Ostatnia z Wilna. Odeszła Józefa Hennelowa

1046
Fot. Wikipedia

W wieku 95 lat w Krakowie zmarła Józefa Hennelowa – wieloletnia publicystka, felietonistka i do 2008 roku zastępczyni redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”, była posłanka na Sejm RP. Prezentujemy tekst Jarosława Tomczyka, który ukazał w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” w kwietniu br.

Jestem niezwykle szczęśliwa z powodu tych życzeń i bardzo wdzięczna „Kurierowi Wileńskiemu” za pamięć – powiedziała Józefa Hennelowa, przyjmując od nas urodzinowe serdeczności. Pochodząca z Wilna działaczka, pisarka i publicystka katolicka, mieszkająca w Krakowie, skończyła 95 lat!

Pani Józefa to przedstawicielka pokolenia, które nie rozczula się nad sobą. Traci wzrok, opuszczają ją siły, ale nie czyni z tego dramatu. „Nie ma na to żadnej rady, poza tą jedną, przyjąć fakt, ale prosić Boga, żebyśmy nie robili z tego problemu” – napisała niedawno w odpowiedzi na ankietę „Czym jest dla mnie życie duchowe”. W grudniu w jednym z minifelietonów dopełniła te słowa, przypominając, że „niezależnie od sytuacji, zawsze jest za co dziękować”. Wrażliwa na konkretnego człowieka i jego biedę, ciekawa ludzi i świata, skromna – tak najczęściej charakteryzują Hennelową ludzie, którzy ją dobrze znają.
Jest pisarką z Wilna, która tworzyła już w powojennej Polsce. Stanowi ostatnie ogniwo łańcucha polskich pisarzy, który w XVI w. zapoczątkowali Stanisław Koszutski i Augustyn Rotundus, a potem przez stulecia tworzyli Mickiewicz, Słowacki, Miłosz i inni. Jest pisarką, w której publicystyce Wilno jest tematem ważnym, najbardziej ze wszystkich osobistym, która zawsze i wszędzie podkreślała: „Bo jestem z Wilna”. Taki tytuł nosi zresztą książka, wywiad rzeka, jakiego udzieliła Romanowi Graczykowi przed prawie 20 laty.
Życzenia urodzinowe od „Kuriera Wileńskiego” odebrała z wielkim wzruszeniem i choć nie czuła się najlepiej, znalazła w sobie siły, by odpowiedzieć na kilka pytań. Z okazji zacnego jubileuszu warto przypomnieć jej losy i posłuchać, co ma nam do powiedzenia.

Majówki z księdzem Sopoćką

Hennelowa, a właściwie wówczas Józefa Golmontówna, urodziła się w Wilnie 1 kwietnia 1925 r. Matka zmarła, gdy Józia miała zaledwie dwa lata. Ojciec, Józef Golmont, był krawcem. Specjalizował się w szyciu księżowskich sutann. Mieszkał przy ul. Zamkowej 8 w domu należącym do kurii rzymskokatolickiej.
„Mieszkaliśmy na Starym Mieście, na którym kościoły są co krok” – wspominała Hennelowa przed pięciu laty w wywiadzie udzielonym „Tygodnikowi Powszechnemu”. „Wychodząc od Zaułku Bernardyńskiego, w którąkolwiek z czterech stron świata się wyruszyło, szło się do przepięknie położonego kościoła: na północ była katedra, na południe uniwersytecki kościół św. Jana, a dalej Ostra Brama, na wschód gotycka św. Anna, wczesnogotycki kościół Bernardynów i rokokowy św. Michała, na zachód jeden z najpiękniejszych – maleńki kościół Bonifratrów. I właśnie z tym ostatnim mam wspomnienia. Stał przy zacisznym skwerku po drodze do szkoły. Zawsze był otwarty, w środku delikatnie oświetlony, stwarzał idealną przestrzeń do wejścia przynajmniej na chwilę w atmosferę religijną. A ze wspomnień jeszcze wcześniejszych była Ostra Brama, bo ojciec zabierał tam moją siostrę i mnie bardzo często. To było miejsce zupełnie inne niż Jasna Góra. Nie twierdza ze skrytą głęboko Madonną, tylko przestrzeń otwarta z Madonną czekającą w oknie na przechodniów. Mimo tej otwartości ludzie zachowywali się bardzo pokornie, pamiętam, że po schodach do kaplicy szli na klęczkach. Przechodziło się przez tę ulicę zawsze z odkrytą głową. Jeszcze inne wspomnienie to bardzo popularne wtedy nabożeństwa majowe. Doskonale pamiętam te z kościoła św. Michała, gdzie długi czas duszpasterzem był ks. Sopoćko, kierownik duchowy św. Faustyny. Zapamiętałam piękne śpiewy, ludzie śpiewali nieporównanie lepiej niż w dzisiejszym Krakowie”.
W tym samym wywiadzie Hennelowa wspomina też cmentarz Na Rossie, na którym pochowano jej matkę. „Ten cmentarz jest wyjątkowo piękny, rozrzucony pośród pagórków i dolinek, gdzie rosną okazałe drzewa. Ponieważ miejsca jest mało, mogiły są wąskie, a pomniki strzeliste. Pamiętam ten cmentarz rozświetlony jeszcze świeczkami, a nie zniczami. To było żywe światło, stwarzające magiczny nastrój, zwłaszcza gdy tych zapalonych świec były tysiące”.

Zmiana na całe życie

W czasie II wojny światowej należała do Szarych Szeregów. „Nie byłam nigdy świadkiem jakiegoś ostatecznego zła dziejącego się na moich oczach, tego mi Pan Bóg oszczędził przez całą wojnę” – mówiła o tym okresie. Brała udział w tajnym nauczaniu, studiowała na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. W roku 1946 w tłumie innych repatriantów, mając lat 21, przybyła do Krakowa. Znalazła się tu w zupełnie obcym sobie świecie. Jeszcze po wielu latach wyznawała: „Chciałabym usłyszeć wielkanocne Kyrie i wielkosobotnie Exsultet. I jeszcze początek Litanii do Matki Boskiej śpiewany w Ostrej Bramie w Wilnie, bo tylko tam śpiewają tę melodię tak, jak trzeba”.
Pod Wawelem kontynuowała studia na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ukończyła je w roku 1951. W Krakowie była spora grupa uchodźców z Wilna. Stanisław Stomma, Antoni Gołubiew, Paweł Jasienica stali się po zakończeniu wojny trzonem wydawanego tu „Tygodnika Powszechnego”.
– Stomma, mój nauczyciel na tajnych kompletach, to w mojej opinii najwybitniejszy polski pisarz pochodzący w Wilna – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” przy okazji odbierania jubileuszowych życzeń.
Stomma ściągnął ją do redakcji „Tygodnika Powszechnego”. „To była niespodzianka” – wspominała ten czas w rozmowie z Sylwią Paszkowską. „Kiedyś chciałam opisać swoje życie pod kątem niewykorzystanych szans, ale moje dzieci powiedziały, że powinnam napisać o wykorzystanych szansach. Człowiek ma zawsze jedną szansę, drugiej może nie dostać. To jest moment, który trzeba dobrze rozważyć, czy nie pójść za tą szansą. Decyzja o »Tygodniku« była świadoma. Miałam możliwość pójść drogą naukową, ale zrezygnowałam z niej. To wtedy nie był przypadek”.
Związała się z „Tygodnikiem Powszechnym”, opiniotwórczym pismem inteligencji katolickiej, na całe dekady, aż do roku 2012, pełniąc funkcję pracownika redakcji, a następnie sekretarza i zastępcy redaktora naczelnego.

Z papieskim błogosławieństwem

19 czerwca 1954 r. została żoną Jacka Witolda Hennela, fizyka jądrowego, specjalisty w zakresie rezonansu magnetycznego, zmarłego w 2014 r. Nauk przedślubnych udzielał im Karol Wojtyła, on też udzielił ślubu w krakowskim kościele Bożego Ciała. Z tego związku na świecie pojawiło się troje dzieci, dwie córki Agnieszka i Teresa oraz najmłodszy syn Franciszek. Dzieci również chrzcił przyszły papież Jan Paweł II. Później błogosławił 25-lecie małżeństwa, a na 50-lecie napisał specjalny list. Józefa i Jacek przeżyli razem niemal 60 lat, bez dwóch tygodni. Przez cały ten czas Hennelowa realizowała się jako redaktorka i publicystka, ale oczywiście także jako żona i matka.
„Dostąpiłam tego szczęścia, że znałam Karola Wojtyłę” – wspominała Hennelowa w jednym z wywiadów. „Nie było nigdy żadnej wątpliwości, że on stoi bez porównania bliżej Pana Boga niż my. Nawet nie tyle był przewodnikiem, co ułatwiał poczucie bliskości Pana Boga. Wystarczyło zobaczyć go w kaplicy, żeby było wiadomo, iż rozmawia z Panem Bogiem bezpośrednio”. W innej z rozmów z żalem przyznawała, że wraz z jego śmiercią w dużej mierze zniknął czynnik integrujący różne katolickie środowiska. „Gdy żył, przynajmniej wstydziliśmy się kłócić” – nie kryła.

O wolną Polskę

W 1989 r., jak wielokrotnie podkreślała, świadomie zgodziła się na wejście w świat polityki, ale – co też zaznacza – na szczęście na niedługo. Przez cztery lata była posłem na Sejm RP z ramienia Komitetu Obywatelskiego NSZZ „Solidarność”.
„Głosowałam za likwidacją uciskających społeczeństwo struktur państwa komunistycznego” – mówiła o tym okresie. „Warto było dla satysfakcji podniesienia ręki za rozwiązaniem cenzury, SB, Urzędu ds. Wyznań, nazwy PRL”. Ale nigdy też nie ukrywała, że nie wszystko się wtedy udało – miała na myśli przede wszystkim lustrację i dekomunizację. „Pamiętajmy, że oba pierwsze sejmy przerwały prace w połowie. Sprawa wymknęła się spod kontroli i wokół lustracji do dziś toczą się awantury. Mam wrażenie, że nie mamy do czynienia z jakimś aktem dziejowej sprawiedliwości, ale satysfakcją tych panów, którzy panowali nad mechanizmami »łamania ludzi«, spisywali, co chcieli i jak chcieli, a teraz trącają się kieliszkami i oblewają swój sukces”.
O jej politycznym epizodzie panuje powszechna opinia, że ona, która w stanie wojennym była najbardziej wojownicza, z nastaniem wolności, gdy w Sejmie trzeba było ustalać nowe prawo, stała się gorącą zwolenniczką porozumienia. „Bo, owszem, działacz katolicki powinien poszerzać przestrzeń chrześcijańskiego dobra. Nie powinien on jednak czynić tego ani kosztem pluralistycznej wspólnoty, ani drogą obchodzenia obowiązującego prawa. Dobro zakorzeniane nieczystymi metodami przestaje automatycznie być dobrem” – odnosiła się do takich komentarzy. Przy tej okazji wspominając ojca, który miał dar „puszczania win w niepamięć”, Hennelowa zauważała samokrytycznie: „Ja, przyznaję, tego nie umiem i pamiętam urazy”. I dodawała z humorem: „To może jest jakieś pogańskie, nie wiem. Mój mąż to tłumaczył tym, że ja jako Litwinka jestem tylko »na pół ochrzczona« i że ten pogański wąż jeszcze gdzieś się tam kryje”.

Ku przyszłości

Została odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Z rąk kard. Stanisława Dziwisza odebrała Order św. Grzegorza Wielkiego, jedno z najwyższych watykańskich odznaczeń, przyznawane za szczególne zasługi dla Kościoła. Zanim ją udekorowano, nieraz spadały na jej głowę obelgi, zarzuty, różne niegodziwości. Niczego jej nie szczędzono po drodze, którą ciągle bardzo konsekwentnie idzie.
„Uczę się pamiętać, że życie nie jest jeszcze skończone i są przed człowiekiem doświadczenia, o których myślał, że ich już nie dozna” – mówiła, kończąc lat 90. Na pytanie, jak będzie w przyszłym życiu, odpowiadała wówczas: „Nie wiem, ale tak dogłębnie nie wiem. Nie można odpowiedzieć sobie niczego na tak wiele pytań, zanim się nie znajdziemy po tamtej stronie. Nie wiem, jaki rodzaj zawierzenia będzie ratunkiem na ostatni moment. Teraz się nad tym ciągle zastanawiam. Napisała mi żona zmarłego znajomego, bardzo zaangażowanego w pojednanie polsko-litewskie, człowieka o prostej, głębokiej pobożności, że jego umieranie trwało minutę. No, to jest ta łaska – Pan Bóg obie ręce wyciągnął i prędziutko go przytulił. Ale tylko niektórzy tej łaski dostąpią…”.
– Trudno mi stawiać prognozy na przyszłe relacje polsko-litewskie i na to, w którą stronę pójdzie to w Wilnie – mówi nam przy okazji jubileuszu. – Ja te relacje znam doskonale, znam ich historyczny kontekst, świetnie pamiętam wzajemne odnoszenie się w czasach, gdy Wilno było w granicach Polski, gdy potem zostało stolicą Litwy, także w czasach hitlerowskiej i sowieckiej okupacji. Obserwowałam te relacje też bardzo uważnie po wojnie. Pierwszy raz pojechałam do Wilna jeszcze za bardzo głębokiego komunizmu. Po 1989 r. jeździłam bardzo często. W ramach parlamentarnych grup pracowałam nad budowaniem relacji i rozwiązywaniem bieżących problemów społeczności polskiej na Litwie. Społeczności, która moim zdaniem potrzebuje szerszej reprezentacji niż tylko Akcja Wyborcza Polaków, co często podnosiłam. Ostatni raz byłam w moim Wilnie w roku 2011. Czy mam dla Wilna optymistyczną prognozę? Chciałabym, ale nie wiem. Pandemia, która na nas spadła, może wszystko wywrócić do góry nogami, nie sposób dziś powiedzieć, w którą stronę to wszystko pójdzie…