Do kościoła ludzie przychodzą nie zawsze po wiarę

149

Pojechałem służyć Kościołowi, zupełnie nie znając specyfiki katolików na tych terenach. Zostałem skierowany na wschód, do diecezji odesko-symferopolskiej, obejmującej obszar nad Morzem Czarnym, łącznie z Krymem. Nie spodziewałem się, że spotkam tam tak wielu Polaków – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” ks. Jan Dargiewicz, który od 2005 r. pracuje na Ukrainie.

Pracę rozpoczął w Chersoniu. Tereny, które w XIV w. opanowało Wielkie Księstwo Litewskie, do XVI w. wchodziły w skład polsko-litewskiego państwa. Później zajęło je imperium osmańskie, a pod koniec XVIII w. trafiły we władanie Rosji. Wtedy właśnie zaczęły tam powstawać współczesne miasta. Chersoń został założony w 1778 r. na wysokim, prawym brzegu Dniepru, jako twierdza i ośrodek stoczniowy Floty Czarnomorskiej.
– Byłem bardzo zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że początek dali mu Polacy. To oni wybudowali kościół, obok którego biegła nazwana po polsku ulica Kościelna. Od 1783 do ok. 1793 r. w mieście działała Kompania Handlowa Polska (tzw. Kompania Chersońska), pierwsze polskie przedsiębiorstwo żeglugowe – opowiada duszpasterz.

Tu przecież zawsze byli Polacy, katolicy

Odessa, na której obrzeżach ks. Jan pracuje obecnie, powstała nieco później – została założona ukazem carycy Katarzyny II 27 maja 1794 r. Już w 1795 r. w rejon Chersonia i Odessy przybyło ponad 100 polskich rodzin szlacheckich.
– Bardzo wielu ludzi myśli, że miasta, które powstawały na terenach ówczesnego Cesarstwa Rosyjskiego, musiały być prawosławne. Tak jednak nie było. Osiedlili się tu głównie katolicy: Polacy, Włosi, Francuzi, Niemcy. To właśnie im miasto zawdzięcza swój rozwój, nic więc dziwnego, że istniała tu organizacja Kościoła katolickiego – zauważa rozmówca „Kuriera Wileńskiego”.
Jak podkreśla kapłan, ślady po polskiej społeczności zachowały się w nazwach najstarszych ulic, z których jedna nazywa się po prostu: Polska. Dziś jej fragment nosi imię prezydenta Lecha Kaczyńskiego, na pamiątkę jego pobytu w Odessie i spotkania z Polakami.
– Polacy byli tu nośnikami kultury. Polak z Warszawy założył pierwszą szkołę muzyczną, polscy architekci zaprojektowali większość budynków starej Odessy – wylicza duchowny. – Dla mnie największą niespodzianką było jednak to, że nie jestem pierwszym ks. Janem Dargiewiczem, który tu z Polski przyjechał. 250 lat przed moim przybyciem na Ukrainę jezuita, Jan Dargiewicz, zakładał tu szkołę, w której zresztą podczas swojego pobytu w Odessie gościł Adam Mickiewicz – opowiada misjonarz.

CZYTAJ WIĘCEJ: Rita Gvazdaitytė: Kościół katolicki w kazachstańskim stepie

Z Wilna do Odessy

W Odessie do czasów rewolucji wybudowano kilka kościołów katolickich. Jednym z nich był mały kościółek św. Piotra Apostoła, z XIX w.
– Była to jedna ze świątyń katolickich czynnych nieprzerwanie za czasów sowieckich. Zgodnie z ówczesną polityką ten teren miał być bez Boga. Działający kościół pozostawiono nie dla wiernych, ale dla celów propagandowych, by pokazać, że w Związku Sowieckim jest wolność religijna – wyjaśnia ks. Jan. W czasach sowieckich to właśnie ten kościół połączył Odessę z Wileńszczyzną poprzez osobę proboszcza, ks. Tadeusza Hoppego, którą prezentujemy obok.
Mimo że od upadku Związku Sowieckiego zdążyło już dorosnąć nowe pokolenie, ks. Jan podkreśla, że jako duszpasterz nadal bardzo odczuwa skutki tego okresu.
– Ci ludzie z jednej strony byli systemowo ateizowani, pozbawiano ich dostępu do sakramentów, zastraszano, mówiono, że Boga nie ma, a z drugiej – przeszli przez niewyobrażalne cierpienia. Represje, których ofiarami, jako mieszkańcy tych terenów, padali Polacy, rozpoczęły się wraz z przyjściem do władzy bolszewików. Większość tych pierwszych polskich mieszkańców została deportowana na Syberię. Ich miejsce zajęli jednak inni Polacy, przywiezieni z dzisiejszej zachodniej Ukrainy. Życie tu nie było wcale łatwe – opowiada kapłan.
Jako przykład podaje jednego z niedawno zmarłych parafian, który jako dziecko przeszedł przez czasy Hołodomoru – wywołanej sztucznie przez komunistyczne władze ZSRS klęski głodu w latach 1932–1933 na terenach sowieckiej Ukrainy.
– Mówił, że na jego rękach zmarł mu młodszy brat, że do końca życia płacz dzieci wzbudzał w nim przerażenie, bo przypominał o tym okresie, o czasach, gdy rodzice, wychodząc z domu, ukrywali ich, by sąsiedzi nie porwali ich i nie zjedli. Jak po takich przeżyciach zaufać drugiemu człowiekowi? – pyta duchowny.

Ziemia naznaczona cierpieniem

Niedawno ks. Jan uczestniczył w pogrzebie przeszło tysiąca ofiar NKWD. – My pamiętamy o Katyniu, ale przecież masowych grobów było znacznie więcej, egzekucje odbywały się w każdym większym mieście. Również w okolicach Odessy mordowani byli Polacy. W pobliżu lotniska odnaleziono szczątki ok. 2 tys. osób. Wśród nich było 20 księży katolickich, ośmiu prawosławnych… Przez długi czas kości były złożone w jakichś skrzynkach, w końcu, po interwencji naszego biskupa, podjęto decyzję o pochówku. Był on bardzo cichy, o pogrzebie dowiedzieliśmy się od syna z jednej ofiar, ale byliśmy, modliliśmy się za wszystkie ofiary – wspomina ks. Jan.
Duszpasterz zauważa, że dramaty XX w., połączone z sowiecką polityką wobec rodziny, wywarły ogromy wpływ na moralność ludzi, bardzo niszczyły więzi społeczne, doprowadziły także do zaniku praktyk religijnych. – Nie możemy się dziwić, że dziś zaledwie ok. 5 proc. ludności na tych terenach jest wierząca. Nie mówię o katolikach, ale o związku z jakąkolwiek religią. Kolejne 5 proc. to ateiści z przekonania, a reszta albo zupełnie nie interesuje się tym tematem, albo znajduje pod wpływem różnorodnych sekt – komentuje kapłan.
Podobnie jak z wiarą, tak jest z polskością. – Przychodzę do jednego z domów, a tam kobieta mówi: „U nas wszyscy ruscy”, ale jej dziadek do końca życia nie nauczył się mówić ani po rosyjsku, ani po ukraińsku. Mówił tylko po polsku. Taka z niej ruska właśnie… Czasem ktoś pamięta jakąś kolędę, modlitwę po polsku. Ja się temu nie dziwię. Nie można oczekiwać od ludzi, którzy doświadczyli tak wielkich represji, że będą znać historię, świetnie mówić po polsku, kontynuować tradycje. Ale jako Polacy powinniśmy przecież przypominać o związkach z Polską, o przodkach. Tak jak nie mogę oczekiwać, że przyjdą do kościoła. Po prostu, musimy wychodzić do nich – wyjaśnia ks. Jan.

Nie zaczynam od wejścia do kościoła

Praca duszpasterska na wybrzeżu Morza Czarnego znacznie się różni od tej, jaką księża katoliccy pełnią w Polsce czy na Litwie. – Pracuję na bardzo dużym terenie. Jako proboszcz buduję kościół Miłosierdzia Bożego w miejscowości Rozdzielna pod Odessą. Dojeżdżam też do innych miejscowości, moja parafia to obszar ok. 200 na 300 km. I nie ma tam wcale kościołów wypełnionych wiernymi. Jeśli są, to zwykle ruiny do odbudowy. Dodatkową trudnością jest stan dróg. Czasem lepiej nawet jechać po stepie, bo na drogach łatwiej można uszkodzić samochód – relacjonuje kapłan. – Bardzo często zaczynamy w domach. Potem dopiero budujemy wspólnotę, kaplicę. Jadę dla 20, 30 osób. I nie zawsze ci ludzie od razu przychodzą po wiarę. Można więc powiedzieć, że aby pracować normalnie na Ukrainie, muszę sobie na to najpierw „zarobić” gdzie indziej, czy to głosząc jakieś rekolekcje, czy też po prostu żebrząc z puszką przy kościele w mojej rodzinnej diecezji – opowiada.
Jak zauważa duszpasterz, bardzo dużą rolę w jego pracy odgrywa pomoc charytatywna, zajęcia dla dzieci i młodzieży. – Walczymy z nędzą, z tą materialną, ale także z bardzo wielkim spustoszeniem moralnym po czasach komunizmu. Dużą rolę odgrywają w tym wyjazdy do Polski, które są ważne zwłaszcza dla młodzieży. Nie tylko poznają polską kulturę, ale także, po prostu, przekonują się, że można żyć inaczej, że warto się starać i o siebie walczyć – wyjaśnia proboszcz.

Symbol polskiej obecności

– Bardzo się cieszę, że mamy w tym wsparcie Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie”, Fundacji Mosty, a także Fundacji Orlen. To wcale nie jest takie oczywiste, bo nieraz zdarzało mi się już tłumaczyć, skąd na wschodzie Ukrainy są Polacy, dlaczego powinniśmy ich wspierać. Nie wszyscy to, niestety, rozumieją – stwierdza rozmówca „Kuriera Wileńskiego”.
– Realizujemy obecnie dwa projekty. Jeden to projekt typowo charytatywny, dzięki niemu nasi parafianie mogą otrzymać najpotrzebniejsze sprzęty, rzeczy codziennego użytku, ubrania, przybory szkolne, za co byli bardzo wdzięczni. Dużą część parafian objęliśmy również pomocą żywnościową, co w bardzo trudnej obecnie sytuacji na Ukrainie ma ogromne znaczenie. Mieszkańcy naszej parafii bardzo to doceniają, nie tylko w tym wymiarze materialnym. Stanowi to wyraz tego, że Polska o nich pamięta – wylicza ks. Dargiewicz.
Druga część projektu ma wymiar symboliczny i realizowana jest wspólnie z Fundacją Mosty ze środków Fundacji Orlen. Dotyczy upamiętnienia kościoła zbudowanego w Odessie przez polskich przedsiębiorców. Kościół św. Klemensa – imponujących rozmiarów budowla z czerwonej cegły, którego wieże były widoczne podobno z odległości 100 km, został konsekrowany w 1913 r. Nie był to jedynie obiekt sakralny, przy kościele powstały również sierociniec, szkoła rzemieślnicza oraz dom starców. Budynki te zostały zabrane przez komunistyczne władze w 1935 r. Ówczesnego proboszcza, ks. Józefa Najguna, zesłano do Kazachstanu, a w 1937 r. kościół wysadzono.
– Nic dziś nie przypomina o tej świątyni, na tym miejscu wybudowano „chruszczowki”, można więc powiedzieć, że zabiegi komunistów nie spełzły na niczym. Chcemy upamiętnić tę świątynię, również jako symbol polskiej obecności w Odessie, poprzez rzeźbę – makietę kościoła, by w ten sposób przeciwstawić się wypaczaniu historii – wyjaśnia proboszcz.


ks. Tadeusz Hoppe, salezjanin
Urodził się w Wielkopolsce, ale całe swoje kapłańskie życie poświęcił Kościołowi na terenach sowieckich. Niedługo przed wybuchem II wojny światowej rozpoczął studia w Wilnie. Kontynuował przygotowania do kapłaństwa potajemnie – święcenia przyjął 24 stycznia 1943 r. w katedrze wileńskiej z rąk abp. Mieczysława Reinysa, a następnego dnia swoją pierwszą mszę świętą odprawił w kaplicy cudownego obrazu Matki Bożej Ostrobramskiej. Nie opuścił Wileńszczyzny po wojnie, w czasie, gdy tak wielu Polaków wybierało wyjazd do Polski w zmienionych granicach. Już po trzech miesiącach kapłaństwa został proboszczem w Rudnikach, posługując dodatkowo w parafiach Parudomino i Jaszuny oraz żołnierzom AK, skoncentrowanym w Puszczy Rudnickiej. Przez kolejne lata pracował również w Solecznikach, Kalwarii Wileńskiej i Ławaryszkach, wszędzie zyskując sobie wielką sympatię parafian.
Na wyjazd zdecydował się dopiero w grudniu 1958 r., gdy bp Julijonas Steponavičius zaproponował mu pracę w Odessie. Spędził tam resztę życia. Swoją działalność prowadził nie tylko w mieście, przez kilkanaście lat, raz w miesiącu, dojeżdżał do Kijowa i Kiszyniowa w Mołdawii. Jeździł także na Kaukaz i Syberię, gdzie spotykał bardzo wielu Polaków. Podczas jednego z pobytów w Nowosybirsku w ciągu jednego tylko dnia ochrzcił 200 dzieci i dorosłych.
– Ks. Hoppe przeszedł do historii Odessy nie tylko jako duszpasterz, ale także wielki orędownik polskiej kultury i języka. Nauczał prawd wiary, ale też sprowadzał polskie katechizmy, uczył języka, historii. Mieszkał w podziemiach kościoła, zawsze był otwarty na ludzi. Umarł w bardzo symbolicznym czasie, w wigilię 11 listopada, gdy spełniły się jego największe marzenia. Nie tylko katolicy odzyskali swoją katedrę, ale także powrócił do niej, w uroczystej procesji, obraz Wniebowzięcia NMP. Podobno, gdy obraz znalazł się w katedrze, ks. Hoppe powiedział: „Za obrazem odejdę i ja” – przybliża historię salezjanina ks. Dargiewicz.


Fot. Tomasz Jędrzejowski


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 12(34) 21-27/03/ 2020