Wyroszczeni w wolności — wywiad z Gretą Bartosewicz, młodą nauczycielką

Greta Bartosewicz jest młodą nauczycielką historii i wychowania obywatelskiego. Pracuje w dwóch polskich szkołach na Litwie. Prowadzi programy edukacyjne, działa społeczenie. W 30. rocznicę wydarzeń styczniowych opowiada o tym, jak naucza młode pokolenie o tamtych dniach oraz jak sama je odczuwa.

Fotomontaż Grety Bartosewicz na tle ściany przed Najwyższą Radą Republiki Litewskiej.
Zdjęcie ilustracyjne, Greta Bartosewicz na tle ściany wybudowanej przez tłum w czasie obrony siedziby Rady Najwyższej Republiki Litewskiej
Greta Bartosewicz, choć urodziła się po 1991 roku, doskonale rozumie grozę tamtego czasu
| Fot. KAM, autorka, fotomontaż Ignacy Skrobia-Jaworski

Jak określasz swoją tożsamość?

Polka z Litwy. Dokładnie w tej formie, ni mniej, ni więcej. To moja pełna tożsamość — wartości polskie jak i litewskie są dla mnie ważne.


Dlaczego wybrałaś studia historyczne? Z pobudek partiotycznych?

Nie — w szkole mogłabym siebie określić jako obywatelkę Europy. W klasie maturalnej jednak zaczęłam ciekawić się historią lokalną, czym ludzie na Litwie oddychają. Najpierw na warsztat wzięłam historię dziadka, nazwiska, zdjęcia i temu podobne. Zrozumiałam, że historia jest czymś więcej niż tylko przeszłością, to część tożsamości. Możemy nawet nie zdawać sobie sprawy z wielobarwności Europy.

Historia zawsze mi szła łatwo, a jednocześnie zawsze mieściła się w sferze moich zainteresowań.


Czyli to było pójście na łatwiznę?

Może odrobinę, więc sobie to połączyłam — zawsze interesowała mnie psychologia, więc jako drugi kierunek wybrałam pedagogikę. Studiując te dwa kierunki przygotowałam się do zawodu nauczyciela historii. Uczę klasy 5-12 i czuję, że te studia się przydały.


Zbliża się smutna rocznica 13 stycznia. Nie byłaś świadkiem tych wydarzeń, urodziłaś się po nich. Jak zatem odczuwasz ten dzień z perspektywy młodego pokolenia?

Szczerze mówiąc, jestem zmieszana. Moje rodzeństwo i moi rówieśnicy jesteśmy pierwszym pokoleniem, które już nie musiało być pionierami (sowiecka organizacja młodzieżowa — przyp. red.). Trudno jest nam wyobrazić, co się czuło idąc pod wieżę telewizyjną i czym się kierowało wychodząc wtedy przed czołgi. Ta wolność była nam, mojemu pokoleniu, podana na talerzyku.

Mam z tym pewien problem. Od kiedy pracuję w szkole, zastanawiam się nad tym, jak mam to przekazać jeszcze młodszym ode mnie ludziom. Po drodze poznałam osoby, których bliscy należeli do tragicznie zmarłych, które do dzisiaj nie mogą bez emocji o tamtych dniach opowiadać.

Nie chcę przekazywać samego patosu. Kojarzy mi się z osobami, które noszą patriotyczne koszulki niewiele mając ze sprawą wspólnego.


Czyli ci, którzy tamtej nocy nie stali w obronie kraju, nie mogą nazywać się patriotami?

Należy zrozumieć czynnik ludzki. Nie ukrywam, wielu moich krewnych nie było przy wieży telewizyjnej, a co więcej — nie mieli zamiaru tam się pojawić. Większość osób się bała, inna część mogła mieć inne priorytety. W tym tragicznym miesiącu moja mama była w ciąży i wycieczka w centrum wydarzeń nie wchodziła w grę. Tak też było i w innych rodzinach — nie zawsze to była tylko kwestia uczuć patriotycznych lub ich braku.


Czy fakt przyjęcia w Warszawie ministra spraw zagranicznych Litwy Algirdasa Saudargasa, który miał tworzyć rząd na uchodźstwie w przypadku gorszego biegu wydarzeń, jest podkreślany na lekcjach historii?

Niestety nie. Tamtej nocy dominowało hasło „wszyscy jesteśmy Litwinami”, przedstawiany punkt jest więc raczej ze strony świata. Być może warto zacząć mówić głośno, że ów minister był przyjęty właśnie w Warszawie nie bez powodu.


Na pewno słyszałaś taką narrację, jakoby Litwini strzelali sami do siebie, a wszystkie ofiary są inscenizowane. Jak odniosłabyś się do takiej narracji jako historyk?

Pełnej prawdy nigdy nie poznamy, to niestety częsta przypadłość historii. Swoim uczniom proponuję inne rozwiązanie — niech sprawdzą u źródła, nie wierzą pogłoskom dopóki nie znajdą dowodów. Przede wszystkim jednak nie należy okopywać się w przekonaniu wszechwiedzy. I należy traktować fakty nie na zasadzie emocji, a na zasadzie faktów.

Dużo o tych wydarzeniach mówimy w trakcie lekcji wychowania obywatelskiego, ale temat wciąż jest niewyczerpany. Uczniowie nie widzieli jednostek Alfy, które wchodziły do placówek, nie kojarzą obrazów komandosów sowieckich. To zabiera kontekst.


A na czym polegają lekcje wychowania obywatelskiego?

Moi uczniowie nierzadko twierdzą, że po 10. klasie szkoła im nie da czegokolwiek. Na wychowaniu obywatelskim pokazuję im, że można jeszcze nauczyć krytycznego myślenia, a to najlepiej działa w parze z wiedzą. Uczę o ideologiach, haczykach politycznych, instytucjach państwowych, konstytucji.

Młodzi ludzie otrzymują od państwa egzemplarz Konstytucji Republiki Litewskiej gdy pójdą na swoje pierwsze wybory. Niestety, część na pierwsze wybory idzie dopiero kończąc studia — a konstytucję warto znać trochę wcześniej. I poznają ją, chociażby trochę, na takich lekcjach.

 Wychowanie obywatelskie uczy samodzielnego myślenia i wpaja nawyk sprawdzania faktów.


Dość ogólny przedmiot. Nie lepiej byłoby zamiast tego dokształcić np. w językach?

Języki to przydatna rzecz, ale co za pożytek z języków, jeśli w każdym języku człowiek jest oszukiwany i nie potrafi się przed tym bronić?


Filozofia w szkołach to dobry pomysł?

Jak najbardziej, choć nie wiem, czy jako oddzielny przedmiot. Myśl polityczna wynika z filozofii, więc już teraz trochę się jej uczymy.


A języki starożytne — greka, łacina?

Sądzę, że języki nowożytne są bardziej przydatne. Szczególnie zachodnioeuropejskie. Chociaż sama jestem olimpistką języka rosyjskiego, żałuję, że nie znam np. francuskiego czy niemieckiego. Te języki poszerzają horyzonty.


Co z ojczystym?

Należy otoczyć go szczególną opieką. Już teraz widzimy zanikanie wysokiej klasy języka polskiego na wileńszczyźnie. Ja sama nie mówię po polsku tak, jak bym chciała i nie jest to powód do dumy. Dzieje się tak nie od dobrego życia — gdzieś jest problem. To też zadanie dla państwa i mediów.

Ta sprawa zależy od rodzica i otoczenia. Jeśli dziecko będzie znało od maleńkości wartość swojej kultury, będzie miało możliwość realizacji siebie w odpowiednim środowisku, da sobie radę. Nie ukrywam, że sama rozważałam wyjazd do Polski, ale zostałam, bo jest mi tu po prostu lepiej. Znam ludzi, znam kulturę, kocham ojczystą krainę.

I to wszystko mimo tego, że w Polsce miałabym finansowo lepiej. Dużą rolę odgrywa tu patriotyzm lokalny.


Walka o swój kraj to rodzaj patriotyzmu lokalnego?

Zależy, do kogo się skieruje to pytanie. Patriotyzm, także ten lokalny, to wartości, których znaczenia bardzo szybko ewoluują. Dla młodzieży patriotyzm jest rozumiany podobnie, ale jednak inaczej, niż dla naszych rodziców.

Patriotyzm często jest mylony z nacjonalizmem, granica jest bardzo cienka. Od miłości do nienawiści jeden krok.


Pod Sejm w tę krwawą noc pchał patriotyzm czy nacjonalizm?

Ogólnie pchało zmęczenie, bezradność, a nawet złość. Wzburzenie całego narodu, który nie chce być uciszany po raz kolejny. Każdy miał inne powody, ponieważ i ludzie są różni — jednych patriotyzm, drugich nacjonalizm.


A co gnało Polaków?

Polacy na Litwie byli w podwójnej klatce. Z jednej strony Litwini, którzy wtedy niespecjalnie pałali życzliwością do mniejszości polskiej na Litwie. Z drugiej sowieci, którz mogli przed Litwinami uchronić, ale zbić jeszcze boleśniej.

Polaków gnała chęć zjednania się z narodem litewskim. Hasło „za wolność naszą i waszą” powtórzyło się tej nocy nie bez powodu.

Ta wolność okazała się bardzo droga, kosztowała krew. Dlatego też co roku widzimy brutalne obrazki z tamtych dni, choć nie zgadzam się z ciągłym podkreślaniem takich obrazów.


To co byś pokazała jako obraz 13 stycznia?

Dzieci.

Ponieważ jestem nauczycielką, a przede wszystkim dlatego, że to one widzą najlepiej, czy w ciągu tych 30 lat od tamtych wydarzeń udało się nam dużo zmienić. Dziś już są dorosłymi ludźmi. Pokolenie wyroszczone w wolności. Przecież to o to pokolenie walczyliśmy.


Gdyby teraz była konieczność, jak w 1991 roku, iść i stanąć w obronie swojego kraju — poszłabyś?

Trudno to mówić po latach, gdy wiemy, że tam wtedy zginęli ludzie. Każdy chce żyć. Chyba poszłabym, ale nie na barykady, a do pomocy przy rannych. Obawiam się, że bałabym się iść na pierwszą linię.

Być może byłoby mi trochę łatwiej, gdyby poszedł ze mną mój narzeczony.

(w tle zwraca się do narzeczonego, wkrótce wraca do rozmowy)

Kiwa mi głową, że poszedłby. Więc i ja bym poszła.