Więcej

    Skromna siłaczka służby pocztowej

    Czytaj również...

    Zdjęcie pod „starą pracą”, tym razem z torbą sklepowych zakupów, a nie listów. / Fot. Aleksander Borowik

    Patrząc na Zofię Stankiewicz, mieszkankę podwileńskich Awiżeń, aż się nie chce wierzyć, że na swojej służbie pocztowej odpracowała 38 lat! A potem jeszcze pięć, już jako zasłużona emerytka. A jak mówi – dłużej by mogła!

    Nogi jeszcze dobrze służą, a to w pracy kiedyś było najważniejsze. Teraz samochodami pocztę rozwożą, a ja tak jakoś prawa jazdy nie zrobiłam. Nie było czasu! – uśmiecha się dziarska mała kobietka o silnym duchu i dobrym sercu.

    Promienna jak słońce, opalona twarz nie ujawnia jej prawdziwych lat, a spokojny głos – ciężkiej pracy listonoszki. Kiedy to w deszcz i śnieg, w upał i mróz trzeba było dostarczyć ludziom to, na co z niecierpliwością czekali – wiadomości. Najczęściej te radosne, ale bywały też bardzo smutne telegramy…

    Do szkoły przez głęboki rów z wodą

    Urodziła się 2 października 1952 r. we wsi Gajgołka (teraz po litewsku – Gaigalinė). Uczyła się w pobliskiej szkole, która była w prywatnym domu w Pikuciszkach.

    – Do szkoły było niedaleko, przez drogę. Ale żeby dojść do niej, to tata musiał nieść mnie w ramionach. Bo wody w rowie, przed drogą, było zawsze powyżej kolan – opowiada Zofia, która pamięta swoją pierwszą wychowawczynię, panią Lachowicz.

    Potem była szkoła w Mejszagole. – Poszłam do rosyjskiej szkoły średniej, bo tam nauka, 10 lat, była o rok krótsza niż w polskiej – śmieje się z „roztropności” w owych czasach swoich rodziców i przypomina, jak tęskniła za ciepłem domowym. – Przez cały tydzień mieszkałam w bursie, a w soboty i niedziele uciekałam wreszcie do mamusi, tatusia i braciszka.

    Jej rodzicami byli Michał Zdanowicz i Janina (z domu Gigielewicz), którzy troskliwie się nią opiekowali, póki sama nie wyfrunęła w świat. – Jaki tam świat! – śmieje się zadziornym głosem pani Zofia i przypomina swój krótki zawodowy życiorys, przed późniejszą pracą w zawodzie listonosza.

    Pracowała w wileńskiej Fabryce Aparatury Paliwowej, potem w zakładzie zabawek „Žaislas”, a kiedy urodził się pierwszy syn Władek, poszła pracować tam, gdzie mama – na zmianę jako bufetowa i sanitariuszka w szpitalu Czerwonego Krzyża.

    – Rzuciłam poprzednią pracę, bo bardzo szkoda mi było synka, który w przedszkolu dostał ostrego zapalenia ucha. Tak płakał, płakał, że postanowiłam, że więcej jego nigdzie nie puszczę – opowiada z nutką bólu, ale i miłości o swoim pierworodnym. Jako drugi, ale nie mniej kochany, urodził się, o trzy lata od brata młodszy, Eugeniusz.

    „Łatwa praca”, bo tylko do obiadu

    „Kto, jeśli nie my sami polskość będziemy podtrzymywać?!” – zawsze przypominała o prenumeracie polskiego dziennika na Litwie. | Fot. Bronisława Kondratowicz

    A potem dowiedziała się, że na poczcie w Awiżeniach potrzebują listonoszki. No i poszła, prawie nie namyślając się, bo praca wydawała się bardzo łatwa – do obiadu trzeba listy i gazety roznieść. I już jest wolna!

    No tak… Tyle że by „być wolną”, musiała w każdy dzień pokonać 30 km, z rowerem i torbą wypchaną korespondencją. Jej rewir rozciągał się poza gminne Awiżenie, aż po okoliczne wsie.
    – Zawsze lubiłam swoją pracę – bo z ludźmi. I porozmawia się, i wysłucha, i coś tam poradzi! – śmieje się pani Zofia na moje stwierdzenie, że śmiało mogłaby kandydować na starostę. Niemal każdego mieszkańca zna i o każdym niemal wszystko (ale tylko dla siebie!) wie.

    A jak na nią dzieci czekały! Przecież znajomych z zagranicy, przede wszystkim – z Polski, można było mieć wówczas tylko korespondencyjnie. Nie było wyjazdów na kolonie „do Macierzy”, teraz tak popularne.

    Dzieciaki wychwytywały wprost z rąk pani Zosi listy od swoich przyjaciół, wąchając je i zgadując – tym razem otrzymali zamówione nalepki czy gumy do żucia?

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Zawsze pod gołym niebem

    Mimo pracy, nieustannie pod gołym niebem, nigdy nie chorowała. „Nigdy?!” – przepytuję z niedowierzaniem. No, prawie, dwa razy miała urlopy macierzyńskie. I owszem – był też jeden chorobowy, ale to już na emeryturze.

    – Nie chorowałam, bo inaczej być nie mogło! – śmieje się pani Zofia i tłumaczy się: – A kto za mnie pocztę rozniesie?
    Jak mówi, każdy listonosz miał „swoich” ludzi, którzy musieli otrzymać to, na co czekali od samego rana – listy, gazety, czasopisma, powiadomienia, przesyłki, emerytury.

    A jak niczego nie było, to jej wypatrującym przesyłała szczery uśmiech. „Może jutro będzie list od syna z wojska, to od razu do was zajadę!” – mówiła swoim rozczarowanym odbiorcom, którzy często ją i na kawę, i na obiad zapraszali. Spieszyła się, ale nie mogła ludziom odmówić, widząc ich wdzięczność za jej całkiem normalną pracę.
    I tak polubiła swoją „łatwą pracę”, że nie rozstała się z nią aż do emerytury, a później jeszcze pięć lat odpracowała – „póki młode dziewczyny nie przyszły”.

    Jak zaznacza, na szczęście w pracy prawie nie doświadczyła żadnych przykrych zdarzeń. A w okolicach było słychać o napadach na listonoszy z pieniędzmi emerytów. Jej jedynym zagrożeniem były wówczas wolno biegające duże psy bezmyślnych gospodarzy. – Teraz to jest porządek, ludzie albo płoty i bramy mają, albo w wolierach psy trzymają – zauważa.

    Z małymi kundlami nie miała większych nieprzyjemności – często wystarczył ruch, że niby po kamień się schyla. Ale były chwile strachu…
    – Kiedyś ciągle mi drogę zagradzał owczarek tych… A, nie trzeba tego pisać! Najważniejsze, że nie pogryzł moich łydek! – śmieje się pani Zofia, ale zaraz przyznaje, że miała nawet kupiony za swoje pieniądze balonik z gazem.

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    – Raz, ze strachu, prysnęłam w tego psa! A potem… szłam i płakałam. Był wiatr i cały gaz poszedł mi w oczy. A napotkani ludzie pytali: „Co stało się, Zosia?!”.

    A Zosia – ocierając zaczerwienione oczy – mówiła, już znowu się śmiejąc, że „sama sobie winna”.

    Z koleżankami z pracy na zdjęciu sprzed wielu lat – oto Valentina Vaitkevičienė, ówczesna kierowniczka poczty i listonoszki: Alina Miech, Teresa Spieglianina i nasza Zosia. | Fot. Bronisława Kondratowicz

    Przyszły mąż skontrolował jej bilet!

    Jak poznała się ze swoim przyszłym mężem? – W autobusie – w oczach pani Zofii zagrały figlarne diabełki. – Jechałyśmy z koleżanką z Wilna do domu. A tu kontrola biletów. Podchodzi do mnie konduktor, sprawdza nasze bilety. Odszedł. A potem wrócił. Konstanty. Żartem umówiliśmy się na zabawę, no i tak już wyszło!

    Potem, w czasie przeprowadzania melioracji w ich miejscowości, otrzymali działkę w Awiżeniach. – 20 lat ten dom budowaliśmy. Cegła po cegle. Razem z mężem dorabialiśmy czym się dało. Ja nawet jagody w lesie zbierałam – przypomina pani Zofia i trochę wzdycha: – Męża już od 10 lat nie ma…

    – Nie, nie pamiętam, ile służbowych toreb znosiłam, może dziesięć, piętnaście. Kto by tam pamiętał? – zastanawia się, machając ręką, ale poproszona wyciąga z szafy pamiątkę po pracy – teczkę-walizkę na ramię z napisem „Lietuvos paštas” i symbolem poczty – trąbką gońca.
    Ubranie też miała służbowe: buty gumowe, kurtki z kapiszonami. Ale już rowery sama musiała kupować, na które często i dodatkowe torby ładowała, gdy było dużo przesyłek.

    Polską gazetę roznosiła i zachęcała do prenumeraty

    – Kiedyś, kiedy jeszcze nie było internetu ani telewizyjnych wiadomości, ludzie prenumerowali bardzo dużo gazet i czasopism. A jak ktoś zapominał, to przypominałam, że już za kilka dni kończy się prenumerata ich „Kuriera”, i od razu miałam zamówienie: „A może, Zosieńka, nam sama wypiszesz?”.

    I Zosieńka chętnie pomagała, choć dla niej to dodatkowa praca była.– A jak inaczej! Przecież kto, jeśli nie my sami polskość będziemy podtrzymywać?! – zakrzykuje. I przyznaje, że do prenumeraty namawiała też tych, co rezygnowali z polskiego dziennika, bo „teraz jakby niepotrzebny…”. I przemawiając ostatnim argumentem – patriotyzmem – udawało się przekonać „do wypisania”.

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    ***
    Żegnając się z panią Zofią w dniu, który był jak jej praca – naraz słońce, chmury, porywisty wiatr i deszcz – z okazji Światowego Dnia Poczty przypadającego 9 października w imieniu redakcji złożyłem naszej skromniej siłaczce Wileńszczyzny – również skromne, ale w jak największym stopniu szczere i pełne podziwu słowa najlepszych życzeń!


    Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 39(112) 26/09-02/10/2020

    Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Afisze

    Więcej od autora

    Wystartował sezon na grilla, można i z…  krokodyla!

    — Najlepszą jest karkóweczka. Ale dobre i inne kawałki świninki — żeberka i boczek! — mówi Leon, ze smakiem oblizując usta. „Te smalone szaszłyczki…” Niemenczynianin Leonard Stankiewicz od lat młodzieńczych kocha wręcz „smalić szaszłyczki”! Bo taki to tylko wtedy był sposób...

    SoDra o minimalnych i maksymalnych wysokościach świadczeń

    Aleksander Borowik: W kwietniu, wraz z rozpoczęciem nowego kwartału roku, zmieniają się minimalne i maksymalne wysokości świadczeń SoDry. Dotyczy to przede wszystkim tych beneficjentów, których dochody są zaliczane do najniższych i najwyższych. Małgorzata Kozicz: Świadczenia na wypadek choroby, macierzyństwa, ojcostwa...

    Dzień mamy, dzień taty – propozycja wydłużenia tej ulgi do 16 lat

    Obecnie dodatkowo po jednym dniu odpoczynku dla mam i ojców (lit. „mamadieniai” i „tėvadieniai”) prawnie przysługuje raz na trzy miesiące rodzicom wychowującym dzieci 12. roku życia. „Dobrze, że kiedyś wymyślili te dni!” Darek, „mój” kurier jednego ze sklepów internetowych, kiedy usłyszał...

    Ach, ten kwiecień plecień…

    Zdezorientowane szpaki, które jeszcze przed tygodniem dziobały moją łączkę jak te kury, teraz siedzą z nastroszonymi piórkami na drutach jak w tej humorystycznej kreskówce „Angry Birds” („ale nas ta szybka wiosna nabrała…”). A propos. Spóźnialscy jeszcze mają ostatnią szansę zawiesić...