Anna Gulbinowicz: Teatr miał wpływ na całe moje życie

Anna Gulbinowicz i Maria Stankiewicz w „Świętoszku” Fot. archiwum PST

W ramach obchodów 60-lecia Polskiego Studia Teatralnego/Polskiego Teatru „Studio” w Wilnie o miłości do teatru, który stał się życiową pasją, jego roli w wychowaniu kolejnych pokoleń oraz romantycznych uczuciach z pierwszych lat przynależności do zespołu rozmawiamy z Anną Gulbinowicz, aktorką i zasłużoną nauczycielką języka polskiego.  

Pamięta Pani dzień, kiedy rozpoczęła Pani współpracę z teatrem prowadzonym przez Janinę Strużanowską?

Tak, doskonale. Bardzo chętnie wracam teraz do tych wspomnień, bo przecież to czas mojej młodości. Byłam w 11 klasie, uczyłam się w Szkole nr 5 na Antokolu. Przyszła do nas taka piękna pani w kapelusiku, widziałam jej siwe włosy, ubrana na fioletowo. To była pani Janina Strużanowska. Zaprosiła nas do zespołu teatralnego, który prowadziła niedaleko, w drewnianym domku. Poszłyśmy razem z koleżanką, było tam sporo młodzieży. Przyszłam raz i zostałam na całe życie…

Jak wspomina Pani założycielkę zespołu?

To nie był dobry czas dla polskiego języka. Mało klas polskich, wokół słychać tylko rosyjski, a pani Janina pracowała nad naszą polszczyzną. Nie było to łatwe, bo nie bardzo przejmowaliśmy się tym, jak mówimy. Zwracała nam uwagę na akcent, wymowę miękkich spółgłosek, a my? „Zakryjta okna”, „postawta krzesła” – taką polszczyzną rozmawialiśmy na przerwach. Potem coraz bardziej się staraliśmy stosować do jej uwag. Nauka recytacji była tego podstawą. Oczywiście, repertuar naszych programów musiał być rewolucyjny, nie mogło zabraknąć Broniewskiego, ale pracowaliśmy nad językiem polskim. Jeździliśmy z tym po kołchozach, występowaliśmy przed pokazami filmów. Ale współpraca z panią Janką, to było o wiele więcej. Ona nas wychowywała przez takie codzienne sprawy. W czasie przerwy np. dawała nam swoją portmonetkę i wysyłała do sklepu, żeby kupić ciastka czy herbatę. Kiedyś poszłam po takie zakupy, w tej portmonetce było naprawdę sporo rubli, a ona nie bała się dać nam pieniędzy, bardzo nam ufała i my jej też ufaliśmy. Można powiedzieć, że przy niej też rodziłyśmy dzieci. To znaczy – przy jej córce, bo wszystkie rodziłyśmy pod opieką Hanny Strużanowskiej-Balsienė, wspaniałej położnik-ginekolog. Janina Stużanowska była z nami w całym naszym życiu.

Czytaj więcej: Powrót aktorów Polskiego Teatru „Studio” na Pohulankę

Skoro rozmawiamy o latach młodości, na pewno w zespole nie brakowało także pierwszych miłości…

Zakochiwania, wzdychania było dużo, ale małżeństwa z tego nie wyszły. Wszystkim nam podobał się na przykład Jurek Surwiło, ale on na próby przychodził zawsze ze swoją dziewczyną. Kiedy tylko próba się kończyła, ona natychmiast go zabierała, więc nie było szansy nawet lepiej się poznać. Ja doskonale pamiętam, jaki przystojny był Władek Krawczun. Bardzo mi się podobał, ale wszystkie dziewczyny na niego patrzyły, więc się z tym nie ujawniałam. Nawet nie patrzyłam na niego, no, może poza tym, gdy grał Tartuffe`a w „Świętoszku”, bo wtedy rzeczywiście mogłam się napatrzeć. Dopiero po latach przyznałam się, że byłam w nim zakochana, bo na emeryturze często do siebie dzwonimy. Powiedział, że też mu się podobałam, ale strach było się do mnie odezwać, taka sroga byłam. No cóż, może nasze życie mogło się potoczyć inaczej, ale oboje zawarliśmy szczęśliwe małżeństwa, cieszymy się z dzieci i wnuków, a stara przyjaźń jest dodatkową wartością. Spotykamy się oczywiście na premierach w Polskim Teatrze Studio, bo nigdy nie przestaliśmy się czuć częścią zespołu.

Bronisław Grużewski i Anna Gulbinowicz w spektaklu  Fot. Marian Paluszkiewicz

Choć należała Pani do zespołu amatorskiego, mieliście okazję współpracować również z litewskimi reżyserami. Jak przebiegała ta współpraca?

Tak. Pracował z nami Vladas Sipaitis. To był bardzo dobry reżyser, ale nie mógł pracować w teatrze, bo był represjonowany przez władze sowieckie. Zgłosił się więc do pani Janiny z propozycją współpracy z jej zespołem. Nie wiedzieliśmy wtedy, że władze go prześladują, tylko pani Janina wiedziała. Bardzo dużo nas nauczył. Powtarzał: „Pamiętaj o wymowie, ale pamiętaj też, że masz spojrzenie, uśmiech, to wszystko możesz wykorzystać”. Mówił po polsku, choć oczywiście nie tak, jak pani Janina. Kazimiera Kymantaitė, pierwsza na Litwie kobieta zajmująca się profesjonalnie reżyserią, z którą także współpracowaliśmy, również mówiła po polsku. Powtarzała, że lubi z nami pracować, że próby z nami nie męczą jej tak, jak praca w teatrze, bo mamy zapał i nie miewamy humorów. To była bardzo wymagająca reżyserka. Pamiętam, jak wiele płakała przez nią Lila Kiejzik. Kiedy przyszła do teatru, była najmłodsza, bardzo drobna i dlatego dostała rolę Marianny w „Świętoszku”. Było jej na początku bardzo trudno, Kymantaitė cały czas nie była zadowolona z jej gry, a Lila płakała i płakała. Teraz patrzę z dumą na to, co robi. Udało jej się bardzo dużo osiągnąć z Polskim Teatrem Studio, chociaż trzeba było do tego iść przez łzy.

Czytaj więcej: Polski Teatr STUDIO solidaryzuje się z narodem Białorusi

Przez wiele lat pracowała Pani jako nauczycielka języka polskiego. Czy doświadczenie zdobyte w teatrze wykorzystywała Pani w szkole?

Oczywiście. Ale powiem więcej – teatr zadecydował o tym, gdzie podjęłam pracę. To pani Strużanowska doradziła mi naukę w Instytucie Pedagogicznym. Dostałam potem skierowanie do pracy na wsi, ale pani Janka powiedziała „Nie, jesteś potrzebna w teatrze”. Zaczęła dzwonić po szkołach w Wilnie i szukać mi pracy. Tak właśnie trafiłam do szkoły nr 29, czyli dzisiejszego Gimnazjum im. Szymona Konarskiego. Kiedy zaczęłam pracę, czegoś mi brakowało. Zaczęłam organizować kółko teatralne, oczywiście nikt mi za to nie płacił, wszystko robiłam w swoim wolnym czasie. Mam się jednak z czego cieszyć, bo wśród moich uczniów byli także późniejsi aktorzy Polskiego Teatru Studio, jak Witold Rudzianiec czy Edward Kiejzik. Z Edkiem było bardzo ciekawie pracować, uczył się dobrze, ale mówił, że szkoła to zło konieczne i często organizował wagary. Recytował pięknie, ale kategorycznie nie chciał zakładać garnituru. Takie przygody z nim były… Pracowałam w czasach, gdy było o wiele mniej możliwości niż teraz. Nie było „Kresów” czy konkursów dla szkolnych teatrów. Moi uczniowie recytowali pięknie, pomyślałam, że warto to pokazać. Przygotowałam Anię Jasińską do konkursu dla litewskich szkół i została laureatką, choć recytowała po polsku.  W jednej z kolejnych edycji wygrał Jurek Małyszko. Dopiero potem zaczęły się „Kresy”, w których też braliśmy udział – jako nauczycielka przygotowałam 11 laureatów. Z naszym szkolnym teatrzykiem również braliśmy udział w litewskich konkursach i dwa razy byliśmy nagrodzeni. Raz rolę sierotki Marysi grała moja córka, Beata. Miała wtedy 7 lat, złote włosy do pasa i była bardzo chudziutka – prawdziwa sierotka Marysia. Z takim przejęciem pasła gąski, że na koniec przewodniczący komisji podniósł ją na rękach i powiedział, że będzie wielką aktorką. Ostatecznie została tancerką i choreografem, z czego też jestem bardzo dumna. Teraz też uczę recytacji, ale już jako babcia. W tym roku pomagałam przed eliminacjami „Kresów” mojemu wnukowi, Radkowi Bużyńskiemu.Oczywiście wspaniale przygotowywała go też nauczycielka Lucyna Jaglińska i cieszę się, że zajął drugie miejsce, ale dzięki teatrowi mogłam mu pomóc jako babcia.