Od „Czerwonego Sztandaru”do „Kuriera Wileńskiego”.Uwagi Krystyny Adamowicz

180
To, co napisałam, służy temu, aby przypomnieć w wielkim skrócie o tym, jaki to „czerwony”
był „Czerwony Sztandar” i ile było w nim polskości otwartej, jak też tej pojawiającej się między wierszami. Takie to były czasy Fot. Marian Paluszkiewicz

Pamięć ludzka jest zawodna. Temu nikt nie może zaprzeczyć, nawet ci, którzy uważają się za autorytety w ocenie wydarzeń, jakich byli świadkami… Zamieszczamy replikę red. Krystyny Adamowicz do wywiadu Ilony Lewandowskiej ze Zbigniewem Balcewiczem pt. „Od »Czerwonego Sztandaru« do »Kuriera Wileńskiego«. Polski dziennik na Litwie w czasach przełomu”, który został opublikowany w nr. 4/2020 magazynu.

Dobrze, że dziennik „Kurier Wileński” w swoimwydaniu magazynowym przypomniał datę zmiany tytułu gazety – „Czerwony Sztandar” został „Kurierem Wileńskim”. Było to za czasów, gdy naczelnym redaktorem gazety był Zbigniew Balcewicz. Wywiad z panem Balcewiczem, sygnatariuszem Aktu Niepodległości Litwy, przypomina tamten trudny okres lat 90. ubiegłego stulecia. Zmiana tytułu była rzeczywiście na czasie i niezbędna, jednak nie dlatego, że „Czerwony Sztandar” był gazetą jedynie „czerwoną”, która nie broniła odważnie spraw polskich w poprzednich latach, przed przyjściem do redakcji rozmówcy wywiadu. Zresztą, jestem pewna, że pan Zbigniew sam o tym dobrze wie, bo przez poprzednie lata w różnych aktualnych kwestiach często zabierał głos na łamach „Czerwonego Sztandaru”.
Zmiana tytułu to wymóg czasu. Bodaj wszystkie gazety zmieniały tytuły, jak chociażby „Komjaunimo tiesa” stała się „Lietuvos rytas”, „Tiesa” została „Dieną” itp.

Trudne czasy i ważne spotkania

Jak już nadmieniłam, pamięć ludzka jest zawodna, toteż nie będę gołosłowna i w ślad za eksnaczelnym przypomnę szanownym czytelnikom o niektórych wydarzeniach związanych z tamtym trudnym okresem, a także o akcjach gazety, za które my, dawni dziennikarze „Czerwonego Sztandaru”, nie mamy powodu do wstydu przed naszymi czytelnikami, rodakami. Proszę o potraktowanie tych wspomnień jako uzupełnienie do wywiadu, zamieszczonego w magazynowym wydaniu „Kuriera Wileńskiego” (nr 4 z 25–31 stycznia 2020 r.).
Szkoda, że w wywiadzie, gdzie są wymienieni koledzy redakcyjni, z którymi panu Balcewiczowi dobrze się pracowało, pominięci zostali ci, którzy poświęcili gazecie dziesiątki lat pracy i w redakcji stworzyli atmosferę i bagaż polskości. Pozwolę sobie uzupełnić tę lukę autora. Mam na myśli takich dziennikarzy (oprócz wymienionych w wywiadzie kolegów), jak: Henryk Mażul, Łucja Brzozowska, Alwida Bajor, Jadwiga Podmostko (do dziś współpracująca z „Kurierem Wileńskim”), Helena Ostrowska, Danuta Danowska, Jan Sienkiewicz, Michał Mackiewicz, Barbara Znajdziłowska, Danuta i Wojciech Piotrowiczowie, śp. Władysław Strumiłło, śp. Stefan Gudalewicz, śp. Julitta Tryk, śp. Irena Jurewicz. To ci ludzie w swoich artykułach i akcjach redakcyjnych w tamtych czasach bronili polskości.
Przez prawie dwa lata (1986–1988), z powodu ciężkiej choroby redaktora naczelnego, śp. Stanisława Jakutisa, pełniłam obowiązki redaktora naczelnego. I właśnie te lata zbiegły się z początkiem wielkich przemian na Litwie, a w gazecie – burzliwych dyskusji. Zamieszczaliśmy autentyczne listy czytelników, również tych, którzy słysząc na wiecach Sąjūdisu hasło „Litwa dla Litwinów”, obawiali się o szkolnictwo polskie, o prawo zachowania polskości na Wileńszczyźnie. Było to wtedy, gdy na I zjeździe Sąjūdisu wykrzyczano nas hasłem „gieda” (hańba), a które to hasło nas jeszcze bardziej zdopingowało do pisania prawdy i tylko prawdy. Ukazywaliśmy szczerze nastroje naszych czytelników.
Zaprosiłam do redakcji na szczerą, taką miałam nadzieję, rozmowę liderów Sąjūdisu, w osobach prof. Vytautasa Landsbergisa, ks. Alulisa, Kazimiery Prunskienė, Vytautasa Czepaitisa. Przyniosłam pokaźny plik listów czytelników, by goście zapoznali się z nastrojami Polaków w okresie przemian politycznych. Uważałam, że jako liderzy nowego ruchu politycznego powinni wiedzieć o nastrojach swoich współobywateli. Oczywiście, goście listów nie czytali, a jedynie pouczali nas, byśmy byli lojalni wobec Litwy. W spotkaniu tym brał udział Zbigniew Balcewicz, mianowany kilka dni wcześniej na redaktora naczelnego. Relacja ze spotkania, którą pisaliśmy wespół z Janem Sienkiewiczem, była okazją do zamieszczenia fragmentów listów, co przez czytelników zostało przyjęte z wielką wdzięcznością.

Ta drewniana tabliczka była umieszczona na tymczasowej siedzibie redakcji „Kuriera Wileńskiego” przy ul. Subocz. Redakcja przeniosła się tam po wyrzuceniu jej przez sowieckich komandosów z Domu Prasy. / fot. Marian Paluszkiewicz

Redakcja uczestnikiem wydarzeń historycznych

Zespół nasz przeżył wraz z całą Litwą tragiczne dni 11–13 stycznia 1991 r., o czym wspomina w wywiadzie pan Balcewicz. Nasz Dom Prasy był bodaj pierwszym obiektem w Wilnie, do którego zawitali uzbrojeni w „kałaszniki” żołnierze sowieccy. Jak wspomina ówczesny naczelny, był on w tym czasie na posiedzeniu Rady Najwyższej Litwy, podobnie jak wszyscy inni ówcześni deputowani.
Z kierownictwa redakcji zostałam sama, więc musiałam kolejny raz podejmować decyzje. Na apel redakcji „Respubliki” udałam się wtedy do bardzo młodej redakcji, gdzie odbyło się spotkanie z przedstawicielami innych wydań wyrzuconych z Domu Prasy. Z naszej redakcji przybyło nas troje: Barbara Mintautienė (Przygodzka), Mieczysław Radziwiłowicz i ja. Wspaniały był to pomysł solidarności dziennikarskiej, by wydać w tej trudnej sytuacji gazetę w trzech językach, z apelem do swoich czytelników. Słowo do czytelników „Kuriera Wileńskiego” napisałam ja (przepraszam, jeśli to wypadło nieskromnie), nie było to anonimowe „wydaliśmy”, „przygotowaliśmy”. Kolejny numer – „żałobny”, jednokartkowy, wydany w nieprzystosowanych warunkach, bez elementarnych narzędzi pracy – również ja prowadziłam. Kolejny raz mogłam podziwiać zespół redakcyjny, jak umiejętnie i z zaangażowaniem pracował nad trudnym i smutnym wydaniem. Rzeczywiście, zgadzam się z tym, że ten numer gazety był napisany bólem i sercem naszych kolegów.
Podobnie zostałam sama spośród kierownictwa redakcji, gdy w Związku Radzieckim był tzw. pucz, o którym pan Balcewicz wspomina. Wydarzenia w Rosji zrodziły wśród mieszkańców Litwy wiele obaw i niepokojów, a nawet co poniektórzy członkowie aparatu władzy pouciekali z Litwy, o ile pamiętam, chodziło o premiera. Pracowaliśmy nad kolejnym numerem w spokoju i skupieniu – zbliżał się początek roku szkolnego, toteż ten temat proponowałam wziąć na ostrze pióra jako w tym czasie priorytetowy. Oczywiście, nie obyło się bez dyskusji. W tym miejscu stawiam kropkę.

CZYTAJ WIĘCEJ: Od „Czerwonego Sztandaru” do „Kuriera Wileńskiego”. Polski dziennik na Litwie w czasach przełomu

„Czerwony Sztandar” a polskie sprawy

Czytam w wywiadzie, że zmiana tytułu gazety potrzebna była po to, „by w gazecie nie było już nic czerwonego”. Gra słów czy przekonanie?
To w „Czerwonym Sztandarze” tematem numer jeden była walka o zachowanie szkolnictwa polskiego, byliśmy pełni obaw, że nie będzie szkoły polskiej, zginie polskość na Wileńszczyźnie. Temat szkolnictwa podejmowała przez wiele lat Łucja Brzozowska, no i ja. Łucja osiągnęła znaczny sukces w obronie szkół polskich, zwłaszcza w publikacjach o polakożerczych dyrektorach takich szkół. Po jej artykułach niektórzy zostali zwolnieni z pracy. Łucja umiała jakże precyzyjnie wyłapać plagiat. Miała, i ma nadal, genialną pamięć literacką, a dzięki dużej wiedzy literackiej plagiat określała szybko. W ten sposób kształtowała wśród młodzieży elementarną uczciwość. Jako dziennikarki objechałyśmy wszystkie polskie szkoły rozsiane po Wileńszczyźnie w ramach akcji „Sylwetki szkół”, ukazując ich znaczenie dla zachowania polskości w najdalszych zakątkach Wileńszczyzny.
Łucja Brzozowska prowadziła też rubrykę poprawnej polszczyzny dla uczniów i dla dorosłych. To na łamach „Czerwonego Sztandaru” były drukowane materiały pomocnicze dla szkół polskich, włącznie ze scenkami dla szkolnej twórczości amatorskiej. Problem podręczników dla szkół polskich był również poruszany bardzo ostro.
Temat wyboru zawodu dla naszych absolwentów poruszyłam w cyklu materiałów pt. „Najważniejszy krok w życiu”. Nie da się wszystkiego wymienić, ale jest jeszcze jedno – staraniem naszej redakcji właśnie absolwenci szkół polskich mieli prawo składania po polsku egzaminów wstępnych do wyższe uczelnie i do średnich szkół zawodowych. Wielu z tego skorzystało, zwłaszcza ci, którzy wstępowali na studia do Instytutu Inżynierii Budowlanej czy na Uniwersytet Wileński, o czym wspomina do dziś nasza znana i lubiana poetka, a z wykształcenia mikrobiolog Alicja Rybałko. Znani dziś dziennikarze mediów polskich, którzy studiowali na uniwersytecie dziennikarstwo, nie tylko składali egzaminy wstępne po polsku, ale nawet prace zaliczeniowe mogli pisać w języku polskim. To było zwycięstwo!
Temat polskich przedszkoli – to kolejne zwycięstwo „Czerwonego Sztandaru”. Pamiętam, jak wielu przyszło do redakcji na nasz apel, aby omówić możliwości otwierana polskich placówek przedszkolnych. Byli to zarówno kierownicy już istniejących przedszkoli, jak i rodzice – Polacy, którzy mieli swoje rodzicielskie argumenty na korzyść założenia takich placówek przedszkolnych na Wileńszczyźnie. Zostali też zaproszeni kierownicy placówek oświaty z Wilna.
Temat ten prowadziły, nie tylko zresztą na łamach gazety, lecz także organizacyjnie, Jadwiga Podmostko i Helena Ostrowska. Dziś widzimy, jak pięknie prosperują polskie przedszkola. Artykuł Jadwigi „Co w sobie czujemy” wywołał lawinę listów czytelniczych, bo głęboko poruszył sprawy zachowania polskości na Wileńszczyźnie.

Na zdjęciu migawka ze święta „Warszawa w Wilnie” z 1987 r. „Czerwony Sztandar” świętował w owym roku 35-lecie. / FOT. ARCH.

Temu „czerwonemu” „Sztandarowi” zawdzięczamy zachowanie w całości cmentarza Na Rossie, część starą i nową. Chodziło o poszerzenie drogi, która dzieliła te dwie części wileńskiej nekropolii. Zagrożenie było bardzo poważne, bo m.in. zostałyby zlikwidowane groby poległych legionistów, którzy zginęli w walce o Wilno. W starej części cmentarza dotknęłoby to kwater filomatów Pietraszkiewiczów i innych. Temat ten w gazecie prowadziła śp. Halina Jotkiałło. Jako p.o. redaktor naczelny byłam wzywana do „partyjnych wydawców” na rozmowy o zachowaniu tamtych części cmentarza. Zwyciężyliśmy!
Władysławowi Strumiłło „Czerwony Sztandar” i jego czytelnicy zawdzięczają pierwsze artykuły o żołnierzach AK, co było w tamtych czasach odważnym krokiem. W czasach późniejszych temat ten był prowadzony przez śp. Jerzego Surwiło, autora wielu książek poświęconych bohaterskim czynom żołnierza polskiego.
Stanisławowi Jakutisowi oraz Jadwidze Kudirko zawdzięczamy wydanie tomiku poezji „Sponad Wilii cichych fal”, co wcale w tamtych czasach nie było łatwe. Jadwidze zawdzięczamy też cykle materiałów o zespołach polskich, prowadzenie przez pewien czas kółka literackiego przy redakcji, gdy odszedł jego pierwszy prezes, prof. Władysław Abramowicz. Alwidzie Bajor zawdzięczamy temat pracy naszych polskich zespołów teatralnych, Danucie Danowskiej – podróże do polskich gmin Wileńszczyzny… Nie da się wszystkiego wymienić, każdą tzw. letuczkę, czyli codzienne planowanie numeru, zaczynaliśmy od pytania: „Co dziś w gazecie mamy polskiego?”.
Nie mogę pominąć święta 35-lecia gazety (było to latem 1987 r.), które nam zafundowała Polska. Największe place Wilna – pl. Katedralny i dzisiejszy Daukantasa – były oddane do dyspozycji tego święta polskości, które odbywało się pod symbolicznym hasłem „Warszawa w Wilnie”. Przybyli do nas najbardziej znani w tamtych czasach artyści polscy, na czele z Jerzym Połomskim czy Kapelą Warszawską. Nasze polskie zespoły również miały okazję, by zaprezentować swój artystyczny polski dorobek, m.in. lubiana Kapela Wileńska od tego wydarzenia odlicza swój życiorys. W tamto święto nad Wilnem, raz z pl. Katedralnego, innym razem z pl. Daukantasa, unosił się przepiękny balon „Tadeusz Kościuszko” w biało-czerwonych barwach z wizerunkiem Orła Białego. Radość wśród mieszkańców Wilna była ogromna i do dziś ci, którzy to oglądali, dziękują redakcji „Czerwonego Sztandaru” .
To, co napisałam, służyło temu, aby przypomnieć w wielkim skrócie o tym, jaki to „czerwony” był „Czerwony Sztandar” i ile było w nim polskości otwartej, jak też tej pojawiającej się między wierszami. Takie to były czasy, zanim tytuł został zmieniony na dzisiejszy, zresztą bardzo trafny, „Kurier Wileński”.


Autorka nadesłanej repliki Krystyna Adamowicz była wieloletnią dziennikarką i zastępczynią redaktora naczelnego „Czerwonego Sztandaru”, a następnie „Kuriera Wileńskiego”. W redakcji pracowała w latach 1958–2009.


Krystyna Adamowicz


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 8(22) 22-29/02/ 2020