Komercyjny chłodnik

Wileński Festiwal Chłodnika stał się w ciągu paru lat wydarzeniem znanym i rozpoznawanym także poza granicami Litwy. To zawsze bardzo cieszy i trzeba oddać pomysłodawcom oraz organizatorom, że potrafili stworzyć chłodnikową markę.

Potrafili także odczarować kolor różowy – „odfifić” go i „odbarbizować” w sposób taki, że przestali się go bać i unikać także ludzie niezwiązani z bardzo wąskimi kręgami zainteresowań. A chłodnik stał się na tyle modny, że przy okazji festiwalu w jednej z sieci z kawą można kupić buteleczki z przecierem smoothie na bazie chłodnika (mam pretensje, że sprzedają to tylko podczas festiwalu, a nie przez cały rok!).

Ale nie ma róży bez kolców, nawet jeśli jest chłodnikowo różowa. Właściwie z festiwalu promującego chłodnik nie wynika nic więcej; ot, jest po prostu fajnie. I tyle. Za promocją swojskości nie idzie promocja rodzimej produkcji – większość gadżetów jest produkowana w dalekich azjatyckich fabrykach. Duża część różowych akcesoriów po zakończeniu festiwalu i wstawieniu w mediach społecznościowych zdjęcia z tagiem #pinksoupfest – ląduje w koszu na śmieci.

Nie można oprzeć się wrażeniu, że dominującym motywem jest konsumpcja – emocji, gadżetów, przeżyć, a chłodnika tylko przy okazji. Po czym wszystko się szybko przetrawia, szybko wydala i szybko zapomina – żeby momentalnie przeskoczyć na kolejne modne święto konsumpcji, kolejny hashtag, przebrać się w kolejne modne w danym miesiącu kolory. I jest coś bardzo smutnego w tej bezrefleksyjnej konsumpcji, w całym tym procesie, który sprowadza ludzi do bycia różowym jelitem między korporacyjnymi specjalistami od marketingu i ich kwartalnym wskaźnikiem zysku.

I nie chciałbym, żeby moje narzekanie było traktowane jako sprzeciw wobec idei festiwalu chłodnika! Lubię go, podoba mi się jako element naszego krajobrazu wydarzeń – i dlatego bym chciał właśnie, żeby z tym elementem krajobrazu wiązało się coś trwałego, a nie tylko przez chwilę „fajnego”.

Bardzo mi się spodobało, że w tym samym czasie odbywał się też festiwal kultury ludowej „Dźwięczą, dźwięczą kankle” – jego uczestnicy w różnych miejscach miasta śpiewali dawne utwory wielogłosowe, co się z ludowym wszak chłodnikiem bardzo ładnie komponowało. I może takich właśnie synergii należałoby szukać, a wręcz ku nim dążyć – to już jest jednak zadanie dla społeczeństwa, a nie korpospecjalistów.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 22 (62) 06-12/06/2026