Leon Luczek: „Klasy rosyjskie w Kiwiszkach zlikwidowano jeszcze za sowietów”

83
Leon Luczek

Rozmowa z Leonem Luczkiem, byłym wieloletnim dyrektorem szkoły w Kiwiszkach, który opowiada o tym, jak walczono o szkołę polską w czasach sowieckich i przeciwdziałano rusyfikacji i lituanizacji.

Urodził się Pan na terenach teraźniejszej Polski. Dlaczego po II wojnie światowej zdecydował się Pan na pozostanie na Wileńszczyźnie?

Moja historia wygląda następująco. Mam dokument z archiwum kościelnego, że urodziłem się pod Białymstokiem. Moja babcia na obecnie byłych Kresach miała spory kawałek ziemi, ok. 30 ha we wsi Tereszki pod Wołkowyskiem. Na tamte czasy, na tych terenach, to było duże bogactwo. Pewnego razu jej mąż, czyli mój dziadek, wiózł wozem mąkę. „Był wypity” i jadąc przez rzeczkę, wydało mu się, że konie idą powoli, dlatego strzelił batem. Konie zaczęły biec. Wóz wywrócił się. Dziadek spadł do rzeki, a z wierzchu na niego spadły worki z mąką. Zginął na miejscu. Mój ojciec musiał wrócić do babci, aby pomóc jej w obróbce ziemi. W 1940 r. Wileńszczyznę zajęli sowieci, ale od razu nie tworzono kołchozów, dlatego okres pierwszej okupacji minął nam dosyć spokojnie. Po roku jednak przyszli Niemcy, którzy zaczęli tworzyć lokalną administrację. Mój ojciec, będąc osobą wykształconą – wcześniej był sekretarzem wojskowym, a później prywatnie uczył dzieci – został wybrany na sołtysa. Był nim do roku 1944, kiedy znów przyszli sowieci. W czasie wojny, będąc sołtysem, pomógł wielu osobom.

I co się wówczas stało?

Kiedy tereny zostały zajęte przez sowietów, to od razu zaczęli zatrzymywać osoby, które były w jakikolwiek sposób powiązane z niemiecką administracją. Mój ojciec dlatego postanowił pójść do lasu, do partyzantki, walczyć o polskość. Wówczas sporo młodzieży poszło do lasu. My natomiast mieszkaliśmy na kolonii. W rodzinie było czworo dzieci, dlatego czasami ojciec przychodził pomagać. Pewnej nocy przyszedł do nas i został zatrzymany przez NKWD. Ojciec był przetrzymywany w więzieniu w Wołkowysku. W więzieniu zachowywał się normalnie, dlatego jeden z NKWD-ystów zabrał jego i kilku innych więźniów do domu, gdzie mieszkał u pewnej kobiety. Musieli wykonywać różne prace, przede wszystkim to było piłowanie i rąbanie drzewa. Pewnego wieczoru kobieta postawiła butelkę bimbru i upoiła NKWD-ystę. Kiedy on już spał, kazała ojcu i jego kolegom uciekać. Dojechali do granicy i nielegalnie przeszli na drugą stronę. Po przejściu granicy ojciec udał się do brata, do Sulęcina. Tam wyrobił dokumenty i pracował w leśnictwie 10 lat. Początkowo pracował jako gajowy, a później nadleśniczy. W roku 1956 zmarł na raka żołądka.

Co rodzina robiła w tym czasie?

Zostaliśmy na miejscu, bo nie było nawet możliwości wyjechania do Polski, ponieważ była niepełna rodzina. Poza tym, często straszono, że zostaniemy wywiezieni na Sybir. Dzięki Bogu, tak się nie stało. Natomiast nasza krewniaczka, Sawosz Jadwiga, która pracowała jako dyrektorka szkoły w Rzeszy, w 1953 r. wysłała ogłoszenie do „Czerwonego Sztandaru”. W ogłoszeniu była mowa o tym, że Szkoła Pedagogiczna w Trokach zbiera polskie grupy. Chociaż po wojnie chodziłem do szkoły białoruskiej, ponieważ polskich szkół u nas nie było, ale ojciec nas dobrze nauczył języka polskiego, postanowiłem jechać do Trok. W 1957 r. zakończyłem Szkołę Pedagogiczną i zostałem wysłany na kontynuację nauki do Instytutu Nauczycielskiego w Nowej Wilejce. Po dwóch latach nauka zakończyła się i zostałem skierowany jako wicedyrektor do Wersockiej Szkoły Średniej. W tym samym roku, ponownie w „Czerwonym Sztandarze”, przeczytałem, że w Instytucie Pedagogicznym powstaje pierwsza polska grupa. Postanowiłem zdobyć wyższe wykształcenie. Naukę zakończyłem w 1964 r.

CZYTAJ WIĘCEJ: Marcin Zieniewicz: Moją pasją jest Europa Środkowo-Wschodnia

Dokąd Pana skierowano?

Zostałem skierowany jako dyrektor do szkoły w Brzozówce. To jest miejscowość znajdująca się niedaleko Miednik. To była całkowicie polska szkoła. Placówka liczyła 120-130 dzieci. Jako dyrektor w tej szkole przepracowałem 15 lat. Było mi łatwo, ponieważ znałem polski, rosyjski, litewski i białoruski.
Ze wszystkimi mogłem się domówić. Niestety, w 1979 r. źle się zaczęło dziać w szkole podstawowej w Kiwiszkach, ponieważ dyrektorem został nijaki Byczkow.
On I sekretarz partii w Niemenczynie, a później w rejonie. Nie znał ani polskiego, ani litewskiego, dlatego dbał tylko o klasy rosyjskie. Za jego kadencji szkoła praktycznie została szkołą rosyjską. Było tylko kilka klas polskich. Zaczęły się protesty mieszkańców i nauczycieli. Pisano listy do „Czerwonego Sztandaru” oraz instytucji partyjnych. „Czerwony Sztandar” wysłał korespondentkę, Łucję Brzozowską, aby zbadała sytuację na miejscu. Chciała porozmawiać z dyrektorem, ale z tego, co pamiętam, on ją po prostu wypędził z terenu szkoły. Ona jednak zobaczyła, że na korytarzach dzieci plują na mundur dyrektora. Tak powstał artykuł „Opluwany mundur”, który miał ogromną siłę. Byczkow został zwolniony. Wówczas w wydziale oświaty zaproponowano mi, abym został dyrektorem, ponieważ miałem odpowiednie wykształcenie i doświadczenie.

I jaką zastał Pan sytuację?

Na miejscu zorientowałem się, że jest duża grupa mieszkańców, która chce polskiej szkoły. Wtedy postanowiłem zastosować następującą taktykę. Każdego roku żegnaliśmy kolejną rosyjską promocję, ale nie nabieraliśmy nowych klas z rosyjskim językiem wykładowym.
W którym roku już nie było klas rosyjskich?
W 1986 r. nie było żadnej klasy rosyjskiej. Kiedy o tym dowiedziały się rejonowe władze partyjne, to wysłano komisję. Zaczęto mi zarzucać, że zlikwidowałem klasy rosyjskie, które funkcjonowały przez wiele lat. Odpowiedziałem, że to rodzice decydują, do jakiej klasy chcą oddać dziecko i na dowód pokazałem podania mieszkańców. Kiedy zostałem dyrektorem, to początkowo ludzie bali się oddawać dzieci do polskiej klasy. Często mnie pytano: czy można oddać dziecko do polskiej szkoły? Odpowiadałem: nie tylko można, ale trzeba. Dawałem im wzór podania i oni pisali. Chociaż otrzymałem naganę, to szkołę zostawiono w spokoju. Nikt nie potrzebował rosyjskich klas na siłę.

W Kiwiszkach są tylko klasy polskie Fot. Marian Paluszkiewicz

Czy były jeszcze jakieś problemy?

Budynek szkolny, który był w bardzo złym stanie. W Ministerstwie Oświaty poinformowano mnie, że państwo buduje tylko szkoły średnie, a nie podstawowe. Postanowiłem działać inaczej. Dyrektorem naszego kołchozu był Lew Worobjow, który był deputowanym Rady Najwyższej ZSRR. Miałem z nim bardzo dobre kontakty. Dowiedziałem się, że nasz kołchoz w banku ma duże pieniądze, dlatego zaproponowałem mu wybudowanie nowej szkoły. On powiedział, że jeśli na spotkaniu sprawozdawczo-wyborczym wszyscy poprą budowę, to wówczas ruszy budowa. Wystąpiłem na spotkaniu i wszyscy pomysł poparli.

Kiedy budowa została zakończona?

W 1990 r., czyli już w niepodległej Litwie. Niestety, na otwarcie nikt nie przyjechał z oficjalnych władz. Byli tylko Worobjow, przedstawiciele szkoły budowlanej oraz ksiądz, który wyświęcił budynek. Był to trudny okres, ponieważ państwo nic nie dało na wyposażenie szkoły. Pomagali rodzice. Dużo pomógł prezes Macierzy Szkolnej, Józef Kwiatkowski. Nie patrząc na trudności, staraliśmy się zapewnić odpowiedni poziom. Na przykład język litewski był nauczany nie od klasy piątej, tylko drugiej. Podobnie było z angielskim. Zwiększyła się liczba dzieci. Niestety, przyjechała ówczesna kierowniczka rejonowego wydziału oświaty, Danguolė Sabienė, która zarzuciła mi, że nie ma żadnej klasy litewskiej. Znaliśmy się z nią wcześniej, więc jej powiedziałem, że w tym przypadku decydują rodzice. Wysłała inspektora, pana Vilkysa, który przez dwa dni agitował za powstaniem litewskiej klasy. Nic mu jednak się nie udało. Tak jest do dzisiaj. W Kiwiszkach są tylko klasy polskie.

Do którego roku był Pan dyrektorem?

Od 1979 do 2003. Do dzisiaj nie mogą zrozumieć, dlaczego przestałem być dyrektorem. Nie było żadnych problemów ani finansowych, ani kadrowych. Nie zwracałem się do sądu, ponieważ przez dwa lata pracowałem jako nauczyciel. Chciałbym tylko dodać, że szkoła nadal trzyma się wybranej drogi. Jest zadbana i dobrze kierowana.

Na jakiej podstawie Pana zwolniono?

Zwolniono mnie na podstawie artykułu 116. Później dowiedziałem się, że jest to zwolnienie z inicjatywy administracji. Nikt nigdy mi nie wytłumaczył, dlaczego zostałem zwolniony. Czasami zastanawiam się, że być może zostałem zwolniony z powodu likwidacji rosyjskich klas za sowietów lub dlatego, że zbudowałem za pieniądze rodziców nową szkołę. Być może dlatego, że są tylko polskie klasy.


Fot. Marian Paluszkiewicz