Od „Czerwonego Sztandaru” do „Kuriera Wileńskiego”. Polski dziennik na Litwie w czasach przełomu

Byliśmy między młotem a kowadłem. Dla mnie najważniejszym znakiem tego, czy idziemy w dobrą stronę, byli czytelnicy

Jako poseł mogłem skuteczniej bronić interesów dziennika w bardzo niebezpiecznych czasach. Każdy, kto jasno deklarował wtedy swoje poglądy, spotykał się z atakami, więc niewielu ludzi mówiło o nich otwarcie. Ci, którzy chcieli dalej żyć w świecie „Czerwonego Sztandaru”, po prostu niebawem odeszli – mówi Zbigniew Balcewicz, w latach 1988–1995 redaktor naczelny „Czerwonego Sztandaru” i „Kuriera Wileńskiego”. Pierwszy numer gazety pod nowym tytułem ukazał się 9 lutego 1990 r.


Był Pan pierwszym redaktorem naczelnym „Kuriera Wileńskiego” w powojennej historii tego tytułu. Jak doszło zmiany nazwy?

Tytuł ten pojawił się w latach, gdy ja byłem redaktorem naczelnym. Zmiana nastąpiła dzięki moim staraniom, ale można powiedzieć, że również na żądanie czytelników. Od początku istnienia „Czerwonego Sztandaru” zmieniły się nie tylko czasy, ale także treść gazety. Na przełomie lat 80. i 90. treść zupełnie nie odpowiadała już tytułowi, w gazecie nie było już nic „czerwonego”. Mieliśmy dwa podejścia do zmiany tytułu. Pierwsze w czasie, gdy jeszcze gazeta była organem Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Litwy. Zwróciłem się z prośbą o zmianę tytułu na „Kurier Wileński”. Wysunięto wówczas zastrzeżenia co do tytułu, gdyż ukazywał się on w czasach, jak powiedział jeden z członków biura, gdy „Wileńszczyzna była okupowana przez Polskę”. Nam zależało na historycznym tytule, również dlatego, że takie były sugestie czytelników. Pomyślałem więc, że warto zamówić publikację na ten temat u specjalistów. Jeden z historyków z Uniwersytetu Wileńskiego napisał artykuł dotyczący historii tytułu „Kurier Wileński” i udało się. Zmieniliśmy tytuł jeszcze przed ogłoszeniem niepodległości Litwy, w lutym 1990 r.

Girl in a jacket

Jak zmiany tytułu i treści przyjmowali czytelnicy?

Rozpocząłem pracę w 1988 r., ale takie burzliwe dyskusje zaczęły się właściwie w 1989 r. Gazeta była w centrum uwagi nie tylko czytelników, ale także naszych oponentów, a ci znajdowali się nie tylko po litewskiej, sowieckiej, ale też po polskiej stronie. Mieliśmy oczywiście bardzo wielu przyjaciół, ale także wśród Polaków znajdowały się osoby, które nie popierały linii gazety. Pamiętam doskonale, gdy po usamodzielnieniu się Litewskiej Partii Komunistycznej przyjechał Michaił Gorbaczow, by powstrzymywać nastroje niepodległościowe. Jako redaktor byłem obecny na spotkaniu podsumowującym całą wizytę na Litwie. Podczas dyskusji spontanicznie poprosiłem o udzielenie mi głosu i powiedziałem, co myślę. Między innymi to, żeby zatroszczył się o dwa miliony Polaków, którzy mieszkają w innych republikach ZSRS, a my tutaj na miejscu będziemy sami dogadywać się z Litwinami. Te słowa bardzo nie spodobały się niektórym z obecnych. Po zakończeniu mojego wystąpienia były oklaski, ale z sali słychać było też okrzyki niezadowolenia. Anicet Brodawski, wówczas deputowany ludowy Związku Sowieckiego, po zakończeniu obrad podszedł do mnie i bardzo zdenerwowany żądał wyjaśnienia, kto mnie upoważnił do wypowiadania się w imieniu Polaków. Niedługo potem otrzymałem list otwarty od Waldemara Tomaszewskiego, wówczas młodego studenta Wileńskiego Instytutu Inżynierii Budownictwa, który skarcił mnie za moje wystąpienie, choć wskazywał, że ogólnie szanuje gazetę. Oczywiście, byliśmy też mocno atakowani ze strony litewskich nacjonalistów. Po prostu musieliśmy działać między młotem a kowadłem. Dla mnie jednak najważniejszym znakiem tego, czy idziemy w dobrą stronę, byli czytelnicy. Nie traciliśmy ich, choć coraz wyraźniej opowiadaliśmy się po stronie niepodległości Litwy.

Jak redakcja przyjęła to, że jako jeden z trzech Polaków 11 marca 1990 r. głosował Pan za Aktem Przywrócenia Państwa Litewskiego?

Wtedy w redakcji nikt nie powiedział mi wprost, że się ze mną nie zgadza, ale wyczuwało się różne nastroje. To nie były czasy, gdy ludzie jasno mówili, co myślą. Większość zachowywała się bardzo ostrożnie, nie opowiadała się ani jasno po stronie niepodległości, ani za przynależnością do Związku Sowieckiego. Ludzie czekali, oczywiście byli i tacy, którzy przysyłali do mnie listy, jak Jadwiga Ustinowicz, wykładowczyni Wyższej Szkoły Partyjnej, która mnie skarciła za opowiedzenie się za niepodległością. Były głosy niezadowolenia od czytelników, ale były też bardzo pozytywne reakcje, nie tylko wśród Polaków na Litwie, lecz także z oddalonych części Związku Sowieckiego, nawet z Nowosybirska. To był czas, gdy po prostu trzeba było wybierać, po której jest się stronie. Polacy mieli do tego bardzo duży dystans, bali się. Niektórzy liczyli na pomoc Moskwy, inni Warszawy. Ja od początku uważałem, że musimy tu na miejscu, bez pomocy z zewnątrz, omawiać z Litwinami swoje sprawy.

A jednak nastroje coraz bardziej zaogniały i część dziennikarzy opuściła redakcję…

Tak, zwłaszcza wśród starszego pokolenia, u osób, które pracowały w „Czerwonym Sztandarze” niemal od początku, widoczne było niezadowolenie z linii nowego redaktora, bo jednak zmiany i linię redakcyjną utożsamiano ze mną. Trzeba jednak powiedzieć, że większość jawnie prosowieckich dziennikarzy to nie były osoby polskiej narodowości, choć po polsku pisały bardzo dobrze. Na początku przecież w gazecie nie było miejscowej kadry, ale osoby, które przyjechały z Moskwy czy Leningradu. Potem, gdy te różnice coraz bardziej narastały, część z nich rzeczywiście odeszła. Niektórzy, jak Salomon Medajski, przeszli do radia Litwa Sowiecka, które miało jawnie prosowiecki charakter. Wkrótce do zatruwania umysłów Polaków oraz dezorientowania ludności Wileńszczyzny po zajęciu pomieszczeń naszej redakcji w styczniu 1991 r. przez KC KPL (na platformie KPZR) została utworzona tzw. ogólnozwiązkowa gazeta Polaków radzieckich pt. „Ojczyzna”. Wiele starań oraz wysiłku w redagowanie tego pisma włożył Jan Ciechanowicz, deputowany ludowy ZSRS, który w swoim czasie również pracował w „Czerwonym Sztandarze”. Był on też pomysłodawcą i gorącym zwolennikiem utworzenia na byłych Kresach Wschodnich RP – Wschodniopolskiej SRS. W tej gazecie bardzo aktywnie pisali też inni nasi byli dziennikarze, Borys Oszarow czy Grzegorz Berłowicz. Zespół redakcyjny „Ojczyzny” napisał nawet list otwarty do mnie, jako redaktora naczelnego „Kuriera Wileńskiego”, w którym podawał w wątpliwość nasze prawa do nazywania się kontynuatorami „Czerwonego Sztandaru”. „Czy zespół redakcyjny, który pod presją nowego redaktora zrobił w tył zwrot, zmienił orientację polityczną, następnie chlebodawcę, następnie tytuł, czy taki zespół, wydający w istocie całkiem inną gazetę, co też zaznaczają czytelnicy, ma prawo do uważania się za prawowitego kontynuatora »Czerwonego Sztandaru«?” – pytali autorzy listu. „Jakie moralne pretensje do »Ojczyzny« może mieć redaktor »Kuriera«, który nieraz publicznie wypierał się swego rodzica, z podziękowaniem przyjął i podał do wiadomości czytelników życzenie skierowane do nich przez Vytautasa Landsbergisa, żeby nigdy już nie byli czytelnikami »Czerwonego Sztandaru«, a obok tytułu, na miejscu, gdzie niedawno jeszcze widniał Order Przyjaźni Narodów, ukazała się winieta z wizerunkiem św. Krzysztofa, patrona miasta”.

Kto więc wewnątrz „Kuriera Wileńskiego” wspierał Pana działania?

Tu znów wydaje mi się, że można mówić o pewnej różnicy pokoleń. Chociaż znów, to była kwestia odczuć, a nie deklaracji, bo dominowała niepewność. Młodzi ludzie byli może bardziej szczerzy, byłem też ich bardziej pewny. Jedna z naszych dziennikarek, Leokadia Komaiszko, przyszła do mnie jeszcze w okresie przed odzyskaniem niepodległości, opowiadając o tym, jak ją werbowano do służb sowieckich. Oczywiście nie zgodziła się na współpracę, ale chciała ze mną na ten temat porozmawiać. Miałem poczucie, że mogę liczyć też na Lucynę Dowdę, Jadwigę Bielawską, Józefa Szostakowskiego, a także nieżyjących już dziennikarzy, jak Jerzy Surwiło, Halina Jotkiałło, Helena Gładkowska – to byli też ludzie, z którymi dobrze się współpracowało. Ale każdy, kto jasno deklarował swoje poglądy w tym czasie, spotykał się z atakami, więc niewielu ludzi mówiło o nich otwarcie. Ci, którzy chcieli dalej żyć w świecie „Czerwonego Sztandaru”, po prostu niebawem odeszli. Jednak w porównaniu do innych redakcji, które przeżywały podobne problemy, mogę powiedzieć, że od nas odeszło stosunkowo mało dziennikarzy.

Dom Prasy w Wilnie, w którym mieściła się siedziba Wileńskiego

Wśród wydarzeń tego okresu szczególny był na pewno 13 stycznia. Jak te dni przeżywał „Kurier Wileński”?

Napięcie wzrastało stopniowo. Już 11 stycznia 1991 r. przez sowieckich spadochroniarzy został zajęty Dom Prasy. Byłem wtedy na posiedzeniu Rady Najwyższej, więc znam to wydarzenie z opowieści kolegów. Wyrzucono wtedy wszystkie redakcje. Zajęto nie tylko pomieszczenia, sprzęt, ale straciliśmy nawet dostęp do swoich notatek. Oczywiste, że w takiej sytuacji nie wyszedł kolejny numer. Razem jednak z innymi redakcjami, które zostały zamknięte, wydaliśmy w kolejnym dniu wspólne wydanie, nie tylko w języku litewskim, lecz także w polskim i rosyjskim, które przygotowaliśmy w redakcji „Respubliki”. Otrzymaliśmy tymczasowy przytułek w drukarni na Starówce. Kolejny numer „Kuriera Wileńskiego”, jeszcze w nieco mniejszej objętości, ukazał się 16 stycznia, przygotowany w prowizorycznych warunkach, ale jak zaznaczyliśmy, był to numer żałobny, stworzony bólem i sercem naszych kolegów. Nikt z nas nic nie planował w tym czasie, przede wszystkim byliśmy uczestnikami wydarzeń, nie dziennikarzami. Ja noc z 12 na 13 stycznia spędziłem w Sejmie. To były wstrząsające momenty, bardzo wielu ludzi określiło się jasno, po której są stronie.

Drewniana tabliczka , która informowała o siedzibie redakcji „Kuriera Wileńskiego” w Domu Prasy.
Tytuł odegrał niemałą rolę w wydarzeniach 1991 r.

Jaki wpływ na „Kurier Wileński” miała Pana działalność polityczna w okresie, kiedy był Pan redaktorem?

Na pewno jako poseł mogłem lepiej, skuteczniej bronić interesów dziennika w bardzo niebezpiecznych czasach. Nie chodziło tylko o ataki w mediach, ale o sprawy, które mogły zagrozić samemu istnieniu tytułu. Pisano na nas skargi, na początku okresu niepodległości zajęła się nami nawet litewska prokuratura, dziennikarzy wzywano na rozmowy. Nasiliło się to zwłaszcza po puczu. Komitet Bezpieczeństwa po otrzymaniu donosów, że niektórzy z członków redakcji wypowiadali się na jakimś zebraniu, popierając pucz, rozpoczął sprawę. Musiałem iść do prokuratury składać wyjaśnienia.
Jeśli chodzi o linię polityczną, ja rzeczywiście bardzo sprzeciwiałem się autonomii, która miałaby jakikolwiek związek z Moskwą – i taka była linia redakcji. Relacjonowaliśmy wszystkie zjazdy, spotkania, opowiadaliśmy się za wielokulturową Wileńszczyzną, za obwodem wileńskim ze specjalnym statusem, na który zgodziła się zresztą Rada Najwyższa, ale bez cienia separatyzmu. Oczywiście, nie podobało się to zarówno litewskim, jak i polskim nacjonalistom. „Kurier Wileński” był wtedy nie tylko gazetą, ale środowiskiem, w którym odbywały się różnego rodzaju spotkania, prowadzono polsko-litewski dialog, prezentowaliśmy pojednawcze stanowisko. Nie uważam, że wszystko udało się załatwić. Mam świadomość, że wiele szans zostało straconych, że Litwini w wielu kwestiach nie dotrzymali słowa, a Polacy również ponoszą za to pewną odpowiedzialność, jednak udało nam się przejść przez ten okres bez rozlewu krwi, bez wrogości. Jestem przekonany, że „Kurier Wileński” odegrał w tym niemałą rolę.


Zbigniew Balcewicz – w latach 1988–1995 redaktor naczelny „Czerwonego Sztandaru” i „Kuriera Wileńskiego”. W 1990 r. został wybrany na posła do Rady Najwyższej Litewskiej SRS z okręgu Wilno. 11 marca tego samego roku jako jeden z trzech Polaków głosował za Aktem Przywrócenia Państwa Litewskiego.


Fot. Marian Paluszkiewicz


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 4(10) 25-31/01/ 2020