Branża piękności chce pracować

Branża piękności chce wznowić świadczenie usług od 1 lutego
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Przedstawiciele branży beauty zwrócili się do rządu z apelem, aby od 1 lutego móc wznowić świadczenie swych usług. Zgadzają się przyjąć pełną odpowiedzialność za bezpieczeństwo klientów. Litewskie Stowarzyszenie Pracodawców zarzuca władzy, że ograniczenia są zbytnio wybiórcze.

W poniedziałek (18 stycznia) Litewskie Stowarzyszenie Kosmetologów wystosowało list do rządu z apelem o uchylenie ograniczeń w pracy przedstawicieli tzw. branży piękności, czyli fryzjerów, kosmetologów, makijażystów. W liście zwraca się uwagę, że przedstawicielom tych zawodów bardzo ciężko jest przekwalifikować się, większość prowadzi indywidualną działalność gospodarczą i mimo braku zarobku nadal muszą opłacać czynsz za wynajem pomieszczeń.

Straty ponad 30 proc.

Muszą też ciągle podnosić kwalifikacje oraz inwestować w narzędzia, np. w kosmetyki, które mają ograniczoną datę ważności.
– Rozumiemy, w jakiej sytuacji znajduje się kraj. Rozumiemy, że środki wprowadzone przez rząd są niezbędne. Chcieliśmy jednak podkreślić, że bierzemy całą odpowiedzialność za bezpieczeństwo naszych klientów i pracowników. Straty za ubiegły rok są duże. Nie mamy danych, ponieważ jesteśmy organizacją działającą trochę na zasadach wolontariatu. Jednak na pewno straty w skali roku są większe niż 30 proc., dlatego napisaliśmy do rządu, ponieważ bardzo chcemy pracować – mówi dla „Kuriera Wileńskiego” Jūratė Jocienė, szefowa Litewskiego Stowarzyszenia Kosmetologów.

Podobnego zdania jest wileńska fryzjerka dziecięca, Anna Jakonis. Jej zdaniem „drakońskie ograniczenia” wprowadzone przez rząd były zbędne, ponieważ mimo kwarantanny nadal działają sklepy.

– Na ogół jestem optymistką. W tym przypadku, to nie jestem pewna, czy uda się zachować optymizm. Sądzę, że wymogi i ograniczenia są zbyt rygorystyczne. Pracuję w branży od lat. Mam grupę stałych klientów. Przecież nie będę specjalnie ich narażała na niebezpieczeństwo. Tak samo, jestem przekonana, że gdyby moi stali klienci czuli pewne symptomy choroby, to odwołaliby wizytę. Zresztą, to dotyczy nie tylko stałych klientów. Musimy dbać o wszystkich. Zaufanie jest naszym kapitałem – zaznacza w rozmowie z naszym dziennikiem fryzjerka.

Jakonis jest przekonana, że pracę można zorganizować w ten sposób, aby była zgodna z wytycznymi rządu i ministerstwa.

– Rozumiem, że środki bezpieczeństwa muszą być zapewnione, a ci, którzy nie przestrzegają ich, muszą być karani. Zgadzam się z tym absolutnie. Ze swej strony mogę zapewnić, że zawsze dbam o środki bezpieczeństwa. Kwarantanna bardzo mocno uderzyła po kieszeni, a przecież my też mamy rodziny, kredyty. Zapomoga od państwa jest śmieszna – dodaje fryzjerka.

Jeszcze bardziej ją zaskoczyły grudniowe decyzje rządu, które były przeprowadzone bez żadnych konsultacji.
Nikt nie uprzedził. Mieliśmy kilka dni do zamknięcia, to wówczas obsłużyliśmy dziesiątki klientów. Czy to miało sens? – pyta retorycznie Anna Jakonis.

Przedstawiciele branży biorą odpowiedzialność za bezpieczeństwo klientów
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Pracodawcy oburzeni

Przed kilkoma dniami Litewski Związek Pracodawców zwrócił uwagę rządowi, że ograniczenia w działalności biznesowej mają znamiona nieuczciwej konkurencji. Zgodnie z wytycznymi rządu nadal mogą pracować sklepy zajmujące się detaliczną sprzedażą artykułów spożywczych. „Wszyscy dobrze wiemy, że w większości sieci marketów można kupić rzeczy niemające nic wspólnego z jedzeniem. Tam można kupić większe lub mniejsze rzeczy codziennego użytku, towary elektroniczne. Natomiast spółki, które specjalizują się w handlu towarami codziennego użytku lub wszelkiego rodzaju sprzętem, nie mogą pracować. Nie mogły pracować też w okresie przedświątecznym, kiedy zazwyczaj są największe obroty” – czytamy w oświadczeniu.

Po poniedziałkowym posiedzeniu rządu premier Ingrida Šimonytė oświadczyła, że jej gabinet nie zezwoli na żadne gwałtowne ruchy w tym kierunku. Jej zdaniem poluzowania są możliwe, ale stopniowe i tylko po dogłębnych rekomendacjach ekspertów. „Dopóki jest tak krucha sytuacja, nie możemy mówić o żadnych radykalnych zmianach. Po prostu, nie chciałoby się zaszkodzić obecnej dynamice, aby po pewnym czasie znów powrócić do kwarantanny, jaką mamy dzisiaj” – oświadczyła podczas posiedzenia szefowa rządu.

Co prawda, premier dodała, że sama dyskusja o tym, jak ma wyglądać sytuacja po 31 stycznia, jest jak najbardziej na miejscu. „1 lutego już będziemy mieli za sobą półtora miesiąca kwarantanny, więc, czy wszystkie ograniczenia są potrzebne nadal, czy niektóre z pewnymi warunkami mogą być odwołane, to jest pytanie” – powiedziała Ingrida Šimonytė.

Jeszcze przed posiedzeniem szefowa rządu poinformowała dziennikarzy, że w sprawie kwarantanny władza będzie oceniała nie tylko sytuację wewnętrzną, ale również zewnętrzną. Jej zdaniem Irlandia bardzo dobrze poradziła z koronawirusem w trakcie powszechnej kwarantanny, ale po odwołaniu wykryto nowe mutacje wirusa, które znacznie pogorszyły sytuację.

Z szefową rządu zgodził się prezes Litewskiej Konfederacji Przemysłu Vidmantas Janulevičius, którego zdaniem ograniczenia dla biznesu muszą być likwidowane zgodnie z rekomendacjami medyków. „Rozumiemy, jakie straty ponosi biznes, ale wszystko można odbudować z wyjątkiem życia” – podkreślił przedstawiciel przedsiębiorców.

Zaostrzenie kwarantanny zostało wprowadzone przez rząd Ingridy Šimonytė od 16 grudnia 2020 r. na okres do 31 stycznia br. Zgodnie z rozporządzeniem rządu, w tym okresie nie może pracować większość sklepów, kawiarnie oraz hotele. Zakazane jest poruszanie się między samorządami bez zezwolenia.

Czytaj więcej: Wsparcia potrzebują te sektory, które dzisiaj mogą pracować, ale nie mogą zarobić