Poznałam Litwę, która chwytała za serce

339
Maria Przełomiec – dziennikarka, była korespondentka Sekcji Polskiej BBC, potem pracowała w Telewizji Polskiej. W styczniu 2013 r. prezydent Dalia Grybauskaitė przyznała jej Medal Pamiątkowy 13 Stycznia. Z wykształcenia archeolog. / fot. Andrzej Rybczyński/PAP

W styczniu 1991 r. Maria Przełomiec przyjechała do Wilna jako dziennikarka Sekcji Polskiej Radia BBC, by informować świat o dramatycznych wydarzeniach, które działy się wtedy w stolicy Litwy broniącej swojej niepodległości. Jej pierwsza wizyta na Wileńszczyźnie była nie tylko służbowym wyjazdem, lecz także powrotem w rodzinne strony, które w 1944 r. musieli opuścić jej przodkowie. O tym opowiada „Kurierowi Wileńskiemu”.

Po raz pierwszy odwiedziła Pani Litwę 29 lat temu, w bardzo dramatycznych okolicznościach. Jaką Litwę wtedy Pani poznała?

Mogę powiedzieć, że poznałam wówczas bohaterską Litwę. Zobaczyłam parlament otoczony barykadami, sowieckie czołgi pod wieżą telewizyjną i pod Domem Prasy, ogniska palące się przed parlamentem i tłumy na ulicach, pomimo mrozu. Z wielką radością patrzyłam na biało-czerwone flagi w tej masie ludzi, na Polaków, którzy przyszli, by zademonstrować swoje poparcie dla niepodległości Litwy. Bez wątpienia była to Litwa, która chwytała za serce. Nie myśleliśmy wtedy, że będą jeszcze jakieś trudne chwile w polsko-litewskich relacjach, jakiekolwiek napięcia. Wszystko wydawało się oczywiste, jak zawsze w chwilach tak wielkich wydarzeń. Po jednej stronie byliśmy my, broniący niepodległości, po drugiej oni, którzy chcieli tej niepodległości zagrozić.

Polska była już częścią wolnego świata, gdy Litwa nadal walczyła o swoją niepodległość. Czy w styczniu 1991 r. łatwo było przekroczyć polsko-litewską granicę?

Wjeżdżaliśmy na zwykłą pieczątkę AB. Wstawiano ją w urzędach paszportowych, a wyglądało to tak, że w zasadzie można ją było wyciąć z kartofla. Przyjechałam pociągiem z Krakowa do Wilna. Pamiętam, jak wjeżdżając do miasta, zobaczyłam wieże wileńskich kościołów. Było to dla mnie ogromne wzruszenie, bo byłam pierwszą osobą z mojej rodziny, która wróciła tu od 1944 r.

W jakich okolicznościach Pani rodzina opuszczała Wileńszczyznę?

Rodzinne majątki, czyli Glinciszki i Anowil, moi krewni opuścili bardzo wcześnie. Część rodziny, w tym moi pradziadkowie, Maria i Józef Jeleńscy, wyjechała już w czasie pierwszej okupacji sowieckiej. Po drugim wejściu Sowietów dziadek Karol Erdman zdecydował, że wszyscy powinni jak najszybciej opuścić Wileńszczyznę. Ponieważ tak on, jak i moja babcia Maria i jej brat Czesław, byli członkami wileńskiego AK, doskonale zdawali sobie sprawę z zagrożenia. Dziadkowie nie wyjechali jednak daleko, zamieszkali w Białymstoku, gdyż, jak opowiadała babcia, było tam najbliżej, aby wracać do majątku. Nigdy nie powrócili już jednak do Glinciszek. Dziadek został zamordowany w czasie śledztwa w związku z działalnością w AK w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie. Babcia zmarła w 1982 r., nie doczekała więc mojego wyjazdu, ale jej młodsze siostry jeszcze tak.

Czy podczas tego pierwszego pobytu na Litwie odwiedziła Pani Glinciszki?

Tak, oczywiście. Wiązało się to dla mnie z ogromnymi wzruszeniami. Po prostu uklękłam na schodach pałacu i się rozpłakałam. Znajdowały się tam wówczas biura kołchozu. Panie, które tam pracowały, przyjęły mnie bardzo serdecznie, widziały zresztą, że mam łzy w czach. Jedna z nich zaprosiła mnie na obiad na kołduny… To było bardzo miłe spotkanie. Mam z tego pobytu pamiątkę. Fotoreporter, Polak, z którym razem odwiedziłam to miejsce, zrobił mi zdjęcie na balkonie, dokładnie takie, jakie ma moja prababcia, po której noszę imię. Odwiedziłam też miejscową bibliotekę. Muszę przyznać, że nie spodobały mi się wtedy jej zasoby. Były to przede wszystkim rosyjskie romansidła, trochę polskich „tygrysów” i litewskich książek. Od tej pory starałam się uzupełniać jej zbiory o wartościowe książki i robię to do dzisiaj.

Glinciszki to bardzo trudne miejsce w polsko-litewskiej historii. 20 czerwca 1944 r. litewski oddział pomocniczy policji niemieckiej dokonał mordu na mieszkańcach miejscowości w ramach odwetu za śmierć czterech litewskich policjantów w starciu z 5. Wileńską Brygadą AK, która niedługo wcześniej przebywała w majątku Pani pradziadków. Czy wydarzenia z czasów wojny nie były obciążeniem dla Pani i Pani rodziny? Czy nie utrudniało to kontaktów z Litwinami u progu niepodległości?

Nie, zupełnie nie. Oczywiście, ta historia była bardzo dla nas bardzo ważna, doskonale ją znaliśmy, bo przecież jedną z zamordowanych wówczas osób był kuzyn mojej babci, Władysław Komar. Już wtedy, w 1991 r., gdy jeszcze raz odwiedziłam Glinciszki razem z moimi rodzicami, moja mama mówiła o tym, że takim ideałem dla niej byłyby dwa pomniki wystawione przez przedstawicieli obu narodowości. Jedne w Glinciszkach, z napisem „Bracia Polacy, wybaczcie”, i drugi w Dubinkach, z napisem „Bracia Litwini, wybaczcie”. Może oburzy się na takie stwierdzenie zarówno część litewskich, jak i polskich nacjonalistów, ale dla mnie Litwa zawsze była moją drugą ojczyzną. Czuję głęboki związek z historią Rzeczypospolitej Obojga Narodów i na polsko-litewską historię patrzę przede wszystkim w tym kontekście. Myślę, że ta wspólna historia jest coraz lepiej rozumiana nie tylko w Polsce, lecz także na Litwie. Doskonale widać to, gdy patrzy się z perspektywy tych prawie 30 lat. Pamiętam, jak w 1991 r. litewscy parlamentarzyści dyskutowali na temat Konstytucji 3 maja. Mówili o tym, że było to dla Litwy wydarzenie tragiczne, gdyż faktycznie znosiło odrębność od Polski i oznaczało koniec jakiejkolwiek niezależności. Po latach to właśnie dwóch z tych posłów wyszło z inicjatywą obchodzenia na Litwie święta Konstytucji 3 maja. To bardzo dobrze obrazuje kierunek zachodzących zmian. Ostatnim, chyba najbardziej widocznym i najpiękniejszym ich przejawem był pogrzeb powstańców styczniowych w Wilnie, podczas którego do tej pięknej tradycji I Rzeczypospolitej wyraźnie nawiązywały już nie dwa, ale cztery narody. Nasza historia jest bardzo złożona, ale na pewno w tej chwili ona bardziej łączy, niż dzieli.

Przez te 29 lat od czasu, gdy Litwa broniła swojej niepodległości, nie brakowało napięć również w polsko-litewskich relacjach. Jakie wydarzenia uważa Pani za kluczowe w nawarstwianiu się polsko-litewskich konfliktów, a także w ostatnio obserwowanej poprawie relacji?

Myślę, że główny powód zarówno polsko-litewskich konfliktów, jak i zbliżenia się w ostatnich latach, znajduje się na Wschodzie. Oczywiście, problemy, które przez ten czas obserwowaliśmy, były autentyczne, podobnie jak autentyczne były resentymenty, ale w ich potęgowaniu Rosja zawsze odgrywała znaczącą rolę, wzmacniając nacjonalizmy tak po litewskiej, jak i po polskiej stronie. Uważam natomiast, że nadal niedoceniony jest właśnie ten okres przełomu, rok 1991, gdy Polska demonstrowała solidarność z Litwą na bardzo wielu płaszczyznach. Choć wśród mieszkających na Litwie Polaków nie brakowało osób, które z obaw przed litewskim nacjonalizmem szukały poparcia w Moskwie, myśląc, że tylko Związek Sowiecki może zagwarantować ich prawa. Po stronie Polski wsparcie dla litewskich dążeń niepodległościowych było całkowicie jednoznaczne. Nie było w zasadzie dnia bez wizyty jakiegoś polskiego polityka w Wilnie, nieustannie napływała także bardzo wymierna pomoc materialna. Niestety, bardzo mało o tym pamiętamy. Teraz, w obliczu bardzo agresywnej polityki Rosji, oba kraje znów zrozumiały, że muszą żyć w przyjaźni.


fot. archiwum Piotra Hlebowicza


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 2(4) 11-17/01/ 2020