Samobójstwo i miłosierdzie

Ostatnimi czasy coraz częściej usłyszeć można, jakoby wileński malarz Eugeniusz Kazimirowski, spod którego pędzla wyszedł pierwszy obraz Jezusa Miłosiernego, popełnił samobójstwo.

Taka wersja znalazła się również w głośnym filmie Michała Kondrata „Miłość i miłosierdzie”, w którym ukazana została scena, jak malarz kończy życie, wieszając się w swoim mieszkaniu. Dla wielu osób informacja, że Kazimirowski mógł targnąć się na swoje życie, to mocne uderzenie w kult Bożego Miłosierdzia. Z jednej strony bowiem Chrystus obiecał, że obraz Jezusa Miłosiernego będzie dla wierzących narzędziem niezliczonych łask, a z drugiej – twórca tego wizerunku popełnia samobójstwo, a więc te łaski odrzuca. Postanowiłem więc sprawdzić, czy powyższa teza znajduje potwierdzenie w faktach. Okazało się, że nie dysponujemy żadnymi dowodami, by artysta sam zakończył swoje życie. Mamy natomiast dokumenty, które mówią o czymś zupełnie innym.

Po pierwsze, zachowała się metryka zgonu malarza z 23 września 1939 r., na której widnieje przyczyna jego śmierci – zapalenie płuc. Po drugie, w księdze parafialnej białostockiej fary zachował się wpis, że Eugeniusz Kazimirowski miał katolicki pogrzeb, który odprawił 25 września 1939 r. tamtejszy wikary ks. Stanisław Urban. Malarz pochowany został w centralnej części cmentarza, podczas gdy w tamtych czasach samobójcy pozbawieni byli katolickiego pochówku i chowani w specjalnie wydzielonym miejscu nekropolii, najczęściej gdzieś pod cmentarnym murem. Zachowane dokumenty nie potwierdzają więc tezy, jakoby artysta popełnił samobójstwo. Krąży informacja, że był masonem. Niestety, nie dysponujemy żadnymi pewnymi danymi na temat jego życia duchowego, ponieważ był osobą samotną, zmarł bezpotomnie i nie zostawił po sobie żadnych zapisków.

Milczą o tym również św. Faustyna Kowalska i bł. Michał Sopoćko. Wiadomo, że ten ostatni poprosił Kazimirowskiego o namalowanie wizerunku Jezusa Miłosiernego zgodnie z wizją mistyczki. Wtajemniczył go nawet w istotę obrazu. Siostra Faustyna wspomniała, że pierwotnie chciała powierzyć to zadanie komuś innemu (najprawdopodobniej siostrze bernardynce), jednak zmieniła zdanie: „Kiedy rozmawiałam z pewną osobą, która miała namalować ten obraz, ale dla pewnych przyczyn nie namalowała go, usłyszałam podczas rozmowy z nią taki głos w duszy: »Pragnę, żeby była posłuszniejsza«”. Bóg wybrał więc Kazimirowskiego. I nie był to przypadek.


Grzegorz Górny


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 17(45) 25/04 02/05-2020