Władysław Krawczun: W Strużanowskiej zachwycało człowieczeństwo, ale też miłość do języka polskiego

Nie występuję już na scenie, bo mam swoje lata, ale, na ile mogę, biorę udział w życiu tego teatru
| Fot. Archiwum Władysława Krawczuna

Polskie Studio Teatralne, obecnie Teatr Polski „Studio” w Wilnie, zostało założone w listopadzie 1960 r. pod nazwą Polski Zespół Dramatyczny przy Klubie Pracowników Łączności – jako pierwsza tego rodzaju placówka artystyczna utworzona po wojnie w Wilnie. O pierwszych latach zespołu opowiada Władysław Krawczun, członek zespołu teatralnego od początku jego istnienia.

Pamięta Pan dzień, w którym trafił Pan do zespołu teatralnego?

Reklama

Byłem studentem Instytutu Pedagogicznego na kierunku fizyki. W naszej grupie większością byli chłopcy – aż 25 przy zaledwie 5 dziewczętach. Pan Chodkiewicz, nasz profesor języka niemieckiego, przyszedł do nas na wykład i kiedy zobaczył naszą grupę, powiedział, że zwłaszcza chłopcy powinni iść wieczorem do Klubu Pracowników Łączności i poszukać pani Janki Strużanowskiej. Przyszliśmy, oprócz nas było tam kilka dziewczynek, może z 8 klasy, pani Janina Strużanowska i nauczycielka języka polskiego z „Piątki”. Powiedziały, że brakuje im w zespole chłopców i chętnie nas przyjmą. Dla mnie był to właśnie początek trwającej do dziś współpracy z teatrem.

Zaczynaliśmy od recytacji wierszy, przygotowywaliśmy różne skecze, wreszcie, w 1963 r. mieliśmy pierwszą premierę. Była to „Matka” Jerzego Szaniawskiego w reżyserii Marii Wojtowicz. Po tej premierze Wojtowicz chciała zostać kierowniczką naszego zespołu, zrobiliśmy zebranie, ale postanowiliśmy, że zespołem nadal będzie kierować pani Strużanowska. Niestety, straciliśmy wtedy reżyserkę, bo Maria Wojtowicz zrezygnowała ze współpracy z nami, wyproszono nas również z Klubu Pracowników Łączności, motywując to remontem. Spotykaliśmy się potem w różnych miejscach, ale trzymaliśmy się razem. Zostałem wybrany na prezesa i pomagałem pani Janinie w organizacji spotkań. Czasem może było trudno, brakowało czasu, ale pani Janina zawsze mówiła, „jeśli nie my, no to kto?”. Jeździliśmy z naszymi przedstawieniami po kołchozach, występowaliśmy w klubach, czasem w kinach przed seansem, mieliśmy poczucie, że to, co robimy, jest potrzebne.

Dlaczego chcieliście, by to Strużanowska prowadziła zespół?

Przede wszystkim wybieraliśmy wspaniałego człowieka, który dla nas wszystkich był wielkim autorytetem, można powiedzieć, drugą matką. Poza tym bardzo dobrze znała język polski, o wiele lepiej niż inne osoby, które zajmowały się teatrem. Słyszeliśmy, jak pięknie mówi po polsku, uczyła nas wymowy, to było dla nas ważne. Chcieliśmy mówić poprawnie, na to stawialiśmy i uważam, że wygraliśmy. Inni nie mogliby mam pomóc, bo po prostu nie słyszeli, że mówimy z błędami.

Czas, w którym powstawał teatr, nie był łatwy dla polskiej kultury na Litwie. Po 1957 r. na Wileńszczyźnie zostało niewielu przedstawicieli polskiej inteligencji. Czy było to odczuwalne?

Tak, większość inteligencji wyjechała, zostało mało Polaków, nie było też wcale łatwo z nauką w języku polskim, sam doświadczyłem tego w czasach szkoły. W Rudziszkach było tylko 7 klas w języku polskim, dalej uczyłem się w Połukniu, potem w Landwarowie. Wszędzie były natomiast szkoły rosyjskie. Tym bardziej więc ważne były takie inicjatywy amatorskie jak ta, która wyszła od Janiny Strużanowskiej. Wpoiła nam, jak ważny jest język polski i chyba udawało nam się to zamiłowanie do tego języka przekazywać widowni.

Czytaj więcej: „Tej, co nie zginęła” — oddział trocki ZPL, Polskie Studio Teatralne i Trio „Hanki” świętują niepodległość

Janina Strużanowska
| Fot. Archiwum PST

Czy w tym okresie mogliście liczyć na pomoc z Polski?

Otrzymaliśmy taką pomoc dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. W latach 60. do Wilna przyjechał Teatr Powszechny z Warszawy. Oczywiście, byliśmy na widowni, a po spektaklu spotkaliśmy się z reżyserem Adamem Hanuszkiewiczem. Powiedzieliśmy, że chcemy tworzyć polski teatr, ale nie mamy zaplecza, literatury czy kostiumów. Janina Strużanowska powiedziała, że nie mamy też reżysera. Zgodził się nam pomóc. Otrzymaliśmy kostiumy, a potem do Wilna przyjechała także Janina Pollak-Wagner, aktorka Teatru Powszechnego. Pracowała z nami przez miesiąc jako reżyser nad spektaklem „Szczęście Frania” Włodzimierza Perzyńskiego.

„Świętoszek” Moliera. Scena ze spektaklu. Aktorzy: Mieczysław Pliskaczewski (Damis), Henryk Święcicki (Orgon), Alicja Małaszkina (Marianna), Władysław Krawczun (Świętoszek), reż. Vladas Sipaitis, 1970 r.
| Fot. Archiwum PST

W ciągu tak wielu lat przynależności do zespołu zagrał Pan bardzo wiele ról. Która z nich była dla Pana najważniejsza?

Nie mam wątpliwości, że Tartuffe, czyli główny bohater „Świętoszka” Moliera. Ten spektakl wystawiliśmy w 1968 r. Ta rola była dla mnie ważna, ponieważ oddaje całą złożoność natury ludzkiej, jej piękne, ale też nikczemne oblicze. Było to dla mnie ogromne wyzwanie jako dla aktora, poświęciłem jej wiele czasu, ale też zaangażowałem się w nią bardzo emocjonalnie. Można powiedzieć, że jest to bohater, z którym bardzo się zżyłem i który nauczył mnie wiele o człowieku. Ta sztuka jest dla mnie ważna również dlatego, że była bardzo dobrze odbierana przez widownię.

Polskie Studio Teatralne obchodzi w tym roku 60-lecie. Jak ocenia Pan jego działalność obecnie?

Bardzo się cieszę, że zespół tak się rozwinął. Na pewno daje on teraz bardzo wiele możliwości młodym ludziom. Z jego szeregów wywodzą się również bardzo dobrzy, zawodowi aktorzy. To wielka zasługa Lili Kiejzik, która podjęła się tego zadania pod śmierci pani Janiny Strużanowskiej. Potrafi dotrzeć do młodzieży, zachęcić do pracy. Bardzo ważne jest dla mnie również to, że nadal czuję się członkiem tego zespołu. Nigdy nikt mnie z niego nie wyrzucił, ja sam też nie odszedłem. Oczywiście, nie występuję już na scenie, bo mam swoje lata, ale, na ile mogę, biorę udział w życiu tego teatru, jestem na uroczystościach czy po prostu dzielę się doświadczeniem.