Tabliczki solą w oku

Do niedawna w Polsce dyskusję na temat stosunków polsko-litewskich często sprowadzono do kwestii tabliczek w języku polskim na Litwie.

Jedni brak zgody Litwinów na ich zalegalizowanie uznawali za dowód na dyskryminację Polaków przez Litwę. Inni bagatelizowali tę sprawę, niektórzy wręcz wyśmiewali, twierdząc, że oto tak naprawdę żadnych problemów nie ma, a napięcia są sztucznie podkręcane za pomocą tego rodzaju – zdaniem niektórych – błahostek. Prawda być może nie leży w tym przypadku pośrodku, ale poniekąd jedni i drudzy mieli słuszność. W stosunkach polsko-litewskich szczęśliwie mamy teraz lepszą passę, przez co kwestie sporne zeszły na plan dalszy. Choć nie wszystkie zostały rozwiązane. Fakt, że dotychczas nie udało się w pełni uregulować prawnie funkcjonowania dwujęzycznych tabliczek nie przynosi chluby państwu litewskiemu, a raczej jego politykom, którym zabrakło dobrej woli.

Z drugiej strony rzeczywiście może się to wydawać problemem drugorzędnym, „dekoracyjnym”, o który nie warto kruszyć kopii. Ale tak jak błahą wydaje się ta kwestia, tak uśmiech politowania muszą budzić ci, którzy z uporem godnym lepszej sprawy z nią walczą. Do zagorzałych przeciwników dwujęzycznych tabliczek nie dociera, że tego rodzaju rozwiązania zafunkcjonowały już wiele lat temu w licznych krajach europejskich, które nie doświadczyły z tego powodu żadnego uszczerbku ani tym bardziej się nie rozpadły.

Tak jest też w Polsce, gdzie używanie dwujęzycznych tablic z nazwami miejscowości możliwe jest na podstawie ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym z 2005 r. Czy nie miała ona przeciwników? Ależ jak najbardziej, miała. O problemach z jej przyjęciem niech świadczy fakt, że prace nad nią ciągnęły się niemal przez całą kadencję ówczesnego Sejmu. Również przypomnienie, kto wówczas przeciw niej występował, mogłoby wprawić w zakłopotanie tych, którzy lubią wytykać problemy z egzekwowaniem praw mniejszości innym krajom. Na szczęście ustawa obowiązuje i są też tabliczki. Sporadycznie zdarzają się incydenty polegające na ich celowym niszczeniu. Trudno tłumaczyć to czym innym jak zwykłą ludzką podłością. To jednak margines. Większość zdążyła się już do nich przyzwyczaić i traktuje je jako coś normalnego. Od tego, że na tablicy przy wjeździe do Jemielnicy na Opolszczyźnie figuruje również niemiecka nazwa „Himmelwitz”, Polska się nie rozpadła i nie rozpadnie. Nie rozpadnie się też Litwa, jeśli przed „Šalčininkai” pojawiłaby się nazwa „Soleczniki”.


Dominik Wilczewski


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 7(19) 13-19/02/2021