„To była trauma”. Wywiad z Mają Narbutt, dziennikarką, która przeżyła 13 stycznia

W 1991 roku Maja Narbutt była korespondentką dziennika „Rzeczpospolita” — relacjonowała wydarzenia na Litwie. Z dyktafonem w ręku obserwowała agresję sowiecką na wybijający się na niepodległość kraj. Odznaczona Krzyżem Rycerskim Orderu „Za zasługi dla Litwy”.

Zdjęcie ilustracyjne, Maja Narbutt na tle gmachu ówczesnej Najwyższej Rady Republiki Litewskiej
Maja Narbutt w 1991 roku była w Wilnie, relacjonowała wydarzenia styczniowe
| Fot. archiwum Piotra Hlebowicza, fotomontaż Ignacy Skrobia-Jaworski

Czuje sentyment do Wilna, brała ślub w Ostrej Bramie.


Dzisiaj mija 30 lat od wydarzeń, których ani ja ani moje pokolenie nie doświadczyliśmy. Pani tam była. Cofnijmy się w czasie — jest 13 stycznia 1991 roku. Pani, reporterka „Rzeczpospolitej” w Wilnie, relacjonuje wydarzenia styczniowe. Jakie było dominujące uczucie, które pani zapadło w pamięć będąc tego dnia w Wilnie?

Usłyszałam huk dział, który wypełnił całe miasto. Pamiętam ten moment bardzo dokładnie. Mieszkałam wówczas w hotelu Neringa na Alei Gedymina. Błyskawicznie pobiegłam do Sejmu (ówczesnej siedziby Najwyższej Rady Republiki Litewskiej — przyp. red.). Nie wiadomo było, co będzie dalej, możliwy był każdy scenariusz. Jak otrzymałam wiadomość, że pod wieżą telewizyjną giną ludzie, wiedziałam, że może stać się absolutnie wszystko. 

Dni poprzedzające 13 stycznia nie miały takiej grozy.


Od kogo dowiedziała się pani, że pod wieżą telewizyjną zginęli ludzie?

Byłam wtedy w Sejmie. Nie pamiętam do końca, kto przywiózł tę wiadomość, to działo się bardzo szybko. Sejm właśnie przygotowywał się na atak. Wydawało się to oczywiste, że skoro zajęto wieżę telewizyjną, przejęto media, to kolejnym krokiem będzie uderzenie w ośrodek władzy. Byłaby to logiczna konsekwencja.


Bała się pani?

Raczej czułam przypływ adrenaliny. Kazano dziennikarzom wyjść. Było dużo dziennikarzy zachodnich, wszyscy się podporządkowali. Pamiętam Japończyka, który schował wieczne pióro i ruszył do wyjścia. Z niedowierzaniem patrzyłam na kolegów i koleżanki. Wydawało mi się to absurdalne — skoro dzieje się coś takiego, to muszę tu być, na miejscu.


I nie wyszła pani?

Nie wyszłam, odmówiłam opuszczenia budynku. Odpowiedziałam tylko „pan ma swoją pracę, a ja mam swoją”. Nie po to mnie redakcja wysłała, abym teraz się wycofała. Nie było wtedy mediów społecznościowych, internetu — relacja musiała wyjść od osoby, która najpierw to zobaczy i opisze, a wtedy nada. To, ile świat się miał dowiedzieć się o wydarzeniach, zależało wtedy od dziennikarzy na miejscu.

Posłowie byli przekonani, że za chwilę ich stamtąd wywloką. Zostaną aresztowani i wywiezieni, zatem też nie mogli dać świadectwa. To musiał nadać dziennikarz, skoncentrowałam się na tym i nagrywałam na dyktafon. Rozmawiałam z Landsbergisem i powiedziałam, że to jest szansa, aby ktoś przekazał ludziom prawdę i że ta kaseta powędruje dalej.

Gdy rozmawiałam z Rimvydasem Valatką, był bardzo blady, jak wszyscy, prosił o przekazanie pozdrowień dla przyjaciół w Polsce, wskazał konkretne osoby. 

Po prostu krążyłam z dyktafonem po Sejmie. Wstrząsającym momentem było udzielenie przez księdza wszystkim obradującym w nocy na sali plenarnej rozgrzeszenia na wypadek nagłej śmierci. To pokazywało powagę panującą w tamtych murach.


Jak przekazała pani materiał do swojej redakcji?

Chciałam to przesłać następnego dnia rano, ale w Sejmie uważano, że za chwilę odetną łączność. W nocy moja redakcja już nie pracowała, zadzwoniłam więc do koleżanki z redakcji. Dyktowałam, a ona notowała.


I dalej oczekiwała pani na szturm?

Ochotnicy przygotowywali koktajle Mołotowa. Gdy zeszłam na dolny poziom Sejmu, poczułam smród benzyny. Niektórzy palili, co było mało rozsądne.

Zastanawiałam się — czy sowieci będą strzelać do Sejmu, czy obrońcy naprawdę będą bronić się mołotowami? Nie wiedziałam. Przygotowywałam jakąś formułkę, „nie strzelać, jestem dziennikarzem”, a pamiętam nawet pokój i starą szafę — pomyślałam wtedy „w razie czego, schowam się do tej szafy, w pośpiechu nie będą szukali”. Panował nastrój grozy. 

Na szczęście ten szturm nie nastąpił. Po tym wszystkim nastąpiło uczucie, że to już jest inny świat, te wydarzenia są za nami. 


Katharsis?

Tak, że już najgorsze minęło, że raczej nic dramatycznego się nie wydarzy.


Czyli spotkała pani osobiście Landsbergisa?

Tak, znałam go wcześniej. Nie należę do osób nieśmiałych i gdy byłam w Sejmie w poprzednie dni, to często z nim rozmawiałam.


A Sąjūdis był antypolski?

Niestety. Dziwiła mnie koncepcja, że droga Litwy na Zachód prowadzi przez Skandynawię. To było niezwykłe. Trzeba zaznaczyć, że u litewskich polityków obecne było pewne dwoiste myślenie, które mnie denerwowało. Zupełnie inaczej traktowali miejscowych Polaków, a inaczej mnie — to było bardzo widoczne, choć ja także spotykałam się z uprzedzeniami i nieufnością. Nie zdawałam na początku z tego sprawy, bo dość bezceremonialnie podchodziłam i rozmawiałam. Nawet zaprzyjaźniłam się z Birutą Nedzinskienė, posłanką z Kowna, która miała dość nacjonalistyczne poglądy. Po prostu nie wahałam się i to przełamywało lody.

Swoją drogą, czasem słyszałam od Litwinów, że ja, jak wskazuje nazwisko, jestem przykładem, jak spolonizowano elity litewskie — bardzo mnie to śmieszyło.

Mimo dobrych kontaktów z tymi ludźmi, spierałam się o sprawy Polaków i stosunek do Polaków. Pisałam o tym i moje artykuły publikowane w „Rzeczpospolitej” były odnotowywane.

Na pewno skomplikowaną sprawą była autonomia Wileńszczyzny, ten temat był otwarcie podnoszony.


Temat autonomii jest dziś dość intensywnie wałkowany — powałkujmy i my. Jak pani wtedy patrzyła na ideę autonomii?

Miałam dwoiste myśli. Z jednej strony rozumiałam, że Polacy na Litwie obudzili się w zupełnie innej rzeczywistości. Niektórzy całe życie przeżyli najpierw w Polsce, potem w Związku Radzieckim, nigdy natomiast nie byli na Litwie. Idea Litwy mogła być zaskakująca.

Z drugiej strony wiedziałam, że ta idea może być wykorzystana w złych celach przez Związek Sowiecki. Wiedziałam, że to mógł być element rosyjskiej wojny hybrydowej, należało to traktować bardzo ostrożnie.

Pamiętam moment, gdy Landsbergis obiecywał autonomię. To była trochę taktyczna gra na zwłokę, właściwie tego nie chciano. I później się tego wręcz wypierał.

Rozumiałam, że ta idea politycznie jest nieakceptowalna. Uważam, że jeżeli nie można dać autonomii, to powinno się dać maksimum praw, które można dać mniejszości polskiej na Litwie, załatwić pewne sprawy.


Które sprawy?

Na przykład kwestię ziemi, zwrotu ojcowizny. Gdyby Polakom zwrócono zabraną ziemię, to byłby awans ekonomiczny całej mniejszości polskiej. Dzieci byłyby wykształcone, mniejszość polska zmniejszyłaby dystans.


Czyli postulaty polskie są ważne też dla Litwy, nawet z pragmatycznych pobudek?

Tak. Litwa, która miała wtedy i wciąż ma aspiracje europejskie, powinna mniejszości traktować również w sposób europejski. To kwestia także wizerunku.


10 lat temu pisała pani, że ówczesne partnerstwo Polski i Litwy to toksyczny związek oparty na kłamstwach i manipulacjach.

To była gra na obietnicach bez pokrycia. Byłam wielokrotnie świadkiem kolejnych umów i deklaracji o partnerstwie. Przy każdej kolejnej obietnicy uporządkowania polskich spraw, nawet rzeczy tak drobnych jak pisownia nazwisk polskich — tłumaczono, że nie ma czcionki, a to komputery nie obsługują — pomyślałam wtedy, że to jest po prostu absolutnie nieakceptowalne. Za szumnym hasłem nie idzie żadna treść. Czułam w tamtym momencie, że zostaliśmy okłamani. 


Dziś napisałaby pani tak samo?

Niekoniecznie. Stosunek Litwy do Polaków się zmienił, zmieniły się też relacje polsko-litewskie. W ostatnich latach te relacje były dobre — Litwa popierała Polskę na arenie międzynarodowej, to bardzo ważne. Dotychczas Litwa uznawała Polskę za większe zagrożenie niż Rosję. Rosja jednak pokazała, do czego jest zdolna, a instytucje europejskie wykazały słabość. W tym momencie Litwa zrozumiała, że Polska jest naturalnym sojusznikiem.

Słyszałam kiedyś taką anegdotę, że gdyby Rosja wkroczyła na Litwę by dokonać aneksji i tylko Polacy jako sojusznicy przyszliby Litwinom z pomocą, to Litwini blokowaliby polskie wojska. Dziś ta anegdota straciła aktualność, na szczęście.


Jeśli relacje idą w dobrym kierunku, to dlaczego wciąż tyle spraw jest bez rozwiązania? Czy to nie jest kolejna gra na zwłokę?

Nawet jeśli — Polska też się czegoś nauczyła i będzie bardziej czujna, niż była kiedyś. Dominowało podejście stylu „mała biedna Litwa wyrywająca się na niepodległość, więc spraw trudnych nie poruszamy”. Litwa teraz jest w innym miejscu historycznym, inne jest też podejście.


Mała Litwa, a duża Polska?

Był taki kompleks. Kiedyś ujawniło się to, gdy napisałam w końcu pewnego artykułu, że Litwa ma 3 miliony mieszkańców. Landsbergis uznał, że to rodzaj sugestii: „Litwa ma 3 miliony, a Polska milionów ma 40?”, pytał. Byłam przekonana, że informacja o liczbie mieszkańców jest po prostu chłodnym faktem, a zostało to odebrane jako polityczny sygnał. 

Śmiałam się, że póki nie byłam na Litwie, nie uświadamiałam sobie, że Polska ma reputację dużego kraju.


Polska nie była pierwszym krajem, który uznał niepodległość Litwy. Pierwsza była Islandia. Nawet Landsbergis był zaskoczony, mówił „byłem przekonany, że pierwsza będzie Polska”. Dlaczego nie była?

Ówczesny minister spraw zagranicznychKrzysztof Skubiszewski miał koncepcję polityki dwutorowej — wspieramy, ale pamiętając o własnych interesach. Jeszcze nie wszystkie wojska sowieckie były z Polski wyprowadzone. Nie mogliśmy grać w pełni ofensywnie. Może to było zbyt asekuracyjne, ale to wynikało z pragmatycznego podejścia. Wiele osób miało o to żal.

Nie jestem pewna, czy wiele by to zmieniło, wszak mieliśmy mnóstwo wspólnych inicjatyw. Mieliśmy litewski rząd na uchodźstwie w Polsce, na wypadek gorszego scenariusza w kraju.


13 stycznia to był dzień zwycięstwa?

To był dzień traumy. Nie odparliśmy ataku, ludzie zginęli. Ludzie dobrej woli, przekonani, że staną i ich duch zatrzyma machinę zła. Rzeczywistość była okropna — dobra wola jest bezsilna wobec czołgów, te czołgi ją po prostu rozjadą.

Oczywiście, politycy mówili, że wolność kosztuje krew. Nie odparliśmy szturmu. Myślę, że gdyby ktoś w Moskwie się nie zawahał, sowieci poszliby dalej. To było uczucie bezsilności.

Z punktu widzenia dziennikarskiego to były wydarzenia ciekawe, miałam przez to wyostrzone zmysły — pamiętam blade twarze, wyraźne obrazy.

I pamiętam smutek. Dojmujący smutek i strach.