Białorusini sam na sam z dyktaturą

297
W czwartek, w wiecu w Mińsku uczestniczyło ponad 63 tys. osób Fot. EPA-ELTA

Wybory prezydenckie na Białorusi odbędą się 9 sierpnia. Mimo że prezydent Aleksander Łukaszenka ma ogromną praktykę w wygrywaniu w swoim kraju i może wykorzystać cały wachlarz metod dostępnych tylko dla rządów autorytarnych, nie są to dla niego łatwe wybory. „Białorusini po raz pierwszy w najnowszej historii nie oczekują na pomoc zagranicy i są sam na sam z dyktaturą” – komentuje ostatnie wydarzenia Andrzej Poczobut.

Wydarzenia, jakie obecnie rozgrywają się na Białorusi, zapewne przejdą do historii. Nie tylko dlatego, że są obiektywnie ważne w kształtowaniu najnowszych dziejów narodu, ale również dlatego, że to po prostu wyjątkowa historia. Czy wymyślilibyśmy lepszą fabułę dla wciągającej opowieści niż historia żony kandydującej w wyborach zamiast uwięzionego męża, i która wysyła własne dzieci zagranicę w obawie przed represjami? Do tego dwie inne kobiety, wspierające ją jako przedstawicielki kandydatów opozycji, którym odebrano prawo do startu w wyborach. Trzy kobiety porywają naród w sposób, jakiego nie zna współczesna Białoruś – na wiecu z Mińsku zbiera się 35 tys. osób, by zademonstrować poparcie dla kandydatki opozycji i sprzeciw wobec dyktatury. Aż trudno uwierzyć, że autorem tego scenariusza jest sam Aleksander Łukaszenka.

Miało być inaczej. Łukaszenka już w czerwcu praktycznie unieszkodliwił wszystkich potencjalnych kontrkandydatów. W maju – rzekomo za napaść na milicjanta – aresztowany został Siarhej Cichanouski, popularny bloger i krytyk prezydenta. Niedługo potem w areszcie znalazł się także cieszący się dużą popularnością były bankier Wiktar Babaryka. O poparciu społecznym, jakim się cieszył, najlepiej świadczy fakt, że zebrał aż 450 tys. podpisów pod swoją kandydaturą, najwięcej w historii Białorusi. Unieszkodliwiony został również były dyplomata, Walery Cepkała, który zebrał ich ponad 220 tys., z których uznano jedynie 75 tys. Do jego rejestracji nie dopuściła prokuratura, a sam kandydat – kiedy dowiedział się, że ma zostać aresztowany – wyjechał z dziećmi do Rosji.

„Zgłosiłam się do wyborów z miłości, gdy zostało to uniemożliwione mojemu mężowi” – mówi Cichanouska Fot. commons.wikimedia.org

Zostały kobiety. Swój komitet zarejestrowała Swiatłana Cichanouska, żona aresztowanego blogera. „Zgłosiłam się do wyborów z miłości, gdy zostało to uniemożliwione mojemu mężowi” – mówi o powodach swojego kandydowania.

16 lipca oficjalnie połączone zostały trzy sztaby wyborcze kandydatów, którym uniemożliwiono start w wyborach. Jeden z nich reprezentuje żona Walerego Cepkały, Weronika, drugi – szefowa sztabu Barbaryki, Maria Kolesnikowa. Trzy dni później ruszyły w teren. Już 19 lipca – ich wiece ściągają tłumy. W Homlu, rodzinnym mieście Cichanouskiego, było ponad 10 tys. osób.

Kandydatka opozycji deklaruje, że jeżeli zostanie wybrana, natychmiast uwolni więźniów politycznych i skazanych w sprawach gospodarczych, przeprowadzi referendum w sprawie przywrócenia Konstytucji z 1994 r., w celu ograniczenia liczby kadencji prezydenta oraz stworzy warunki do wolnych wyborów nowego prezydenta. Chce też rozwoju szkolnictwa w języku białoruskim.

Tłumy, które przychodzą na spotkania z opozycyjną kandydatką na prezydenta, Swietłaną Cichanouską, to nie są w większości członkowie opozycyjnych partii i ruchów, to często do niedawna apolityczni ludzie, którzy po prostu mają dosyć gospodarczej zapaści i zamordyzmu, symbolem których jest Aleksander Łukaszenka. Poparcie które ma dziś Cichanouska swoim poziomem przypomina poparcie Łukaszenki w 1994 r. Gdyby wybory były uczciwe…” – komentował po pierwszych wiecach na swoim profilu na Facebooku Andrzej Poczobut, dziennikarz i działacz Związku Polaków na Białorusi.

Poparcie Cichanouskiej jednak ciągle wzrasta. W czwartek, 30 lipca, na wiecu w Mińsku było ponad 63 tys. osób – liczba zupełnie rekordowa jak na Białoruś. Wśród pieśni śpiewanych przez zgromadzonych usłyszeć było można m.in. „Mury” Jacka Kaczmarskiego.

Łukaszenka rządzi od prawie 26 lat i władzy nie zamierza oddać. Jak reaguje na popularność kandydatki opozycji? Nie ustają aresztowania, a sam prezydent próbuje zdeklasować kandydatkę, mówiąc np. o tym, że w wyborach nie powinien mieć prawa kandydowania ktoś, kto nie służył w wojsku… Na dzień przed wiecem w Mińsku białoruskie służby poinformowały o zatrzymaniu 33 rosyjskich bojowników z tzw. Grupy Wagnera. Mieli oni planować, jak poinformował w czwartek Komitet Śledczy, masowe zamieszki. Władze zawiadomiły, że w związku z tą sytuacją konieczne jest zaostrzenie przepisów bezpieczeństwa podczas imprez masowych.

Na tradycyjne – w wypadkach, kiedy nic nie jest pewne – pytanie: cui prodest, na razie odpowiedź jest jednoznaczna: korzyści z historii z »wagnerowcami« otrzymał jedynie Aleksander Łukaszenka. Udało mu się, po raz pierwszy w tej kompanii, odzyskać inicjatywę polityczną, no i zagonić opozycje do przysłowiowego narożnika. Teraz wszystkie akcje uliczne będą obstawione barierkami, trafić do środka można będzie tylko po rewizji przeprowadzonej przez funkcjonariuszy MSW” – komentuje dziennikarz Andrzej Poczobut.

Jak zauważa, w tej kwestii ważne jest również stanowisko Rosji, na której wsparcie Łukaszenka zawsze mógł liczyć.

Kto by co nie mówił, Rosja tradycyjnie popiera Łukaszenkę. Wiadomo, przecież jest prorosyjski. Udało mu się też w końcu przekonać do siebie Zachód, który toleruje status quo i przymyka oko na represje, dlatego że Łukaszenka nie jest, ich zdaniem, całkowicie prorosyjski. Problemem jest tylko naród białoruski, który nie chce Łukaszenki i ma go wyraźnie dosyć. Ale od wyjaśniania narodowi, jak się pomylił są KGB, MSW i, w wypadku jeżeli by mieli problemy, wojsko. W tych wyborach prezydenckich Białorusini po raz pierwszy w najnowszej historii nie oczekują na pomoc zagranicy i są sam na sam z dyktaturą” – pisze o ostatnich wydarzeniach działacz ZPB.