litwini: „W paradzie idą nasi znajomi”

Krótko po rozmowie z Aleksandrą i Anne-Sophie – śliczne imię! – podszedłem do pary, która w niecenzuralnym rosyjskim słowie wyraziła swój zachwyt pochodem. Zdecydowanie pozytywne emocje. Nikas i Agnė, Litwini, nagrywali przechodzących obok Biało-Czerwonych.

– Jesteśmy Wilnianami, ale taką paradę widzimy pierwszy raz. Zresztą w paradzie idą nasi znajomi! Bardzo fajnie – zapewniła Agnė, szeroko uśmiechając się.

Całkiem inne podejście miał stojący z 200 metrów dalej starszy pan, na oko 70-letni, który nie chciał podzielić się imieniem.

– Tylko konfliktu szukają, jechaliby już do siebie. Litwini w Polsce nie mogą takiego pochodu sobie zorganizować, nie mają prawa – twierdził. Zapytałem więc o Litwinów w Polsce, co o nich wie. – Niemal jedna dziesiąta Polski to Litwini, co najmniej cała Suwalszczyzna. Na Litwie Polaków kilka procent i jak panoszą się, a w Polsce cała Suwalszczyzna jest dyskryminowana, ani jednej szkoły otworzyć nie pozwolą – twierdził. Na moje uwagi, że nie do końca tak wygląda sytuacja, odparł po rosyjsku: „wyjeżdżaj stąd!”. Zrozumiałem, że złapałem pana w trochę gorszym dniu i być może nie byłoby roztropnym narzucać mu się rozmową.

Polska młodzież czyta po rosyjsku

W międzyczasie pytałem młodzież, jaki mają język ustawiony w telefonach. Postanowiłem zacząć pytać wcześniej, bo chciałem, dla obiektywizmu, spotkać choć jedną osobę, która będzie miała inny, niż rosyjski. Ale wynik tego pospiesznego sondowania opiszę na końcu tego reportażu.

Dotarliśmy pod Ostrą Bramę. Tam mszę celebrował ks. Ryszard Halwa, z Polski. Jak powiedział, odprawia mszę na prośbę organizatorów. Uczestnicy, którzy nie zmieścili się tuż u stóp Matki Boskiej, zaczęli powoli rozchodzić się, gdyż słońce piekło niemiłosiernie.

Nieopodal stała ciężarówka z flagami na proporcach. Zapytałem stojącego obok pana o to. – Ja z organizatorami niezwiązany. Ale dobrze, że rozdają flagi, trochę stosują prynukę [przymuszenie – przyp. red.]. Z naszym narodem inaczej nie można. Jak dasz 100 proc. wolnej woli, to pojadą na daczę [na działkę – przyp. red.] i będą siedzieć w telefonach. To już lepiej ze swoimi zobaczą się – radośnie wyjaśniał. Trudno się nie zgodzić. Wiemy, jak wygląda np. czytelnictwo polskich książek na Litwie, gdy się zabiera element „przymusu”, a na miejsce tego daje rzekomo „wolną wolę”, czyli władzę tego, kto ma silne przebicie przez algorytmy w mediach społecznościowych.

Po rosyjsku łatwiej?

Tutaj przychodzi czas na mój smutny sondaż, którego opisanie zapowiedziałem wcześniej. Podchodziłem do kolejnych osób, licząc, że znajdę chociaż jedną, która ma w telefonie inny język, niż rosyjski. Spotkałem – była to starsza pani. Z młodzieży – z 23 przepytanych osób nikt. Harcerze, studenci, uczniowie polskich szkół. Wszyscy mają w telefonie ustawiony język rosyjski, cyrylicę.

– Nu jakoś tak wyszło, a co za różnica? – wyjaśniła mi dziewczynka, na oko 13-letnia, Ania (imię zmienione ze względu na newralgiczny temat).

– Mnie po rosyjsku łatwiej jakoś. Wszyscy po rosyjsku mówią – odpowiadała oburzona.

Zapytałem, co znaczy słowo „carit’” (z miękkim znakiem na „t”, ros. króluje, panuje). O to słowo zresztą pytałem każdą osobę, która twierdziła, że „po rosyjsku jej łatwiej, niż po polsku”. Niestety tylko osoby 40+ bez problemu potrafiły wyjaśnić, co to słowo znaczy, udowadniając, że faktycznie znają język rosyjski.

Wszedłem koło wejścia do kaplicy Ostrej Bramy do wnęki przy ścianie, cała grupa młodzieży siedziała. Też zapytałem, jaki mają język w telefonie, ale w sumie nie musiałem, gdyż wszyscy znudzeni mieli telefony w ręku, z dobrze widocznymi ekranami (byliśmy w cieniu, więc słońce w widoczności nie przeszkadzało). Leciały „rolki” z rosyjskimi napisami.

– Wie pan, my co roku prosimy, żeby jednak ludzie zostawali, nie rozchodzili się. Ale jakoś tak coraz trudniej jest przekonać. Jak tylko przejdą, to od razu uciekają – podzieliła się ze mną jedna z uczestniczek. – Ale moje dzieci zostały. I cała nasz grupa bierze udział we mszy, to ważne. Tylko w telefonach siedzą, a nie mogę upilnować, już nie mam sił. Już chyba i nie chcę cały czas ich otczychwostać [karcić – przyp. red.] – przyznała z rozżaleniem Janka (imię zmienione).

Rozsmarowałem dziegieć na laurce

Parada zaczęła się bardzo radośnie. Zakończyła smutniej. Żałuję, że drążyłem i zadawałem pytania wybiegające poza „dlaczego Polacy na Litwie jedyne problemy jakie mają to z Litwinami, a nasze szkoły i nasza młodzież jest najlepsza?”. Gdybym został przy „tradycyjnych” pytaniach, pewnie też bym nie rozzłościł niektórych Czytelników, którzy być może liczyli na mniej alarmujący reportaż. Niestety takiego komfortu dać nie mogę.

Zostawiam jednak z nadzieją, że będziemy umieli obiektywnie mówić o naszych problemach i reagować, nie zatrzymywać się na mówieniu. Tymczasem jednak ktoś musi powiedzieć to głośno – młodzież polska na Litwie jest bardziej zrusyfikowana niż ich rodzice, którzy wychowali się w Związku Sowieckim. I to jest nasze, Polaków na Litwie i decydentów, niedopatrzenie. W tym także polskich mediów na Litwie, które za bardzo zaufały w „wolną wolę człowieka”, gdy inni adwersarze radośnie nasycali algorytmy, infosferę, telewizję swoimi treściami, nie przejmując się mitami o „wolnej woli”.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 18 (50) 09-15/05/2026

Afisze

Więcej od autora

Studenci z Łodzi w redakcji polskiego dziennika na Litwie

We środę 29 kwietnia naszą redakcję odwiedzili studenci z Uniwersytetu Łódzkiego, działający w kole naukowym pod egidą ejszyskiej politolog, dr Barbary Jundo-Kaliszewskiej.

Wizyta polskiego europosła w „KW”

5 maja redakcję „Kuriera Wileńskiego” odwiedził polski europoseł Marcin Sypniewski wraz ze swoim asystentem Tomaszem Bethkem.

Mer Wilna odwiedził redakcję „KW” z okazji litewskiego Dnia Odzyskania Prasy

Redakcję „Kuriera Wileńskiego” odwiedził mer Wilna, Valdas Benkunskas. Polski dziennik gościł włodarza z okazji Dnia Odzyskania Prasy. Mer zostawił wpis w księdze gości i dodał kilka spostrzeżeń.