Na pierwszej linii frontu walki z wirusem

Nasza szeroko rozgałęziona sieć podstacji to pewność, że na czas zdążymy do chorego – mówi Zdzisław Skwarciany

Jak się jedzie na wezwanie, to nie myśli się, czy kolejna ofiara koronawirusa pociągnie za sobą następnych. Strachu nie ma, bo to po prostu nasza zwykła, codzienna praca – na czas zlokalizować chorobę i udzielić pomocy przed kolejnym etapem, czyli szpitalem – mówią o sobie skromnie ratownicy medyczni z Wileńskiej Stacji Pogotowia Ratunkowego.

SARS-CoV-2 zainfekował już ponad 38 mln osób na całym świecie i zabił ponad milion. Litwa jest w czerwonej strefie zagrożenia. Na drogach nikogo nie dziwią pędzące coraz częściej na sygnałach białe karetki z pomarańczowymi pasami. Czy tym razem do kolejnego chorego na śmiertelnego wirusa?

Girl in a jacket

Wilno, piątek. 9 rano. Pierwszy dzień obowiązku noszenia maseczek ochronnych w miejscach publicznych. Tydzień przed ogłoszeniem drugiego w tym roku alarmu koronawirusowego, drugiej ogólnokrajowej kwarantanny. Na ulicach pusto, na drogach też niewielki ruch.

Na placyku przed Wileńską Stacją Pogotowia Ratunkowego panuje względny spokój. Pod oknami stoi szereg wozów służby pierwszej pomocy. To samochody dyżurne – przygotowane na wypadek zamiany zepsutych w drodze aut. Dwoje mężczyzn w pomarańczowych kurtkach i granatowych spodniach krząta się przy szeroko otwartych drzwiach jednego z ambulansów – wymieniane są butle z tlenem medycznym, profilaktycznie sprawdzany jest sprzęt niezbędny do ratowania życia ludzkiego.

„Taki to już zawód”

Obok rozmawiają ze sobą medycy ratownicy z całodobowych brygad. Na razie nie ma wezwań, jest więc chwila wytchnienia. Do całodobowych dyżurów gotowych jest 28–30 ambulansów z dwu-, trzyosobowymi brygadami zmieniającymi się co 24 godziny. Zaplecze stanowi 450 pracowników.

Dariusz Sosnowski nie wyolbrzymia pracy swojej i kolegów. – Taki to już zawód. Ciągle trzeba być w pogotowiu. I tak od 16 lat! – uśmiecha się szeroko pod maseczką.

Prawdopodobieństwo zakażenia się medyków wirusem od chorych jest – choć zabrzmi to makabrycznie – bardzo wysokie. Dlatego sami ratownicy są regularnie badani na obecność koronawirusa w organizmie. Na razie wirus w niewielkim stopniu zaatakował ich szeregi. Tylko dwie osoby miały pozytywne wyniki badań, a przebieg choroby był łagodny.

– Obecna sytuacja jest pod naszą kontrolą. Samochody sprawne, brygady medyków w całodobowych pogotowiu. Oby gorzej nie było – mówi Zdzisław Skwarciany, dyrektor największej w kraju placówki pierwszej pomocy medycznej.

Stoicki spokój jednak zaraz znika, kiedy musi odbierać jeden za drugim telefony od kolegów. – Dzisiaj jest trochę bardziej gorąco… – przeprasza za przerwy w rozmowie. – Przewozimy chorych na wirusa ze szpitali na nowe miejsce. W Santaros, klinice uniwersyteckiej w Santaryszkach, brakuje już łóżek, więc szpital na Antokolu przygotowano na potrzeby zakażonych pacjentów. Jest 130 miejsc. Tak więc teraz trwa ruch po całym mieście, bo z każdą dobą, niestety, bardzo szybko rośnie liczba chorych.

W wileńskiej dyspozytorni w ciągu doby odbieranych
jest do tysiąca telefonów z Wilna i rejonu

Podstawą sukcesu sieć podstacji

– Nasza szeroko rozgałęziona sieć podstacji, punktów dyslokacji karetek, a mamy ich 12, to pewność, że na czas zdążymy do chorego – mówi dyrektor centrum. Do transportu zakażonych wirusem mają specjalnie przygotowane ambulanse. Dla ułatwienia dezynfekcji są wyklejone wewnątrz folią, a personel nosi specjalne kostiumy zabezpieczające. Kiedy stosowany jest poziom drugi lub trzeci – obowiązkowe są respiratory, rękawiczki. Najwyższy, piąty, wymaga zakładania specjalnych kombinezonów.

– Zdarzają się sytuacje, kiedy chory zachowuje się nieadekwatnie – jest agresywny, odmawia hospitalizacji. W takim wypadku, które prawo określa jako „zagrożenie dla społeczeństwa”, na pomoc jest wywoływana policja i zakażona osoba na siłę jest wieziona do szpitala. Oczywiście, w normalnej sytuacji pacjent może (w formie pisemnej) odmówić hospitalizacji, ale takich przypadków prawie nie ma. Na szczęście ludzie chcą po prostu żyć – mówi Zdzisław Skwarciany.

Liczy się każda minuta

W odróżnieniu od innych służb specjalnych karetki pogotowia mają swój regulaminowy czas dotarcia na miejsce wezwania. – W mieście powinniśmy przybyć na miejsce alarmowego wezwania (tzw. ekstra) maksymalnie w ciągu 15 minut, w rejonie – do 25 minut (udaje się to nam w 92 proc. wypadków). Wiadomo, okoliczności różnie się składają, ale na szczęście nasi rodzimi kierowcy stają się coraz bardziej „europejscy” i z wyrozumieniem ustępują drogi – mówi Zdzisław Skwierciany, zaznaczając, że na czas dotarcia (liczy się każda minuta) ma przede wszystkim wpływ wielkość sieci podstacji. To tu, w ich centrali, decyduje się, z którego punktu dyżurnego Wilna ma wyjechać karetka znajdująca się najbliżej miejsca wezwania.

– Do naszych 12 punktów z dyżurnymi brygadami, znajdujących się zazwyczaj przy szpitalach, dołączyła teraz placówka w Werkach, przy zajezdni autobusowej. A więc jeszcze bardziej skróci się czas drogi ambulansów (zgodnie z ustaloną normą na 18 tys. mieszkańców powinna przypadać jedna karetka) do pobliskich potrzebujących – opowiada dyrektor stacji. W przeliczeniu na mieszkańców Wilna to 28 samochodów pogotowia ratunkowego, w tym połowa to reanimobile.

W wileńskiej dyspozytorni, w zależności od sytuacji dzienne, pracuje siedmiu–dziewięciu medyków. W ciągu doby przyjmuje się do tysiąca telefonów z Wilna i rejonów. W ciągu doby mają ok. 400 wyjazdów.
Brygady ambulansów zazwyczaj są dwuosobowe: kierowca ratownik medyczny i pielęgniarz. W brygadzie reanimacyjnej jest dodatkowo lekarz. Zgodnie z unijnymi wymaganiami od 2024 r. kierowcy karetek pogotowia powinni mieć kwalifikacje ratownika medycznego, czyli paramedyka. Tak więc wkrótce będą organizowane specjalne szkolenia, które znacząco podniosą poziom kwalifikacji pracowników pogotowia.

Darius Gaspariūnas: Karetki pogotowia mają krótkie życie

Krótkie życie karetek

Darius Gaspariūnas, dyrektor działu transportu Wileńskiej Stacji Pogotowia Ratunkowego, twierdzi, że karetki pogotowia ratunkowego, niestety, mają krótkie życie. – Praktycznie po siedmiu, ośmiu latach muszą być wymieniane. Bo przecież średnio w ciągu pięciu lat zaliczają pół miliona kilometrów! Ciągle są pod technicznym nadzorem współpracujących z nami serwisów, dlatego niewiele mamy niespodziewanych usterek. A i nasi kierowcy są prawdziwymi zawodowcami, więc do wypadków z ich winy dochodzi zaledwie raz, dwa razy w roku – opowiada.

Tabor wileńskiej stacji pogotowia ratunkowego jest „wielonarodowościowy”. – Mamy wozy różnych marek (kto da najlepszą cenę za najlepszą ofertę, ten wygrywa przetarg), ale najbardziej cenimy fabryczne karetki Volkswagena – craftery. Zresztą u Niemców trzeba byłoby i nam pouczyć się gospodarności. Cztery, pięć lat, dopóki działa gwarancja, i wymiana na nowe! – zaznacza Darius Gaspariūnas.

Czego brakuje litewskim ratownikom medycznym? Personel medyczny karetek średnio zarabia 2500 euro. Podczas kwarantanny dodatkowe obciążenie oraz zwiększone ryzyko było premiowane do 100 proc. dodatkowego wynagrodzenia.

– Na bieżąco mamy dobre kontakty z kolegami z zagranicy, informujemy się nawzajem, dzielimy doświadczeniem. Niedawno byliśmy w Olsztynie. Po takim porównaniu możemy powiedzieć, że warunki pracy mamy bardzo dobre. W naszych planach jest założenie tzw. klasy symulacyjnej, w ramach której będą imitowane sytuacje zagrożenia koronawirusowego, w tym psychologicznego stresu. To pomoże w realnych działaniach ratowników medycznych – opowiada Gaspariūnas.

***
Zdzisław Skwarciany w drzwiach centrali energicznie macha nam ręką na pożegnanie. Rozumiemy się bez słów: „Oby nie trzeba by się było spotkać w innych sytuacjach”.


| Fot. Marian Paluszkiewicz


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 45(130) 07-13/11/2020